Co dzieje się w Nepalu? “Światło dla Himalajów” już tam działa dzięki wsparciu suwalczan

Co dzieje się w Nepalu? “Światło dla Himalajów” już tam działa dzięki wsparciu suwalczan Niebywałe Suwałki 1

Anna Chmielewska, która z pomocą Hanny Śleszyńskiej zbierała we wrześniu w naszym mieście środki na pomoc mieszkańcom ubogich górskich wsi w Nepalu, ma za sobą pierwszą część wyprawy. Oto relacja z przeprowadzonych dotąd działań.

Autor: Anna Chmielewska

Po przylocie do Kathmandu była chwila wytchnienia , po czym zabrałyśmy się do przepakowywania bagażu i załatwiania formalności związanych z wyprawą, jaka czekała nas kolejnego dnia. Skoro świt poleciałyśmy na południowy wschód Nepalu, do Itahari. Stamtąd dalej autem na północny wschód, w okolice Taplejung. Tutaj, w rodzinnym domu Maniego – Nepalczyka, który bardzo nam pomógł w organizacji całej wyprawy, spędziłyśmy noc, a raczej jej niewielką część, ponieważ dojechałyśmy po północy. Droga bezlitośnie wiła się ostrą serpentyną w górę i chociaż odległość wydawała się być niewielka, dotarcie na miejsce zajęło niestety prawie 12 godzin. Zmęczone, zajęłyśmy swoje miejsca w dwóch malutkich pokoiczkach.

Rano odbyło się kolejne szybkie przepakowanie, ponieważ dalszą część drogi trzeba było pokonać piechotą. W związku z tym, należało do minimum ograniczyć bagaż. Dwie walizki nieśli tragarze – jedną z prawie 30 kg leków (część z Polski, część dokupiona w Itahari) i drugą z ponad 25 kg ubrań. Ponadto 100 plecaków szkolnych dla dzieci, tyle samo zeszytów i długopisów. My miałyśmy jedynie swoje skromne bagaże i słodycze dla dzieciaków. Skwar był okrutny, a do tego wilgotność wydawała się być dużo większa niż w Kathmandu. Droga w górę była bardzo stroma, właściwie to mała ścieżka wijąca się po zboczu góry. Po około 3 godzinach marszu dotarliśmy wszyscy do pierwszego celu, a była nim jedyna szkoła podstawowa na tym terenie, do której uczęszcza 96 uczniów. Dla nich nasza wizyta stanowiła niesamowitą atrakcję i jednocześnie duże wydarzenie. Tutaj czekała na nas niespodzianka, czyli cudowne powitanie przez dzieci, które wywołały u nas łzy wzruszenia.

Z pewnością sprawiliśmy tym dzieciakom wiele radości, nie tylko plecakami, ale przede wszystkim ciepłymi ubraniami (dzieci z najbiedniejszych rodzin dostały ciepłą odzież). Radość dzieci nie miała końca, mimo pond 30-stopniowego upału maluchy poubierały się w kurtki i założyły plecaki. Uśmiech na ich twarzach i błysk radości w oczach rekompensował całe zmęczenie. Ta chwila spędzona tam wysoko w górach z pewnością każdej z nas zapadnie na długo w pamięci.

Po kilku godzinach ruszyliśmy w dalszą drogę, do miejscowości, gdzie już czekał na nas biały obóz. Było to kolejne kilka godzin marszu pod górę. Gdy dotarliśmy do celu, powolutku zapadał zmrok, więc czekała nas szybka toaleta i pójście do „pokoiku”.

Drugiego dnia zaczęły się małe kłopoty, bo dziewczyny dostały dosyć ostrej wysypki, która rozprzestrzeniała się w zaskakującym tempie i niesamowicie swędziała. Do tego głównie występowała na nogach. Jak się później okazało wysypka powstawała od tamtejszej wody, do której my najzwyczajniej nie byłyśmy przyzwyczajone. Mimo tego, od rana zaczęłyśmy przyjęcia ludzi. Dzień był pochmurny i padało, jednak przyszły tłumy.

Liczba ta przerosła nasze najśmielsze oczekiwania, chyba żadna z nas nie spodziewała się takiego zainteresowania. Dobrze, że było wojsko, które pilnowało porządku, bo w przeciwnym razie nie opanowałybyśmy sytuacji, ludzie pchali się drzwiami i oknami. Przyjmowałyśmy w jednym małym pomieszczeniu. Starałyśmy się tam wpuszczać po 5 – 6 osób, ale szybko się okazało, że jest to niemożliwe. Po kilku godzinach było wiadomo, że wszystkich nie uda nam się przyjąć. W związku z tym, postanowiłyśmy chodzić i wybierać z tłumu matki z malutkimi dziećmi i osoby starsze lub te, które nie czuły się dobrze. Taki sposób postępowania został jednak źle przyjęty przez pozostałych oczekujących. Rozpoczęły się krzyki i kłótnie pod drzwiami, że to nie w porządku, bo niektórzy czekają od rana. Poniekąd mieli rację, pozostało więc przyjmować jak leci. Lekarka nie miała chwili wytchnienia. Wokół było pełno gapiów, konsekwentnie trzeba było ich wyganiać spod okien i za parawan. Tu składam wielkie podziękowania dla wojska, które pilnowało już potem budynku wokół.

