Karate drogą pokoleń. Suwalscy „potomkowie” Oyamy – od Marka Krejpcio po braci Biłbaków

Fot. Suwalski Klub Karate Kyokushin

Niedawno miałam okazję poznać czwórkę ludzi bardzo ambitnych, pracowitych, rzetelnie dążących do postanowionego przez siebie celu. Mimo że bardzo się różnią, łączy ich coś nadzwyczaj wyjątkowego. Coś, czemu poświęcili bądź nadal poświęcają mnóstwo czasu, pracy oraz wręcz katorżniczego wysiłku. Sport obejmujący zasięgiem cały świat, pochodzący z Kraju Kwitnącej Wiśni – Japonii, uczy ludzi nie tylko samozaparcia i pokornego pokonywania przeszkód, ale przede wszystkim – jest dobrą lekcją życia. Mowa tu oczywiście o karate, które ostatnio obchodziło w Suwałkach swoje dwudzieste piąte urodziny.

Autor: Zuzanna Andruczyk

Jak to wszystko się zaczęło?

Gala Karata, suwalki, reso, #suwalki #suwałki, niebywalesuwalki, Marcin Tylenda
Na zdj. Marek Krejpcio.

Pisząc o historii klubu, nie można pominąć faktów dotyczących założyciela Suwalskiego Klubu Karate Kyokushin. Cofnijmy się do końcówki lat 60. XX wieku. 28 kwietnia 1969 w Suwałkach przyszedł na świat Marek Krejpcio. Od dziecka wykazywał się sprytem, inteligencją, talentem – nie tylko w sporcie. Talent w dziedzinie muzyki przez lata weryfikowała w jego przypadku suwalska Szkoła Muzyczna. Ukończywszy pierwszy stopień nauki, Marek postanowił porzucić akordeon, a swoją muzyczną rzeczywistość zamienić na coś nowego. Zafascynowany filmowymi przygodami Bruce’a Lee, który był niezwykle popularny w latach 70. i 80. – choć i dzisiaj ma wielu naśladowców – postanowił pójść w jego ślady. W 1983 roku, jak nietrudno zgadnąć – na przekór rodzicom, czternastoletni wówczas Krejpcio po raz pierwszy udał się na zajęcia odbywające się w suwalskiej sekcji karate. Odkrywszy w sobie ducha walki, ale i nieco talentu, Marek ze swojego pierwszego treningu wyszedł zainspirowany. Wrócił i… wraca nadal.

1991 rok był przełomowy dla Marka. Dwudziestodwuletni w tamtej chwili młodzieniec posiadał najwyższy stopień karate w Suwałkach oraz licencję instruktora. Oprócz chęci samorealizacji, Krejpcio chciał również inspirować innych ludzi. 20 listopada 1991 roku założył klub karate w Suwałkach i tym samym rozpoczął największą przygodę w swoim życiu.

– Ten sport na początku cieszył się ogromnym zainteresowaniem. Na hali OSiR potrafiło trenować nawet 400 osób. Niektórym musieliśmy podziękować, bo po prostu się tam nie mieścili – wspomina Krejpcio. Z biegiem lat w mieście pojawiło się wiele innych dziedzin sportu, w tym sztuk walki. Mieszkańcy Suwałk mieli większy wybór – odnajdywali własne miejsce na różnych płaszczyznach, ale w klubie Marka Krejpcio nigdy nie brakowało chętnych.

Mimo natłoku obowiązków i w życiu rodzinnym, i w pracy – w klubie, Marek Krejpcio nigdy nie przestał się rozwijać. Gdy w 1988 roku w Rybniku po raz pierwszy wziął udział w Mistrzostwach Polski, postawił sobie za cel, by cały czas umacniać swoje umiejętności i piąć się w górę. Niestety, w tamtych czasach Krejpcio nie miał takich możliwości jak młodzi zawodnicy teraz. Musiał weryfikować swoje błędy, niwelować je – samodzielnie. W Suwałkach nie było żadnego instruktora, który mógłby poprowadzić go po mistrzostwo. Krejpcio jest więc samoukiem.

Samozaparcie, determinacja i ogrom ciężkiej pracy dały owoce po sześciu latach samodzielnej nauki. W 1995 roku Marek Krejpcio zdobył brązowy medal na Mistrzostwach Polski seniorów w Legnicy.

