Wszystkie końce świata – Takatuka bez cenzury

Wszystkie końce świata – Takatuka bez cenzury Niebywałe Suwałki

Dwanaście lat temu, na jednym z suwalskich podwórek ciemnowłosy chłopak krzyczał: Zobaczycie, że on naciśnie guzik, wszystko pierdyknie i tyle będzie! Zwiastował koniec swojego i naszego istnienia za sprawą zbliżającego się początku końca świata. Staliśmy, patrzyliśmy w niebo, spodziewając się błysków atomowych, konfliktu wszech czasów.

Autor: Artur Sawicki, takatuka.blog.pl

Miał on nadejść od wschodu, od zachodu w tym samym czasie miał nas zaatakować milenijny robak. Przezorni odłączyli na noc pralki i suszarki do włosów, sylwestrowym śledzikiem zapchali gniazdka od Internetu, rytualnie spalili telefoniczne modemy. Wszystko to z obawy przed zagrożeniem ataku ze strony sztucznej inteligencji. Do ataku na szczęście nie doszło, unieruchomione sprzęty nie buntowały się następnego dnia, obudziliśmy się w takim samym świecie, sprzęty zgodnie z przeznaczeniem znów tyrały dla ludzkości. Niektórym tylko ten świat chwilowo ubogacił się o kaca. Ile to już razy kończyliśmy świat za sprawą przepowiedni, magów, wróżbitów, wizjonerów a czasem zwykłych szarlatanów? Koniec świata z pojęcia biblijnego, uzusu językowego na niepowodzenie, poprzez formułę totalnej katastrofy płynnie przeszedł do języka reklamy, a tym samym już nikt go chyba nie traktuje poważnie. Koniec świata…

– Koniec świata! – wykrzyknęła babcia, kiedy we wsi w latach sześćdziesiątych podłączono linię wysokiego napięcia. Zagrało radio, przemówił spiker, niedługo potem, gdzieś w wiejskiej chałupie, sinym światłem kineskopu pojaśniał zatłoczony pokój. Szatan zstąpił na ziemię, niosąc elektryczne urządzenia, w których uwięził głos, a nawet gadające korpusy. Postęp technologiczny, społeczny i obyczajowy wdzierał się dostępnymi kanałami. Pojawienie się różnorodności muzycznej, narodowościowej i seksualnej za każdym razem podpalane było wykrzyczanym: Koniec świata. Stwierdzeniem społecznie użytecznym, które oznaczało złamanie status quo, nieraz wyciągnięcie nas za nos ze spleśniałego zaścianka. Zupełnie przyzwoicie przetrwaliśmy już koniec naszego świata komunistycznego, który  dawał schronienie, pracę, rzekomo godziwe warunki życia i tylko gdzieś za pazuchą piętrzył krajowe zadłużenie. Podobno ostatnią ratkę już spłaciliśmy, więc śmiało można powiedzieć, że poszło jak z płatka. Po drodze obyczajowe końce świata wiozły społeczeństwo po wyboistej drodze historii cywilizacji, a to czarnoskóry prezydent w Ameryce, a to śluby par homoseksualnych, a to coraz to bardziej wymyślne skandale i spiski.

Rewolucje kulturowe zawsze niosły ze sobą poszarpany, przekazywany historycznie transparent: Koniec świata jest blisko. Przekazywany z rąk do rąk, kolejnym pokoleniom, które stojąc na straży swoiście rozumianej moralności, z nieco już podniszczonym drzewcem i prawie niewidocznym napisem, w końcu rzuciły go w kąt. Drewno trafiło do koksownika, prześcieradło na szmaty do myjni. Ileż to razy można przeżywać koniec świata? Zdaje się, że mamy trochę dość wszystkich tych zapowiedzi i gróźb, naigrawamy się nawet z tego, robiąc gigantyczne zakupy świąteczne, planując szampańskie zabawy sylwestrowe. A co tak naprawdę może się wydarzyć? Takie postawy społeczne zdaje się, przeważają. Naoglądaliśmy się już tylu amerykańskich filmów o końcu, że chyba podświadomie nikt o nim nie myśli. Ludzkość nie potrzebuje końca świata, bo już się go nie boi. Dla dwóch teorii „za zbliżająca się zagładą” jest sześć, które jej zaprzeczają. Zawsze przecież jest jakieś wyjście.

Milenijne katastrofy wzięły w łeb (choć zasadniczo miało się zacząć od web), pozostały nam teraz pradawne legendy Majów. Zapoznanie się z teorią i arytmetyką Majów oraz ich bliższych lub dalszych potomków zamieszkujących obie Ameryki, jest zadaniem, któremu, zwykłemu śmiertelnikowi, trudno będzie sprostać. Ja przyznam, że pogubiłem się przy pierwszym rozliczaniu 13. b’ak’tun. Zadanie na szóstkę i tylko dla chętnych. Coraz popularniejsza data 21.12.2012 r. pojawia się ze zmienną częstotliwością we wszystkich mediach. Przy odrobinie szczęścia znaleźć można w Internecie counter, który solidnie odlicza sekundy do końca świata.

Precyzyjnie pokazana zagłada świata ma również swoje plusy. A może przysiąść przy monitorze i sprawdzić co stanie się po godzinie zero, jeśli oczywiście nie zapomnimy. W przerwach warto wszak zajrzeć na zaprzyjaźnione strony internetowe, zmienić status na fejsie, kupić coś na ratki, a nuż nie trzeba będzie spłacać, a da się jeszcze poużywać. Można również dołączyć się do świętowania premier nowych modeli samochodów, w sam raz na ostatnie pakowanie i ucieczkę donikąd. Koniec świata ostatecznie można przełożyć.

Rys. www.freedigitalphotos.net

Dodaj komentarz