#PANdaRADE: Demokratyczna demo-kasacja, czyli o tym, jak polski lud podcina gałąź, na której siedzi

Fot. George Hodan, all-free-download.com

#pandarade – cykl felietonów, myśli luźnych, komentarzy dotyczących rozmaitych tematów, kwestii aktualnych, wymagających uwagi na portalu „Niebywałe Suwałki”. Autor tekstów pozostanie anonimowy, ale na pytania i uwagi chętnie odpowie za naszym pośrednictwem: redakcja@niebywalesuwalki.pl

Żadna praca nie hańbi?

Powraca sprawa Anny Reguckiej, urzędniczki zwolnionej z suwalskiego ZDiZ. Na fanpage’u „Współczesnej” na Facebooku rozgorzała dyskusja (wszystkie cytaty pochodzą z tego źródła; pisownia oryginalna).

Ludzie piszą, że żadna praca nie hańbi, że to żaden wstyd, mając wykształcenie, iść do tzw. łopaty. Nie zgadzam się. „Żadna praca nie hańbi” to szkodliwy mit, jak na przykład to, że „milczenie jest złotem”. Nie jest! Człowiek może milczeć, myślami będąc gdzie indziej, nie okazując żadnego szacunku współrozmówcy. Złotem jest tylko i wyłącznie myślenie aktywne (jak je nazywam), przepełnione szacunkiem dla drugiego człowieka i autentyczną wolą poznania go i jego poglądów – złotem jest uważne słuchanie.

Podobnie rzecz się ma z pracą. Nie każda praca, a tylko taka, która spełnia określone kryteria, nie hańbi. Musi być uczciwa i – co najważniejsze – użyteczna dla drugiego człowieka. To jak w tym kawale o dwóch facetach, z których pierwszy wykopuje dołki, a drugi je zakopuje. Na pytanie przechodnia, dlaczego robią coś POZBAWIONEGO SENSU, pierwszy z pracowników odpowiada, że normalnie ich załoga składa się z trzech osób – ten trzeci wkłada drzewa do dołka, zanim dołek zostanie zasypany. Podobno za minionego ustroju, zwanego „rajem”, taka „praca” stanowiła normę.

Jeśli ktoś ma etat, to jeszcze nie oznacza, że wykonuje sensowną pracę. W prężnie działającym przedsiębiorstwie da się stworzyć stanowisko „syn prezesa”, które nie będzie specjalnym obciążeniem finansowym. Jeszcze łatwiej jest wygenerować etaty w urzędach i instytucjach publicznych. Tu za wszystko płaci obywatel-podatnik, a jego kieszenie są niczym worek św. Mikołaja – bez dna (co intensywnie bada obecny minister finansów). Trudno się zatem dziwić, że w urzędach pełno non-krijetiw superwajzorów (pisownia oryginalna, choć źródło, z którego zaczerpnąłem, pominę) – osób, które pełnią ważne, ale bierne funkcje.

Klasa urzędnicza, no właśnie.

Należy wysłuchać także drugiej strony?

„Urzędników mamy mnogo ale robic nie ma komu …… […] O jakosci kadry nie trzeba duzo pisac sami dobrze znamy tych super urzedasow ktorzy powinni byc dla nas a jest calkiem odwrotnie……”

Napisał jeden z dyskutantów. Niestety, refleksja właściwie się na tym skończyła. Odniosłem wrażenie (być może mylne), że Anna Regucka oberwała nie tyle za siebie (nie sądzę, by ktokolwiek z dyskutantów zadał sobie trud dogłębnego zbadania tej sprawy), ile za całą klasę urzędniczą, która w oczach większości ludzi kojarzy się z pozorowaniem pracy i patrzeniem z góry na zwykłego człowieka.

Szkoda tylko, że tak jakby zapomniano, że drugą stroną tej sprawy jest, no właśnie, urząd. Suwalski ZDiZ konkretnie. Może warto by przyjrzeć się nieco bliżej poczynaniom dyrektora Drejera i jego załogi?

„Audiatur et altera pars” – „Niech zostanie wysłuchana także druga strona”.

Niestety, najwyraźniej nikogo to nie interesuje. Nawet jeśli w toku dyskusji przyznawano, że w polskich urzędach jest dużo patologi, to nie prowadziło to do żadnej konstruktywnej myśli. Ręce opadają.

