Kostium i magia – wywiad z Mariuszem Krzywickim, założycielem amatorskiego teatru kostiumowego w Suwałkach

Grupa teatralna "ŻiŻo" podczas realizacji teledysku "Happy Suwałki".
Grupa teatralna "ŻiŻo" podczas realizacji teledysku "Happy Suwałki".
Grupa teatralna „ŻiŻo” podczas realizacji teledysku „Happy Suwałki”.

Teatr „ŻiŻo” to na mapie Suwałk swoista ciekawostka. Twórca i założyciel grupy teatralnej, a także aktorzy nie są profesjonalistami – teatrem kostiumowym zajęli się z pasji i ciekawości świata. Czy znajdą stałych odbiorców?

Z Mariuszem Krzywickim rozmawiała Iwona Danilewicz.

Czy długo dojrzewała w Tobie myśl uruchomienia w Suwałkach teatru klasycznego? Skąd wziął się pomysł, by prezentować spektakle kostiumowe?

Mariusz Krzywicki: W 2011 roku byłem we Francji, gdzie uczyłem się języka i poznawałem kulturę. Wtedy w mojej głowie zakiełkował myśl, żeby po powrocie do Polski stworzyć coś dla siebie i według swojego zamysłu. Od 1999 roku działałem w teatrze pani Grażyny Karp – ale to teatr dziecięcy, a ja już dzieckiem nie jestem, więc musiałem znaleźć sobie inne miejsce. Lubię teatr klasyczny i kostiumowy, a wydaje mi się, że tego brakuje wielu ludziom.

A czy konwencja teatru kostiumowego nie wydaje Ci się nieco anachroniczna?

M. K.: Jestem przekorny. Poza tym, uważam, że przez brak kostiumów ginie magia teatru. Teatr tego typu ma większe szanse w małym mieście, takim jak Suwałki, gdzie ludzie nadal przyzwyczajeni są do teatru klasycznego w wymiarze wizualnym. Myślę, że wielu ludzi nadal chce zobaczyć coś, co ich zachwyci lub przeniesie w inny świat – niedostępny na co dzień. Teatr bez scenografii, w którym aktorzy występują w czarnych trykotach, może być odebrany jako nudny.

Jaki masz pomysł na teatr „ŻiŻo”?

M. K.: Chcę, by każdy z aktorów był odpowiedzialny za konkretny obszar. Na razie tak nie jest. Wciąż szukamy ludzi, których interesuje scenografia, kostiumy, szycie, projektowanie. Póki co, wszystko robię sam. Zajmuje mi to dużo czasu.

Ile osób liczy grupa teatralna?

M. K.: Około osiemnastu osób. Są to uczniowie szkół średnich.

Macie na swoim koncie jedną premierę, pracujecie nad kolejnym spektaklem. Od czego zaczęliście tworzenie teatru?

M. K.: Co zrozumiałe – na początku nie znaliśmy się dobrze. Uznałem, że warto skupić się na czymś, co nie wymaga ścisłej współpracy między aktorami. Wpadłem na pomysł realizacji „Ogrodu afektu”. To spektakl podzielony na krótkie scenki, w których wykorzystujemy poezję od baroku po lata 20. Każdy pracował nad swoją sceną.

To taki „patchwork teatralny”?

M. K.: Dokładnie.

Na jakich zasadach prowadzisz grupę i współpracujesz z Suwalskim Ośrodkiem Kultury?

M. K.: Próby odbywamy dwa razy w tygodniu – w starym budynku ROKiS-u. Działam charytatywnie – nie dostaję wynagrodzenia za swoją pracę. Robię to dla siebie, dzięki temu czuję się potrzebny i mam przekonanie, że robię coś interesującego.

Od kiedy szyjesz?

M. K.: Wszystko miało swój początek jeszcze u p. Grażyny Karp, która dawała mi bardzo dużo wolności – pozwalała na wymyślenie postaci od początku do końca. Wtedy też zacząłem tworzyć kostiumy według własnego pomysłu.

Zawsze staram się, żeby krój i rodzaj tkaniny pasował do epoki ze spektaklu. W „Ogrodzie afektu” mamy okres od baroku do lat 20., więc zaprojektowanie kostiumów do wszystkich wierszy kosztowało mnie sporo zachodu. Wszystkie stroje uszyłem ręcznie.

Mnóstwo pracy. Ile trwały przygotowania do premiery spektaklu?

M. K.: Zamierzaliśmy wystawić „Ogród afektu” przed końcem roku szkolnego. Nie udało się – mieliśmy trochę komplikacji ze scenografią. Premiera odbyła się 7 lipca 2013 roku. Od kwietnia do lipca pracowaliśmy nad tekstami i kostiumami.

Skąd czerpiesz inspiracje do projektowania kostiumów?