W ciągu dwóch dni przebadanych zostało ponad 150 osób. Większość to ludzie starzy, skarżący się na bóle stawów i kręgosłupa. Niestety, życie w tak surowych warunkach połączone z ciężką pracą, daje o sobie znać w tym wieku. Brak ciepłej odzieży zimą, kiedy temperatura spada do 5 °C, czy używanie zimnej wody odbija się na zdrowiu tych ludzi. Woda jest na zewnątrz, więc pranie i zmywanie odbywa się tam bez względu na porę roku. Większość prac wykonują w przysiadzie lub w kuckach. Mieszkają w miejscowościach, gdzie nie ma dróg, więc niezbędne rzeczy muszą wnieść na własnych barkach, chociażby drzewo z dżungli na opał. Pokonując tę samą drogę pod górę, miałyśmy jedynie swoje plecaki, które po kilku godzinach marszu wydawały się ważyć tony. Oni dźwigają kilka razy więcej, a służą im do tego specjalne pasy, które zakładają na głowę i cały ciężar noszą w ten sposób.

Chyba najczęściej spotykaną dolegliwością jest tu przewlekły katar, zapalenie oskrzeli lub ucha – zwłaszcza u dzieci. Ciągły katar u dzieci jest tam czymś zupełnie naturalnym i nikt z tym nic nie robi, a to właśnie prowadzi do najróżniejszych komplikacji. Dla tych ludzi lekarz to luksus, na który normalnie ich nie stać. W związku z tym, większość dolegliwości ignorują.

Bardzo dużo dzieci cierpi na anemię, trzeba tu wspomnieć, że wysoko w górach jedzenie jest dość monotonne. Głównym składnikiem każdego posiłku jest ryż, dodatkowo jedzą kartofle czy fasolę, mięso w ich jadłospisie prawie nie występuje. Dwie dziewczyny zostały przyprowadzone przez matki, bo nie dawały rady iść. Trudno w to uwierzyć, gdy leki na anemię w aptece kosztują zaledwie 40 rupii [1,48 zł – red.].

Wiele osób skarżyło się też na problemy z żołądkiem, nadciśnienie lub astmę. Wiele kobiet z problemami ginekologicznymi zostało skierowanych do specjalisty. Kilka osób do chirurga – pilnie.

Jedna kobieta chyba wszystkim utkwiła w pamięci, miała na dłoniach i stopach strasznie bolesne narośle, prawdopodobnie spowodowane jakąś bakterią. Zapewniłyśmy jej opiekę szpitalną, została poddana zabiegowi chirurgicznemu, polegającemu na usunięciu chorego naskórka i zatrzymana w szpitalu na zmiany opatrunków.

Kolejnym takim przypadkiem, który pozostanie w naszej pamięci chyba do końca życia, była młoda dziewczyna z pięciodniowym dzieckiem. Maluch urodził się bez stopy, a kolano miał niewyobrażalnie spuchnięte. Prawdopodobnie dziecko miało raka, maluszkowi nie zostało wiele czasu. Leczenie nie miało jakiegokolwiek sensu. Ta cała sytuacja wstrząsnęła nami wszystkimi, zwłaszcza że kobieta pochodziła z jednej z najbiedniejszych rodzin i była taka młoda. Została sama z tym, co jej zgotował los. Najbardziej przerażała nas myśl o tym, że ona musi sobie z tym poradzić, bo nie ma wyboru. Tutaj nie ma psychologa czy współczującego kręgu zainteresowanych, a rzeczywistość jest bezlitosna i nieugięta. Surowe realia ci ludzie bezdyskusyjnie przyjmują. Ta sytuacja była jedną z tych, których zawsze się obawiałam – całkowita bezsilność. Jedyne, co mogliśmy zrobić, to zakupić kobiecie ryż, cukier, olej i przyprawy – zapas na kilka miesięcy.

Były jednak w tym wszystkim i wesołe akcenty. Jednym z nich był starszy, ponad 80 – letni pan, który przystroił się kwiatami. Jak się okazało, w ten sposób chciał podziękować za okazaną pomoc. Dziadek po wizycie nie dał rady wyjść drzwiami, bo napierający tłum wepchnął go z powrotem do środka. W związku z tym, został delikatnie „wypuszczony” przez okno. I to najwidoczniej wprowadziło u niego zamęt, bo chodził w tę i z powrotem. Dopiero na moją prośbę ludzie pomogli wrócić mu „na właściwy tor”.