„… ta gangrena jest na całym świecie. Dla mnie to jest walka z wiatrakami. Każdy przywódca stada dobiera wokół siebie ludzi zaufanych, i taka jest zasada. Czasami trzeba wybierać zło gorsze co nas nie satysfakcjonuje i chyba na tym polegają wybory, bo sami też kombinujemy na którego konia stawiać.”

Napisał kolejny z dyskutantów, indagowany przeze mnie. Mądry człowiek, wnosząc po treści komentarzy. Szkoda tylko, że już pogodził się z tym, że w pewnych miejscach panuje zło. A czym na się to podoba, czy nie, bierność dobrych ludzi naprawdę wystarcza do tego, by zło wygrało.

Jeśli w naszych oczach – oczach zwykłych obywateli – problemem są „fanaberie” zwolnionej urzędniczki, jeśli nie zamierzamy się bacznie przyglądać miejskiej polityce zatrudnienia, nie dziwmy się potem, że w Polsce jest, jak jest.

Brak szacunku do samego siebie

Najbardziej przeraził mnie brak szacunku do samego siebie, bijący z niektórych komentarzy. Jaka jest granica tego, do czego może zmusić swego pracownika polski pracodawca? Czy jeśli któregoś dnia szef przyjdzie i każe nam na przykład posprzątać toaletę szczoteczką do zębów, to też bez mrugnięcia weźmiemy się do pracy? Przecież żadna nie hańbi, nieprawdaż?

Jaka jest granica pozwalania urzędnikom i politykom (także tym lokalnym) na samowolę? To jak to jest z tą całą demokracją – włada suweren, ów demos, czyli lud? Czy może jednak to tylko bajka dla intelektualnie ubogich?

Podobno człowiek to taka istota, która łatwo się przyzwyczaja. Do wszystkiego. Z czasem nawet do najgorszych warunków, jeśli nie ma alternatywy. Ale przecież my mamy alternatywę, nieprawdaż? Mamy punkt odniesienie – i to niejeden! Mamy, wreszcie, potencjał i zasoby. Czy naprawdę musimy się godzić na wszystko, co nam dają, nawet jeśli odbiega to od naszego potencjału?

Czy jeśli najszybszy człowiek świata, Usain Bolt, wygra olimpijski bieg na 100 metrów z czasem powyżej 10 sekund, będzie to sukces? Tak, bo olimpijskie złoto jest wielkim osiągnięciem. Ale czy będzie to SUKCES NA MIARĘ MOŻLIWOŚCI Bolta? Zdecydowanie nie, bo ów sportowy geniusz powinien łamać barierę 10 sekund bez specjalnego wysiłku.

Jeśli Polak pracuje ciężko, ale zarabia grosze w porównaniu z płacą Niemca czy Brytyjczyka, choć płaci za wiele produktów mniej więcej tyle samo (choć nie za to samo, bo ostatnio pokazuje się, że sieci wielkich sklepów do Europy Wschodniej ślą towar gorszego sortu), to nie czarujmy się – to po części jego wina. Godzi się na to, że tak jest. A skoro się godzi, nie otrzyma niczego więcej. Bo i dlaczego miałby dostać?

To nie jest kraj dla młodych ludzi

„słuszność i oni chcą zatrzymać młodych w Polsce dobrze robią ze wyjeżdzają za granice”

Napisał jedna z pań uczestniczących w dyskusji. Bodaj jako jedyna podjęła ten bardzo wartościowy trop.

Być może Anna Regucka ma rację, być może nie ma. Być może sąd wyda wyrok korzystny dla dyrektora Drejera, nawet jeśli wina leży po stronie ZDiZ. Cóż, prawda dość często przegrywa z prawdopodobieństwem, szczególnie że to ostatnie wielokrotnie wypada lepiej w naszych oczach. Nieprzypadkowo Temida przedstawiana jest jako ślepa. Jeśli ktoś wierzy, że ta ślepota gwarantuje sprawiedliwe wyroki, niech sięgnie po klasykę – komedię „Plutos” Arystofanesa. Daje do myślenia.

Problem w tym, że Anna Regucka, młoda osoba, właśnie zderza się z polskim systemem. Może to pierwszy cios, jaki otrzymała, może któryś z kolei. Ona ma wybór. Jest wykształcona, potrafi walczyć o swoje. Jeśli nie znajdzie nic lepszego w Suwałkach, może spróbować swoich sił w większym mieście. Albo poszukać szczęścia za granicą. Emigracja, no właśnie.