– Po tym sukcesie wróciłem do Suwałk i nadal pracowałem nad sobą. Wtedy zrozumiałem, że nie ma rzeczy niemożliwych i że za rok chcę być jeszcze lepszy. I udało się. W 1996 roku w Gdańsku zdobyłem srebro – mówi. Tamte Mistrzostwa Polski mogły przynieść mu nawet złoto, jednak przed finałem został nieszczęśliwie sfaulowany – brutalnym kopnięciem w krocze. Była to dla założyciela Klubu Karate Kyokushin nauka pokory, ale i kolejna dawka motywacji, aby za rok powalczyć o złoto.

– Poczułem spory niedosyt po tych zawodach. Postanowiłem coś z tym zrobić. Wróciłem więc za rok i w 1997 zostałem mistrzem Polski – śmieje się po latach.

W 1998 r. Marek Krejpcio zdobył kolejny złoty medal i prawdopodobnie powtórzyłby sukces rok później, ale los miał dla niego inne plany. W czasie walki, jego łokieć zderzył się z łokciem przeciwnika, doznał bardzo poważnej kontuzji. – Po prostu pękła mi ręka. Ten nieszczęśliwy wypadek praktycznie zakończył moją karierę zawodnika – tłumaczy.

Trzydziestoletni wówczas Krejpcio niechętnie podjął decyzję o zakończeniu startów, skupił się na szkoleniu innych. Po kilku latach odpoczynku, już dla własnej satysfakcji, został „mistrzem łamania desek”, czyli Mistrzem Tama-shiwari podczas Mistrzostw Polski Open w 2003 i 2004 r. Kilka lat później, bo w 2009 r. Krejpcio spełnił swoje ogromne marzenie o wyjeździe do Japonii, gdzie zdobył brązowy medal na Mistrzostwach Świata seniorów 35-39 lat w kategorii do 70 kg. Rok później znów wybrał się do Kraju Kwitnącej Wiśni, gdzie wziął udział w Światowym Turnieju seniorów 40+. Tam także w kategorii do 70 kg zdobył pierwsze miejsce w kumite.

Marek Krejpcio to jedna z tych osób, które mimo przeciwności losu, dopną swego. Jak wspomina – rodzice nie dawali mu funduszy na zachcianki, sam musiał zarobić na swoją pasję. Gdy założył rodzinę, potrafił pogodzić temat rodziny z pracą oraz swoim zamiłowaniem do sportu. Masa wyrzeczeń, ciężki trening i brak wolnego czasu były wpisane w jego codzienność. Zawsze mógł jednak liczyć na wsparcie najbliższych.

– Żona nigdy nie przeszkadzała mi w tym, co robię i zawsze była ze mną. Uzupełniamy się. Ja prowadzę treningi, a ona zajmuje się administracją klubu. Chyba źle nie jest, skoro wytrzymujemy ze sobą i w domu, i w pracy już 25 lat – śmieje się.

Swoją pasją „zaraził” również swoje dzieci. Syn Marka – Mateusz Krejpcio zdążył powtórzyć już niemalże wszystkie sukcesy ojca, dając świetny pokaz swoich umiejętności na macie podczas zmagań na szczeblu ogólnopolskim i międzynarodowym. Córka – Natalia również była zawodniczką karate na wysokim poziomie, jednak zrezygnowała z kariery sportowej na rzecz innych zainteresowań. Nie znaczy to jednak, że pożegnała się z japońską sztuką walki na dobre.

Fot. Niebywałe Suwałki – Marcin Tylenda, Wojciech Otłowski – www.wojciech-otlowski.pl oraz archiwum klubu i archiwum prywatne 

Co było dalej? Natalii Krejpcio droga pełna zawirowań

Gala Karata, suwalki, reso, #suwalki #suwałki, niebywalesuwalki, Marcin Tylenda
Na zdj. Natalia Krejpcio.

