Postulat: nieporządek – Takatuka bez cenzury

Postulat: nieporządek - Takatuka bez cenzury Niebywałe Suwałki
Fot. www.freedigitalphotos.net
Fot. www.freedigitalphotos.net
Fot. www.freedigitalphotos.net

Całość idzie na przemiał. Wszystko, u wszystkich i zawsze. Powstaje albo nigdy się nie kończy. Poukładane, poustawiane, przygotowanie i zapamiętane. Przystosowane jak domowe zwierzę do życia z ludźmi, które trwa po to, by skończyć jako przytulanka albo zeżarty kotlet. Wyryte w i tak zaśmieconym mózgu. Przyzwyczajenia…

Autor: Artur Sawicki – takatuka.blog.pl

Codziennie z nimi obcujemy, pewnie usprawniają życie, dni złożone z przyzwyczajeń są łatwiejsze do przetrwania. Zamawiamy zawsze to samo jedzenie, ten sam kolor szczotki do zębów, przecież to żadna różnica. Tak się nam wydaje. Dwanaście po siódmej widzę codziennie te samą Toyotę Corollę, pordzewiałego diesla, który mija przystanek pełen tych samych ludzi. Czternaście po siódmej pojawia się panna z różową żującą głową, ciągnie za sobą ostry zapach perfum i dziecko. Nigdy go nie słucha, bo pewnie słuchawki w uszach jej przeszkadzają.

Konstrukcja poranka, który pozwala wejść na przystanek niemal punktualnie musi być zatrważająco stała. Zakłócenie porannego rytuału wychodzenia na spotkanie poukładanemu światu spowodowałoby pewnie katastrofę osobistą. Pęknięte sznurowadło zapoczątkowało serię moich niepowodzeń, już widzę te nagłówki. Podobnie jak podanie do smażonej ryby innej surówki jak kiszona kapusta! A co, jeśli poranna kawa przyozdobi nową bluzkę, czytana do porannej kawy książka wciągnie w meandry tajemnicy kryminalnej, a poranna gazeta spadnie za szafkę? Nie ma odstępstw od schematu. Nie dziwi potem, że po kilkunastu latach wychodzenia o siódmej siedemnaście do pracy, księgowy, praczka czy dyrektor Cebula, lat czterdzieści osiem, zaczął strzelać do współpracowników, bo o dziewiątej dziewiętnaście nie przyszedł listonosz. Zgroza.

Dwunasta trzydzieści cztery, codziennie sznureczek do kuchni, w przedsiębiorstwie, w ten sam sposób niesiony kubek, słoik z kawą, zawsze po pachą, łyżeczka niezmiennie w zębach. I tak do końca pracy. Fajrant tylko przesunięty, dynamiczny, bo nie wiadomo jak bardzo niepotrzebnie trzeba będzie siedzieć po godzinach. Punktualnie siku, podobne zmiany w kabinach, herbata, jedenaście po drugiej batonik z automatu. O tej samej porze tydzień ma pięć poniedziałków albo pięć śród. To nie ma znaczenia, tylko weekend bliżej, choć i ten jakby znany.

Piątkowe wyjście, sobotni kac, niedzielne lenistwo. W domu kurczak zawsze z ryżem, pieczony z marchewką, nie żeby nie smakował. Ziemniaki od dwudziestu lat ukrywane pod pierzyną, żeby w ciepełku wyczekały ostatnich spóźnialskich. Pierzyny wyemigrowały razem z dżinsowymi katanami, a współczesne poliestry czy inne silikony co najwyżej na rozkładówce dobrze wyglądają. Może i w połowie żucia zimnych kartofli pojawia się myśl, jak smakowałby martwy – wciąż w tym samym zestawie przypraw – drób z czarcią musztardą, dżemem z agrestu albo ogórkiem utopionym w majonezie. Myśl ta, wraz ze zgarnianym ostatnim cypelkiem duszonej z groszkiem marchewki, prędko umyka. Jeszcze klasycznie, kompocik z wisienek, taki pożywny, taki smaczny. Po obiadku zwyczajowo papieros, ach jaki wspaniały, potem kawa, siedemnasta trzy, echo po gwizdku w telewizji już przeszło.

Pierwiastek braku kontroli, lekkomyślne nastawianie budzika parę minut przesuniętego, by dwanaście po siódmej nie wkraczać na przystanek, by nie włazić w kapciach i szlafroku w kołowrotek, który będzie kręcił się z przerażającą powtarzalnością, wciąż powodując, że klapek będzie nam spadał wtedy, kiedy właśnie będziemy się tego spodziewali. Jak zwykle, przewidywalnie, cyklicznie, schematycznie. Wszystko musi mieć jakiś porządek? Bzdura.

Dodaj komentarz