Wakacyjny korpus zniszczenia – Takatuka bez cenzury

Wakacyjny korpus zniszczenia - Takatuka bez cenzury Niebywałe Suwałki

Połowa wakacji. Kalendarze urlopowe albo właśnie zostały otwarte, albo pokracznie zrzuciły ostatnią karteczkę. Kilkanaście dni wolnych za cały rok wytężonej pracy należy spokojnie i skrupulatnie zaplanować. I tak, śladem dawnych osadników, część z nas wybiera się na coroczny objazd rodziny. Rozproszonej po całym kraju. Ku radości dzieci, niekoniecznie radości tych, którzy teściów odwiedzają. Lato ma jednak swoje prawa i choćby grill był zimny, a piwo ciepłe, uśmiechnąć się wydatnie należy, a i wziąć ciężar urlopowych spotkań na klatę. Karty kredytowe już wkrótce się spłacą, będzie można zacząć ciułać na następne wakacje.

Autor: Artur Sawicki

I tak jedni wyjeżdżają, inni wracają. Jeśli którekolwiek z Was odważyło się w ciągu dnia udać nad polskie morze miało okazję sprawdzić dwie ważne rzeczy. Oto trasa E7 znana i uwielbiana przez kierowców, pozyskała nowe gałęzie. Nowe odcinki oddane dla rodzinki. Chociaż w aucie pożyczona nawigacja każe nam zawrócić, wyciskamy siódme poty z naszego sprowadzonego z zachodu, od pierwszego właściciela, auta. Szybciej… ku wakacjom, ku odwieszeniu kluczyków na gwoździk. Mimo że dzieci nie mają zbyt wiele do obejrzenia, a „Krzysztof” z uporem maniaka każe nam zawracać. Mkniemy… Śpiewamy Highway to Hell… przekręcamy na Highway to Sea. Samochód płynnie sunie po szerokiej wstążce, nie ma na razie robót drogowych!

Druga rzecz dotyczy właśnie drogi, oto wkraczamy na niebezpieczną  ścieżkę urlopowicza. Jeśli nie jest się wystarczająco szybkim, można narazić się na szykany ze strony mieszkańców okolicznych powiatów, których „beemy” nie mogą tak wolno jeździć.  Podobno psują się od tego i niszczą. Wyprzedza się zatem gdzie się da, maruderów w zapakowanych po dach samochodach, a maruderzy bez klimatyzacji, z uchylonymi oknami, buziami i zroszonym czołem wesoło śpiewają przebój z radia.

Spacerowym tempem dojeżdżamy do Trójmiasta. Z bagażem podręcznym i przekleństwami, które oblepiają już cały samochód. Tak wolno jechaliśmy… Korzystając z niewiedzy programu do nawigacji, a także najbliższej okolicy, przejeżdżamy prawie całe Trójmiasto, boczkiem. Uznaliśmy wspólnie, że jeśli autochtoni zaczną mówić po niemiecku, to będzie najwyższa pora, żeby zawracać. Szczęśliwym trafem udało się dojechać na miejsce. Otwarcie należy przyznać, że w swoim dotychczasowym życiu, po raz pierwszy świadomie i dobrowolnie postawiłem bosą stopę na sopockiej plaży. Jedyne, czego chciałem, to głęboko odetchnąć, bo oto po trzech godzinach jazdy dotarliśmy szczęśliwie na miejsce. Ten pierwszy może zbyt łapczywie wykonany wdech przyniósł mi oto wspomnienie saksów na Wyspach. Pracy na farmie żyjątek, zamkniętych, podobno na własną ewolucyjną, prośbę w wielkich muszlach. Smród morza… poranna fala, zielone gluty. Umysł znów płata figle. Próbuję się w głowie uporządkować. Wczasy równa się przyjemność. Do zapachu się przyzwyczaję, tak jak do masy turystów. Poranek jest zen.

Zaciekawiło mnie pierwszego dnia, że ceny są podzielone na trzy kategorie: dwa złote – kosztuje wizyta w szalecie, pączek, bułka z marmoladą wielkości chleba, siedem złotych – wejście na sopockie molo… sezon jest szczególnym okresem, kiedy turyści masowo szurają po drogocennych deskach mola, zatem obowiązkowo należy od tego pobrać opłatę. Kosmos. Choć pewnie tam po pierwsze nie ma desek, a jeśli są, to na pewno nie trzeba płacić za dreptanie po nich. A po drugie nie ma tylu turystów. Cóż… gawiedź odwiedza, dziatki chcą, a i stary sięgnie po horyzont wzrokiem. Zawiesi na latarni morskiej ze dwa wspomnienia, trzy pobożne życzenia i jakieś przekleństwo. Siedem również kosztuje kawa naturalna, kiedy to z marketowej torby bufetowa nasypie do gorącej filiżanki, poleje wodą i zaproponuje gratis śmietankę. Pyszota. Cukier też gratis, ewenement. Łyk na tarasie, spojrzenie w bezkresne (przynajmniej tak nam się wydaje) morze i zapominamy o wszystkich niedogodnościach. Trzecia kategoria to przedmioty pamiątkowe, droższe niż siedem złotych. Za siódemkę to kawę można wypić w doborowym towarzystwie. Przedsiębiorcy są spokojni, bo jedyne, co wywieziemy, to wyłącznie produkty reakcji biochemicznych w naszym organizmie. Za przedmioty, dowody naszego urlopu nad morzem, czyli magnesy, czapki i powszechną piracką galanterię płacimy jak za zboże. Choć to morze.