Natalia Krejpcio urodziła się w lipcu 1988 r. Zdawać by się mogło, że skoro przyszła na świat w rodzinie mistrza karate, to kyokushin „płynie” w jej żyłach. Nie był to jednak jej pierwszy wybór jeśli chodzi o sport. W wieku przedszkolnym rodzice zapisali Natalię na… balet. Nie zagrzała tam długo swojego miejsca. Serce nieustannie ciągnęło ją na salę, w której tata – instruktor karate spędzał niemalże cały dzień.

W 1995 roku, gdy mała Natalka miała dopiero siedem lat, niestety nie było grup dziecięcych, w których mogłaby uczyć się podstaw sztuki walki. Dziewczynka trenowała często z dużo starszymi od siebie chłopakami, którzy nie tylko byli od niej sprawniejsi, ale przede wszystkim – silniejsi.

Patrząc na zapał córki, Marek Krejpcio podjął decyzję o utworzeniu pierwszej w klubie grupy dziecięcej. Był to strzał w dziesiątkę. Dziewczynce bardzo spodobały się zajęcia, a szczególnie forma kata, która jest pokazem siły, techniki, dynamiki oraz pamięci.

– Gdy patrzy się na to z boku, kata przypomina „taniec karateki”. Taka piękna forma, cały przekrój tego, co potrafimy. Wiele kobiet odnajduje się właśnie w kata, ponieważ nie każda daje radę z wysiłkiem, jakim jest walka z przeciwnikiem – tłumaczy Natalia Krejpcio.

Talent i ciężka praca wkrótce przyniosły efekty – pierwsze znaczące sukcesy: złoty medal w kata na Mistrzostwach Polski Dzieci w 1999 r. Natalia po powrocie z zawodów musiała zmierzyć się z nową dla niej rzeczą – popularnością. Rozpoznawalność w Suwałkach oraz w społeczeństwie karateków były dla niej przez pewien czas motywujące, wkrótce zaczęła jednak odczuwać stres związany z byciem pod presją.

– Ludzie, gdy już wiedzą, że ktoś jest w czymś dobry, zaczynają mieć oczekiwania. Tak było właśnie w moim przypadku. W pewnym momencie w mojej głowie pojawiła się myśl, że coś „muszę”. Przestałam czerpać przyjemność z karate. Karate stało się moim obowiązkiem, wymagającym ode mnie udowadniania siły charakteru i utrzymywania się cały czas na szczycie – wspomina Natalia Krejpcio, dodając, że pomimo tego, że dość szybko zaczęła odnosić sukcesy, nie była na nie gotowa. – Zbyt ambicjonalnie podchodziłam do tego i cały czas chciałam być najlepsza, a wiadomo, że jak przez pewien czas jesteś na szczycie, to też musi przyjść moment upadku – mówi.

Bardzo przeżywała porażkę, czy każdy „gorszy wynik”, jak wtedy, gdy po wspomnianych już Mistrzostwach Polski, została pokonana przez nieznaną nikomu rywalkę i do domu przywiozła „tylko” srebro. Trudno jej było pogodzić się z faktem, że ktoś okazał się lepszy. Innym problemem okazała się zazdrość rówieśników.

Natalia w pewnym momencie zdecydowała się porzucić karierę zawodniczą. Nie była to prosta decyzja, ale dzięki niej zyskała nową perspektywę. Gdy wyjechała do Warszawy na studia – na swoim wymarzonym kierunku – filologii polskiej, otrzymała propozycję pracy jako instruktorka w jednym z warszawskich klubów karate. Dało jej to nową nadzieję.

– Usłyszałam, że to jeszcze nie jest mój koniec, że może nie będę już zawodniczką, ale będę mogła szkolić innych – podkreśla Natalia Krejpcio. Z propozycji skorzystała, zaczęła uczyć formy kata. Praca nie tylko bardzo poprawiła jej samopoczucie, ale przede wszystkim utwierdziła ją w przekonaniu, że posiada sporą wiedzę.

Po ukończeniu studiów na Uniwersytecie Warszawskim, Natalia Krejpcio wróciła do swojej „małej Ojczyzny”, do Suwałk. Zaczęła uczyć języka polskiego w jednym z gimnazjów, prowadziła też treningi w rodzinnym klubie karate. Wyszła za mąż. Ze swoją pasją wiąże także kilka celów – chciałaby zdobyć czarny pas, który jest symbolem najwyższej klasy umiejętności. Dotarcie do tego poziomu, który reprezentuje Natalia Krejpcio, łatwe przecież nie było.

