Dobrze kupić i nie dać się złupić – Takatuka bez cenzury

Ilustr. George Hodan.

Niczym niezwykłym jest wyjście po zakupy. Klasycznie, bierzemy reklamówkę z dolnej szuflady, żółta karteczkę z listą sprawunków i w drogę.

 Autor: Artur Sawicki, takatuka.blog.pl

Obserwacja z dość ruchliwego przystanku autobusowego w środku dużego osiedla. Kiosk z gazetami, znany również jako „RUCH” z nieco unowocześnioną witryną. Kraty, dotychczas oplute albo oklejone ulotkami, zastąpiła spora szyba, dzięki której można czytać, oglądać, zakochiwać się, wąchać a nawet jeść. Przy kontuarze kobieta. Zdecydowanym słowem zagaja sprzedawczynię:

– Ma pani te delikatne skarpetki ?

Kobieta w kiosku z pewnością odpowiedziała coś, co wzburzyło klientkę. W końcu jest siódma z minutami, zatem pełen asortyment winien być dostępny!

– Proszę pani, nie stópki, nie podkolanówki, a skarpetki! Dobrze pani przecież wie, co mam na myśli! – Kobieta wykonała niemal baletowy gest naciągania skarpetki. Zupełnie dobrze poszło jej podniesienie nogawki, żeby w powietrzu pokazać, do jakiego miejsca na bladawej łydce powinna sięgać wymarzona bielizna. Odpowiedzi z drugiej strony można się było spodziewać. Zdecydowanym ruchem poderwała torebkę z kontuaru i skomentowała:

– E, tam. Nie to nie.

Trudno było powstrzymać śmiech, choć pierwsza strona zawieszonej na szubienicy gazety wcale nie była zabawna. Nie dalej jak parę dni wcześniej koleżanka opublikowała monolog, manifest, list otwarty od frakcji konsumentów do stanowisk ogniowych sprzedawców. Z chwilą przekroczenia progu sklepu (bez względu na asortyment) jesteśmy jak Jonasz, połknięci przez wieloryba. I na przykład, jeśli wchodzę do sklepu kupić skarpetki, a idąc śladami wskazówek sprzedawcy mam zastanowić się nad geometrią własnego tyłka, żeby dobrać odpowiednie gacie? Wybór skarpet staje się decyzją bliską temu, którędy w ciemnym lesie pójść, by nie zżarły nas wilki!

Bez względu na to, czy to skarpety, spodnie czy inna wstydliwa część garderoby, odeszliśmy od modelu konstrukcji sklepu: my, lada i ekspedientka, żeby właśnie sobie samemu wywąchać i wybrać. W poprzednim ustroju należało być uprzejmym dla ekspedientki, żeby cokolwiek dostać. Dziś jest zupełnie odwrotnie. Nawet jeśli wybiorę skarpety do wejścia na Mount Everest i będę chciał włożyć je do garnituru! Dajcie mi szansę! Zamiast wykładu na temat wrażliwości materiału, cmokania na „rozmiarek” albo „kolorek” proponuję ożywioną dyskusję o pogodzie albo polityce. Konflikt pomoże rychło podjąć decyzję, skróci czas pobytu w sklepie w rezultacie, przyniesie zysk samemu podmiotowi. W końcu o to chodzi, prawda? A nie o mój komfort w skarpetach czy brzydkość w golfie koloru musztardy.

Relacje są trudne i do zbudowania i do utrzymania. Z drugiej strony, będąc takim sprzedawcą, decydujemy się na pracę: natręta, oficjalnie zwanego: proaktywnym handlowcem. Relacja dodatkowo się komplikuje, w przypadku: sprzedawca jest namolny, choć tego nie lubi, my jesteśmy uprzejmi, bo nie chcielibyśmy wyjść na jełopów, w najgorszym wypadku gburów. Zachowanie zimnej krwi, dobór właściwych zdań do rozmowy staje się zajęciem karkołomnym. Kupno produktu, spada na drugi, a może i trzeci plan.

Nie jest łatwo wyjść i wrócić z twarzą, kolorową reklamówką i pustym portfelem. Manifesty o wolność kupującego, izolacji na własne życzenie, pojawiają się systematycznie. Sprzedawcy kosmicznych technologii, którzy budują w nas potrzebę posiadania czegokolwiek, co jest nam nieprzydatne, to już zupełnie inna historia. Sztuką jest kupić i nie dać się złupić. Bo kiedy sprzedający kupi nas, a my wymarzone portki z papugą, wszyscy idą spać z czystym sumieniem.

Dodaj komentarz