M. K.: Podstawa to Internet. Nasza biblioteka jest bardzo bogata w tematyczne publikacje. Oglądam obrazy z różnych epok. W Polsce wielu ludzi szyje kostiumy i organizuje spotkania tematyczne, np. bale. Z kolei we Francji działa nawet Ministerstwo Mody, które organizuje między innymi zjazdy barokowe w Wersalu.

A gdzie w Polsce odbywają się takie spotkania?

M. K.: Nie trzeba daleko szukać. Nawiązałem współpracę z Corona Florum – formacją tańca dawnego i dworskiego. Z tym zespołem zamierzamy zorganizować w Wigrach bal barokowy. Najprawdopodobniej odbędzie się on pod koniec maja. Chciałbym, żeby przy tej okazji mój teatr też coś zaprezentował.

Nad jaką sztuką teraz pracujecie?

M. K.: Pracujemy nad spektaklem „Mieszczanin szlachcicem”. Widziałem francuską wersję tej sztuki, wystawioną przez Królewski Teatr Wersalu. Może i my kiedyś dojdziemy do poziomu, który oni reprezentują… Zabierzemy widza do XVIII wieku. Trochę „unowocześniliśmy” ten spektakl – w naszym wykonaniu został on przeniesiony o 100 lat do przodu. Molier pisał „Mieszczanina” pod koniec XVII wieku.

Do realizacji „Mieszczanina” chciałbym zaprosić zespół muzyki dawnej – w sztuce jest 5 baletów i wydaje mi się, że powinny być profesjonalne – zrealizowane według zasad wtedy panujących.

Czym powodowane jest przesunięcie czasowe w spektaklu?

M. K.: Bardzo podobają mi się XVIII-wieczne stroje. Uważam, że są niezwykle efektowne, mają w sobie wiele fantazji. Dajmy na to – kobiety nosiły wtedy statki na głowie, metrowe fryzury. To także niesamowite nawiązanie do współczesności. I dzisiaj znakomita większość kobiet ma „sztuczne włosy” – farbowane, doczepiane, sztucznie skręcane i prostowane. To samo dzieje się z paznokciami, ustami, rzęsami i innymi częściami ciała. Taka sztuczność była i wtedy – mężczyźni zakładali poduszeczki na łydki, żeby wyglądały na bardziej umięśnione. Kobiety pudrowały się, by zmienić koloryt cery, przyklejały sobie sztuczne pieprzyki. Ludzie nosili nieodzowne gadżety, inne niż teraz, ale wciąż były to rzeczy, które stanowią o człowieku.

Czy tę konwencję teatru młodzi ludzie z Twojej grupy przyjmują bez protestów?

M. K.: Dziewczyny są zafascynowane. Mogą na chwilę stać się kimś innym. Chłopaków w grupie jest niewielu, ale i oni przyjmują tę konwencję bez protestów, choć nie zachwycają się kostiumami. Tłumaczę im, że na scenie nie są sobą, tylko określonym bohaterem.

Jak na teatr kostiumowy reagują ich znajomi? Podczas ostatniego spektaklu w Suwalskim Ośrodku Kultury byli ich rówieśnicy.

M. K.: Ten teatr to dla nich ciekawostka. Żadna z suwalskich grup nie proponuje tego, co my. Udało nam się znaleźć niszę i mam nadzieję, że w niej będziemy kontynuować naszą działalność.

Z teatrem amatorskim zwykle związane są pytania o poziom merytoryczny spektakli. Nie masz kompleksów z powodu braku kierunkowego wykształcenia?

M. K.: W szkole teatralnej studiowałem semestr – prowadziła mnie wtedy aktorka Renata Pałys. Chciałbym dostać się w przyszłości do studium reżyserskiego, ale na tym etapie mogę jeszcze pracować metodą prób i błędów. Pewnie w dalszej perspektywie zostanę zmuszony do rozwoju – zawsze warto posłuchać ludzi mądrzejszych od siebie. Na razie pomagają mi doświadczenia z Suwałk – na scenie występuję od 15 lat – zaczynałem od dziecięcej grupy teatralnej, występowałem w monodramach, byłem uczestnikiem Ogólnopolskich Spotkań z Monodramem „O Złotą Podkowę Pegaza”.

Jakie jeszcze działania chciałbyś zrealizować ze swoim teatrem – poza sztuką „Mieszczanin szlachcicem”?

M. K.: Mam masę innych pomysłów. Chciałbym wystawić kiedyś sztukę opartą na moim scenariuszu – już prawie gotowym. Szukam w tej chwili organizacji, z którą mógłbym napisać wniosek o dofinansowanie. To komedia o małżeństwie z 50-letnim stażem, które nieco się już sobą znudziło. Liczę, że uda mi się w spektaklu wykorzystać plenery Suwalszczyzny. Chciałbym zrobić z tego coś na wzór „teatru telewizji”.

Dziękuję za rozmowę.

Fot. Niebywałe Suwałki – Marcin Tylenda

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