Norris Garner – mistrz ceremonii

Norris Garner.
Norris Garner.
Norris Garner.

W ramach XIV Międzynarodowego Festiwalu Piosenki i Tańca „Muszelki Wigier”, w piątek – 30 maja na Dużej Scenie Suwalskiego Ośrodka Kultury odbył się koncert Norrisa Garnera z towarzyszeniem pianisty Szymona Markiewicza oraz zespołu Holy Noiz. Jak wiadomo, Amerykanin przyjechał poprowadzić prowadzone równolegle z “Muszelkami Wigier” warsztaty gospel. Ich finał odbędzie się 1 czerwca o godz. 18.00.

Autor: Wojciech Otłowski

Myślę, że za udany pomysł należy uznać tłumaczenie wypowiedzi artysty na język polski. Z roli tłumacza sympatycznie wywiązała się Magdalena Tumialis, która także prowadziła konferansjerkę po angielsku. Na temat “polskojęzycznego zapowiadacza” dawno wyrobiłem sobie zdanie. Na ostatnim występie ZPiT “Suwalszczyzna” wręcz pogłębiłem. Więc w tym miejscu lepiej przerwę i przejdę do muzyki.

Początkowo nie wyglądało to wszystko różowo. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Garnera speszyła nieco – niestety, muszę to napisać – pusta sala. Była wypełniona w 1/5, góra – 1/4. Na szczęście później publiczności przybywało – byli to uczestnicy “Muszelek Wigier” i warsztatów gospel.

O towarzyszących na scenie Garnerowi muzykach można powiedzieć jedno: profesjonaliści pełną gębą. Pomimo niebagatelnych umiejętności, skupili się na roli zespołu akompaniującego. Oczywiście zdarzyło się jakieś solo gitarzysty Roberta Zająca, fajne przejście perkusisty Łukasza Zająca (zbieżność nazwisk nieprzypadkowa), ciekawy klang/slapping basisty Wojciecha Gąsiora czy intrygujące intro klawiszowca Szymona Markiewicza. Niemniej, w każdym momencie pełnili “rolę służebną” wobec wokalu. Oczywiście aranże głęboko osadzone były w tradycji – zawierały elementy rocka, bluesa, soulu, jazzu. Gdybym miał porównywać, to choćby z Davidem Fosterem.

Już wspominałem, że początkowo Garner sprawiał wrażenie speszonego. Rozkręcał się jednak z każdym utworem, próbując wciągnąć w interakcję publiczność. Do pewnego momentu średnio mu to wychodziło, ale w końcu lody puściły. Ostatni utwór artysta poprzedził długą wypowiedzią na temat gospel. Pozwolę sobie przytoczyć jedynie konkluzję: Garner dwanaście lat temu stracił serce do gospel. „Wiarę odzyskał”, gdy został zaproszony do Danii i Polski na warsztaty. Okazało się, że w tej części świata muzykę gospel ludzie kochają niebywale. Po tej deklaracji zaprosił na scenę młodych ludzi do wspólnego, radosnego śpiewania.

Jak to w gospel, Garnera nie można określić li tylko jako wokalistę – oczywiście w tej roli wypada wspaniale. On jest swoistym dyrygentem, mistrzem ceremonii.

Na koniec muszę koniecznie podkreślić rolę trzyosobowego chórku. Wiem, wiem – chórek to niby oczywistość w wielu zespołach, ale u Garnera pełni o wiele ważniejszą rolę, niż w takich – nie przymierzając – Bajmach czy Budkach Suflera. Po prostu stanowi pełnoprawny składnik podmiotu wykonawczego. Czasami wspiera Garnera wokalem podawanym unisono, innym razem wchodzi z nim w fascynujące dialogi. Nie zabrakło ruchu scenicznego.

Przypomnijmy, w niedzielę 1 czerwca w SOK odbędzie się koncert finałowy warsztatów gospel – prowadzonych właśnie przez Norrisa Garnera. Miejmy nadzieję, że audytorium będzie większe niż w piątek. Początek o godz. 18.00.

Fot. Wojciech Otłowski – www.wojciech-otlowski.pl

Dodaj komentarz