W tej całej dyskusji brakuje pogłębionej refleksji o naturze problemu, ale także o długofalowych konsekwencjach. A idee zawsze mają konsekwencje. Jeśli nie szanujemy samych siebie, inni nie będą nas szanować (a już na pewno nie ci, dla których jesteśmy tanią siłą roboczą, skarbonką albo rynkiem zbytu). Jeśli uważamy, że nie da się zlikwidować patologii w urzędach, patologia będzie kwitła. Wiara w to, że nie urośnie, to naiwność granicząca z głupotą. Urzędnicy mnożą się jak króliki. Statystyki wielkości administracji w Polsce na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat są dostępne w Internecie.

Młodzi mają wybór. Coraz trudniejszy, bo np. Brexit powoli staje się faktem, a Wielka Brytania była do niedawna bodaj najbardziej popularnym kierunkiem dla polskich emigrantów. Ale jeśli alternatywą jest coś jeszcze gorszego, człowiek podejmie ryzyko. Wybierze – o zgrozo! – mniejsze zło. Przykre, że większym złem będzie Polska. To swoisty paradoks, że ojczyzna to najwyraźniej wyrodna matka, skoro jej dotyk aż tak boli.

Demo-kasacja

Wiele osób cieszyło się niedawno na wieść, że bezrobocie w Polsce jest najniższe w historii. Niby wszystko pięknie, ale jak wygląda demografia?

Największy problem w tej całej dyskusji to ślepota na efekty w dłuższej perspektywie. Wiele spraw da się zamieść pod dywan. Minister w rządzie PO-PSL, pan (w)Rostowski, pokazał, jak się robi kreatywną księgowość. Obecna ekipa chyba osiągnęła jeszcze wyższy stopień wtajemniczenia w tej sztuce.

Ale demografii nie da się wygenerować w arkuszu kalkulacyjnym ministra finansów; nie da się jej zamieść pod dywan – ona po prostu jest (jak geografia w rozważaniach geopolitycznych). Jest – i ma konsekwencje.

Popatrzmy teraz na sprawę Anny Reguckiej, jako kolejnej młodej osoby, która przekonuje sie na własnej skórze, że Polska to niekoniecznie dobre miejsce do życia dla młodych ludzi. Załóżmy, że podobnie jak tysiące (miliony?) przed nią, zdecyduje się na emigrację.

Młoda osoba wyjeżdża. Pracuje za granicą. Nie pracuje w Polsce, nie płaci składek w Polsce. ZUS ma coraz większe problemy. Pada. Emerytur nie ma. Niektórzy wierzą, że da się najeść zapisem elektronicznym „należnej emerytury” w systemie komputerowym ZUS, ale to bajka. Kasa jest o tyle, o ile pracownicy na bieżąco generują składki.

Co wtedy? Osoby, które dziś każą Annie Reguckiej „iść do łopaty”, bo „żadna praca nie hańbi”, a niebawem same osiągną wiek emerytalny, powiedzą „No problem. Byliśmy głupi i krótkowzroczni”? Czy może raczej będą się domagać „sprawiedliwości społecznej”? Problem w tym, że pustego i Salomon nie naleje. Można wydrukować walutę, ale jeśli nie będzie miała pokrycia w produkowanych dobrach i usługach, będzie bezwartościowa. Pamiętasz Zimbabwe? Okazuje się, ze można być miliarderem, a jednocześnie biedakiem (http://henhen.pl/wordpress/2013/02/hiperinflacja-w-zimbabwe/).

Tym się kończy demokracja pojmowana jako „władza ludu”, a nie jako „władza obywateli”. Czy nam się to podoba, czy nie, mamy raczej „demo-kasację”, czyli mityczny lud, ów suweren, podcina gałąź, na której sam siedzi. Czy skasuje samego siebie? To niewłaściwe pytanie. Właściwe pytanie brzmi: kiedy polski demos skasuje samego siebie.

Nie zgadzam się z tym, że politycy i urzędnicy są pochodną społeczeństwa. Uważam jednak, że to my – obywatele, my – społeczeństwo na to wszystko im pozwalamy. Żeby wygrało zło, wystarczy bierność dobrych ludzi.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