Festiwal urlopowicza zaczynamy, oto do tejże samej kawiarni przychodzi kobieta. Mimo dość wczesnej pory jest już w stroju kąpielowym. Tak wysoki sądzie, to jest zarzut. Ja wszystko rozumiem, ale może obiekty użyteczności publicznej położone w pobliżu plaży, a nie na niej, niechaj pozostaną w zgodzie z powszechnie przyjętą etykietą ubioru. Goście, niektórzy nawet spożywający jakieś jedzenie, narażeni są na realne zagrożenie zakrztuszenia, oparzenia czy stłuczeń wywołanych reakcją współmałżonka. Stragany sprzedające najróżniejsze kosztowności z każdego krańca są oblegane przez zorganizowany tłum! To dopiero odkrycie – poruszanie się wedle zasady follow with the crowd. Należycie również zadbano o najmłodszych, roi się od różnego rodzaju elektronicznych uciech, koników, ciuchci, helikopterów i aut, którymi za uwaga: dwa złote można przejechać ze 200 wymyślonych kilometrów, złapać szajkę złodziei czy ugasić pożar. Rodzice pobrzękują zatem bilonem, żeby uśmiechnięte buzie ich dzieci takie pozostały. Tak długo jak się da.

Gastronomiczna przygoda czeka również spragnionych i głodnych wrażeń. I jak się okazuje, rozbawione dzieci nierzadko ratują swoich rodziców przed katastrofą żołądkową. Zajęcie miejsca pod parasolem, gdzie serwują pyszną pangę prosto z morza. Przynajmniej większość turystów takową zamawia. Radować się będą i opowiadać znajomym w pracy, jak super smakuje wietnamska ryba nad polskim morzem. Ale ja nie o tym. Czas oczekiwania, mimo że przez obsługę skracany do minimum, zawsze oscyluje w granicach 15 minut. Taka przerwa w zabawie dla kilkuletniego dziecka jest wiecznością. Ciągnie więc za szorty, szale i woale rodziców do budki z hot dogami, gdzie pracownicy jedynie łączą w pary grillowane parówki i podgrzane bułki. Dla chętnych keczup z wymiona. Wyczerpani opiekunowie biorą trzy, dzieci parówki wspierają od maleńkości. Lunch zorganizowany. Jakaż zaduma nastaje, kiedy po urlopie dowiadujemy się, że właśnie w nadmorskich, festiwalowych kurortach, dorsza i flądrę dumnie zastępuje panga z marketu. Może po prostu ta para wyjechała na urlop i ktoś musi ich zastąpić. Surówki z hamburgerów trzymają w sobie wspomnienia sprzed kilku tygodni. Nerwowe przełykanie śliny, przypominanie wszystkich miejsc, w których zapragnęliśmy coś zjeść. Wszystko jest specjalnie dla nas. Dla spragnionych słońca, nie wiedzieć dlaczego, słonej wody, machających ręką na te wszystkie niedogodności. Przyjeżdżamy się tam dobrze bawić.

Nieustannie trwa kampania o ochronie środowiska, na szczęście są jeszcze ludzie, którym nie znudziło się ciągłe przypominanie: Turysto – nie śmieć, Turysto – morze wspólnym dobrem narodu i jeszcze pewnie z tysiąc innych zdań. Turysta chce wykończyć morze? A może to morze chce wykończyć nas?

Nasze szczęście, mamy dzieci, najlepsze lekarstwo na wakacyjne, niechciane przygody. Turysty szczęściem jest urlop. Misja wakacyjnego korpusu zniszczenia ma szczęście kroczyć, sześćdziesiąt dwa dni, słuchać poleceń nadmorskich przywódców. Potem klaps za niesubordynację, kiedy rozpierzchnie się po kraju, a każdy wróci do swoich zajęć.

Fot. www.freedigitalphotos.net

1 KOMENTARZ

Dodaj komentarz