Nie gniewaj się na mnie, Polsko – Takatuka bez cenzury

Nie gniewaj się na mnie, Polsko - Takatuka bez cenzury Niebywałe Suwałki

Ostatnie dni przyniosły nam znowu cały wachlarz narodowych niepowodzeń. Potknięcia, błędy, zwyczajowe danie ciała czy… wszyscy wiemy czego. Zbliżamy się do końca olimpiady, na której nasi sportowcy wypadli jak zwykle, czyli po swojemu. Tak, jak chcieli, jak potrafili, czy zwyczajnie – jak wyszło.

Autor: Artur Sawicki

Miało być tak pięknie – wyszło jak zwykle, mówi nasze ulubione porzekadło. Opinia publiczna zachodzi w głowę, jak można było zniweczyć takie a siakie szanse. Wszak pewnie połowa całej ludności kraju, w gorące wieczory pociła się w wersalki w szale dopingu. Krzyczała, biła pięściami w piękne kolorowe obszycia swoich kanap, żeby piłkę obronić, zaserwować po mistrzowsku albo zastosować blok tak silny, niczym żelbet z naszych mieszkań. Kolejna grupa kibiców, zainstalowanych na stałe w najpopularniejszych teraz, pubach z telewizorami, na przekór wszelkim możliwym przepisom o publicznej emisji, stara się wespół z proporcjonalne spijanym piwem, wesprzeć narodowe drużyny. Spora część z nich w połowie wieczoru nie odróżniłaby podnoszenia ciężarów od szachów, ale szalikiem czoło wytrze, kolejkę zamówi i jakoś leci. Wygramy – przegramy, to już wszystko jedno.

Zastanawia mnie jedno, czy nasi sportowcy, którzy wyjeżdżają na Olimpiadę, wiozą ze sobą, choć ślady jakiejkolwiek formy? Namaszczeni przez związki, działaczy, graczy, palaczy, polityków. Sympatyków i kibiców, media, które zawieszają medale jeszcze przed oficjalnym zapaleniem znicza. Jadą tam z takim balastem wszystkich krzepiących słów: Nie zawiedźcie nas, Jesteście naszą dumą. Nie mamy kasy dla was na spodnie, ale musicie nam przywieźć medal.

Motywujące to chyba nie jest, kiedy jednego sportowca kibicuje i żegna na tarasie widokowym tuzin dorodnych działaczy. Do podziału nie ma co… a tych, których czekają na obdarowanie, aż nadto. Sukces ma wielu ojców, tylko dlaczego jeden talent musi ich wszystkich karmić. Sukces medalowy fetowany jest przez wszystkie media. Przerywane są audycje, żeby komentator mógł przeprowadzić słuchaczy, czy tego chcą czy nie, przez ostatnie metry, ostatnie chwile, i… finisz. Mamy medal, rozliczamy, rozpamiętujemy, a to drugi w historii, a to pierwszy w nieparzysty dzień. Mowa bez granic. Inaczej jest, kiedy tego medalu nie ma, rozgoryczenie i pauzy w komentarzach brzmią jak solidny krzyk, a może i wycie. Dlaczego znowu my?! Dlaczego znów Polska, uciemiężona, uwięziona. Nasi rodacy stłamszeni, niedocenieni. Już od zarania dziejów, a to nas napadną, a to na obrażą, w najgorszym razie wyśmieją. Wiatr zawsze w oczy Polakowi, a Polak przecież nikomu nie szkodzi.

Naturalnie, nie szkodzimy nikomu, no może poza sobą nawzajem. Nie dalej jak wczoraj usłyszałem w radiu, że my, jako europejski kraj, nie mamy obrony przeciwrakietowej. Jak to nie mamy – spytałem wyraźnie nie wiadomo kogo? Otóż, po śniadanku, dowiedziałem się, że gdyby ktoś nas teraz zaatakował, to by się mu udało. Bo my nie mamy czym strącać rakiet. Pozostaje nam chyba zalogować się na jakimś Ebay’u i rozpocząć zbrojenia…

Nie lubimy, kiedy się sąsiadowi uda. Żona uprzejma, pies jest ładniejszy albo samochód nie tak bardzo zardzewiały, jak nasz. Kibicujemy i cieszymy się, kiedy wygrywamy. Kiedy przegrywamy, to też się w głębi duszy cieszymy. Bo za cztery lata znów będzie okazja, żeby pójść na piwo do baru. Przy okazji można posłuchać wszystkich afer, dojrzałych na olimpijskim gruncie komentarzy, oświadczeń i orzeczeń. Kto, komu i za ile się naraził. Nie gniewaj się na mnie Polsko, taki już jestem. Pozdrawiam, Twój Obywatel.

Sfera blogera – http://takatuka.blog.pl/

Fot. http://www.london2012.com

Dodaj komentarz