– To jest wspaniałe, że w karate jest miejsce dla wszystkich. Nie ukrywajmy jednak tego, że kobiety w tym sporcie mają o wiele trudniej. Jesteśmy inaczej biologicznie uwarunkowane, więc choćbyśmy chciały, to mężczyznom nie dorównamy w niektórych rzeczach. Karate nie jest sportem typowo kobiecym – mówi, dodając, że pamięta, jak siniaki po ciężkim treningu bądź zawodach wywoływały przerażenie na twarzach ludzi. Można powiedzieć, że trenując karate, łamała również stereotypy. Nie wyobraża sobie życia bez karate, ten sport wykształcił siłę jej charakteru.

Fot. Niebywałe Suwałki – Marcin Tylenda, Wojciech Otłowski – www.wojciech-otlowski.pl oraz archiwum klubu i archiwum prywatne 

Wojownicy młodego pokolenia – historia braci Biłbaków

Bracia bliźniacy – Damian i Daniel Biłbakowie urodzili się 8 lipca 1998 roku. Pochodzą z Rutki Tartak. Niemal identyczni z wyglądu, są jednak kompletnie różni pod względem charakteru. Są jak ogień i woda. Damian to właśnie ta woda, wyróżnia się cierpliwością i wewnętrznym spokojem. Daniel jest pełen temperamentu, nie lubi siedzieć w miejscu. Braci łączy jednak kilka wspólnych cech, które ujście mają w ich wspólnej pasji – karate. Obaj są zdeterminowani i ambitni. Nie boją się ciężkiej pracy, bo to właśnie ona – oprócz talentu – przynosi im sukcesy w kraju i za granicą.

Pasja do karate nie była „przypadkowa” w domu Biłbaków. W dalekiej przeszłości hobbystycznie uprawiał ten sport tata bliźniaków. Gdy chłopcy ukończyli 7 lat, zaczęli uczęszczać do Suwalskiego Klubu Karate Kyokushin, prowadzonego przez Marka Krejpcio. Młodzi chłopcy od razu poczuli się tam jak ryby w wodzie.

Zaczęło się spokojnie – od pląsów i zabaw na macie. Z czasem jednak bracia wdrażali się w techniki karate, aż w końcu na dobre rozpoczęli karierę zawodniczą. Najpierw były zawody regionalne – w Augustowie i Grajewie, gdzie obaj odnieśli swój pierwszy sukces, przywożąc z obu miejscowości złote medale. Apetyt stopniowo rósł w miarę jedzenia i – wraz z coraz bardziej intensywnymi treningami – przyszła pora na zawody wyższej rangi, jakimi były Mistrzostwa Polski i Mistrzostwa Europy.

W 2013 roku po raz pierwszy wystąpili na arenie międzynarodowej, wzięli udział w Mistrzostwach Europy Kadetów w rumuńskiej Oradei. Damian zdobył brązowy medal w Kumite do 50 kg i zajął szóste miejsce w kata. Daniel opuścił Rumunię jako piąty w Europie w kumite, co było dla niego lekcją pokory, ale też motywacji, by za rok stanąć na wymarzonym stopniu podium. Żaden z braci nie zamierzał spocząć na laurach.

Sukces przyszedł w 2014 roku. 25 października w koszalińskiej Hali Sportów Walki odbyły się XV Mistrzostwa Polski Juniorów, podczas których Damian zdeklasował konkurentów, zdobywając złoto w kumite do 60 kg, a także brąz w kata. Daniel, po przegranej z bratem, do domu przywiózł srebro w kumite do 60 kg oraz otarł się o podium, zajmując czwarte miejsce w kata. Zawodnicy zdobyli także pierwsze miejsce w walkach reżyserowanych – w parach.

W listopadzie wystąpili na Mistrzostwach Europy w Kownie, gdzie historia powtórzyła się – Damian przywiózł złoto, a Daniel srebro w kumite. Drugie miejsce nie było jednak żadną porażką dla niego, wręcz przeciwnie.- Zmotywowało mnie to do dalszej pracy nad sobą na treningach, by w końcu stanąć na najwyższym stopniu podium. Byłem dumny z brata i również chciałem pokazać, że potrafię – mówi.