Po dwóch dniach pracy było oczywiste, że nie przyjmiemy wszystkich, którzy przyszli. Zwłaszcza, że ludzi wciąż przybywało. Jednak dzięki pomocy żołnierzy dosyć spokojnie udało się odesłać oczekujących do domu. My natomiast od razu udałyśmy się do innej wsi, gdzie czekało jeszcze kilku pacjentów.

Kolejnego dnia rano załatwiłyśmy wszystko i spacerkiem udałyśmy się do drogi, gdzie czekał na nas samochód, którym miałyśmy dojechać do Taplejung.

W drodze powrotnej odwiedziłyśmy najbiedniejsze rodziny. Warunki, w jakich żyją, pozostawiają wiele do życzenia. Dziewczyny pierwszy raz były na takiej wyprawie i to, co zobaczyły, bardzo je zszokowało. Trudno nawet opisać uczucie, jakie człowieka ogarnia, gdy patrzy na życie tych ludzi. Malutkie chatki, częściowo zbite z desek, częściowo gliniano – słomiane, z jedną izbą. W jednym rogu palenisko, w drugim posłanie.

Wyjazd był wspaniały pod różnymi względami. Przede wszystkim, był to kilkudniowy kalejdoskop uczuć. Moje towarzyszki podróży wróciły z głową pełną przemyśleń i refleksji. Może i byłyśmy potwornie zmęczone, pojawiły się łzy, nieporozumienia, nierzadko współczucie, żal, ale przede wszystkim ogromna radość. Jedna noc, którą przyszło nam spędzić w malutkiej chatce trochę mnie przeraziła. Po glinianych ścianach „spacerowały” pająki wielkości mojej dłoni. Natomiast, przed wejściem na zadaszonym ganku stało coś na wzór łóżka zbitego z desek. Rozpoczęła się więc istna walka o te legowisko. W końcu trzy szczęściary spały na podwórku, a dwie pozostałe w chacie pod moskitierą, którą szczęśliwie jedna z nas zabrała.

W ciągu tych dwóch dni rozdana została większość leków i wszystkie ubrania. 25 najbiedniejszych rodzin dostało ryż, olej, cukier, przyprawy i mydło. Jedną kobietę hospitalizowano. Rozdałyśmy 100 plecaków dla dzieci, ale też zeszyty i długopisy.

Wszystkie byłyśmy pełne podziwu dla Agaty Sanetry – Wieczorek, lekarki, która była z nami. Jej wspaniałe podejście do ludzi i niesamowita cierpliwość, jaką wykazała podczas tych dwóch dni w białym obozie, zasługują na pochwałę. Do tego niesamowite doświadczenie zawodowe oraz szybkość działania i zdecydowanie, które pozwoliły jej w tak krótkim czasie zająć się tymi ludźmi, to wszystko wzbudziło nasz ogromny szacunek.

Po drodze do Kathmandu spotkałyśmy Nepalczyka, który jak się potem okazało, opiekuje się niewielkim domem dziecka w Kathmandu. Początkowo mieszkały tam 22 osoby, ale ze względów finansowych, dzieci powyżej 15 roku życia odesłał do dalszych rodzin (oczywiście jeśli rodzina potrafiła zapewnić opiekę). Teraz ma ośmioro podopiecznych, których odwiedziłyśmy, będąc w Kathmandu. Maluchy miały chorobę skóry, więc lekarz chciał rzucić okiem. Po powrocie ze wsi dostarczę im ubrania, przybory szkolne i ryż, bo tego potrzebują.

24 października wybieram się do wsi, gdzie zakładana będzie woda. Rury i zbiorniki już mamy zakupione. Wszystko zostanie przetransportowane na dworzec autobusowy, natomiast my o 6 rano wyruszamy. Wieczorem dotrzemy do ostatniego przystanku, czyli końca drogi. Ma tam na nas czekać 16 osób ze wsi, by zabrać wszystko i przenieść na miejsce. Zajmie im to 3 dni. 29 października zaczniemy prowadzić rury. Myślę, że potrwa to ponad tydzień. Zabieramy ze sobą prawie 20 kg ubrań i butów dla dzieci. Miejscowość, do której jadę, leży z dala od szlaków trekkingowych, ubóstwo ludzi jest więc tam naprawdę wielkie. Brak turystów oznacza również brak możliwości zarobkowania. Po powrocie opiszę również i tę część mojej wyprawy do Nepalu – wyprawy, która mogła się odbyć również dzięki Państwa pomocy.

Fot. Uczestnicy wyprawy.

Dodaj komentarz