W 2015 roku bracia Biłbakowie udowodnili wszystkim, że cały czas są w dobrej formie. Po raz kolejny udało się im zakwalifikować do Mistrzostw Europy Juniorów, które wówczas odbywały się w Warszawie. Daniel zdobył srebro w kategorii kumite do 60 kg, a Damian zajął trzecie miejsce w kata i w kumite do 55 kg. Mimo wspaniałego wyniku obu braci, Daniel zaczął odczuwać lekki niedosyt. Był o krok od swojego marzenia – złotego medalu na macie międzynarodowej.

W styczniu 2016 roku bracia Biłbakowie wzięli udział w Mistrzostwach Polski organizacji Shinkyokushin we Wrocławiu, które były też kwalifikacjami do majowych Mistrzostw Europy Juniorów w Gruzji. Obaj zdobyli złoto w kategorii kumite, a Daniel wygrał również w kata, w której Damian zajął drugie miejsce.

W Gruzji obaj mieli pecha, gdyż ze względu na to, że pojedynek Daniela w półfinale był bardzo wyrównany, sędziowie nie mogli rozstrzygnąć, który zawodnik wygrał. Wskazali remis w rundzie pierwszej i w dogrywce. Z racji tego, że po dogrywce o wygranej decyduje waga, wygrał zawodnik lżejszy o trzy kilogramy – niestety nie był to Daniel, który ostatecznie zajął trzecie miejsce.

Damian Biłbak przegrał wtedy dwa medale „o włos”. W konkurencji kata i kumite zajął miejsca 5-8. W kata po wygranej pierwsze turze, uległ zawodnikowi z Litwy w drugiej turze i nie wszedł do półfinału. W kumite w pierwszej walce wygrał z Ukraińcem Arturem Perepelycja przez wazari – kopnięcie na głowę. W drugim pojedynku – o wejście do półfinałów – spotkał się z zawodnikiem gospodarzy Hasha Khutshishvili. Damian prowadził w tym pojedynku, na końcu walki usłyszał jednak werdykt sędziowski: dwaj sędziowie wskazali na Gruzina, jeden na Damiana i jeden na remis. Sędzia maty wskazał na Gruzina. Damian po raz drugi musiał zadowolić się miejscem w ósemce.

Kariera zawodnika karate wiąże się z małą ilością czasu dla siebie, a także masą wyrzeczeń. Treningi w sezonie odbywają się często 3-4 razy w tygodniu, niekiedy dwa razy dziennie. Pobudki o świcie, poranne rozbieganie, szkoła, a wieczorem ciężki trening na sali – tak wygląda plan dnia zawodnika. Bracia Biłbakowie od kilku lat muszą godzić obowiązki uczniów z treningami i startami w zawodach na wysokim poziomie, co nie zawsze jest proste. Chłopcy w sezonie nie znają słowa nuda, często rezygnują z imprez czy wyjść ze znajomymi. Obowiązuje ich też dieta.

Warto również wspomnieć o tym, że niemałe sukcesy braci dały im rozpoznawalność zarówno w regionie, jak i w środowisku karateków. Presja, pod którą się znajdują, nie jest dla nich jednak demotywująca i uciążliwa, lecz jest motorem napędzającym do działania na każdym treningu.

Po 10 latach treningów karate bracia Biłbakowie są o krok od posiadania czarnego pasa. Nie ukrywają, że to ich wielkie marzenie i pieczołowicie dążą do jego zrealizowania. Egzamin na kolejny pas to ogromna próba – zarówno umiejętności, jak i charakteru każdego zawodnika, ale bliźniacy nie boją się wyzwań.

Swoją przyszłość bracia wiążą ze sportem. Wybierają się na AWF, nie zamierzają zrezygnować z karate. Chcą kontynuować karierę zawodniczą. Karate nadaje ich życiu sens, a ogromny trud, jaki wkładają w osiągnięcie każdego postawionego przez siebie celu, tylko utwierdza w przekonaniu, że warto mieć pasję i walczyć o nią.

Fot. Niebywałe Suwałki – Marcin Tylenda oraz archiwum klubu i archiwum prywatne 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