Tańcz, jak ci zagrają – Takatuka bez cenzury

Świeca
Fot. Patrice Meunier.

Kalendarz dowlókł się do jesieni. Przez ostatnie tygodnie niewiele się działo. Zryw nastąpił niespodziewanie, a pierwsze periodyki w skrzynkach na listy oznajmiły – promocja na znicze!

Autor: Artur Sawicki, takatuka.blog.pl

Codzienne rozmowy schodzą prędzej czy później na omówienie grafiku nekroparty. A dokąd, a kiedy, a ile kupiłeś, a chryzantemy nie oklapły? Do bagażnika wstawią to w folii czy bez. A czas palenia się znicza, zasięg, powstają profesjonalne rankingi. Swoja drogą, nigdy nie zwróciłem uwagi na to, że znicze są jak baterie. Mają żywotność, choć ustawiane jako światło dla wieczności. Filozoficznie: czymże jest marketingowe kilkadziesiąt godzin płomienia podług wieczności? Ogrzać nie ogrzeje, a w perzynę się obróci i oby tylko, zużyty, trafił do odpowiedniego pojemnika.

W autobusach dyskurs zaczyna nabierać rumieńców. Rozmawiają kierowcy. – W tym roku ja siedemnastką na cmentarz, nie wiem ile razy dam się jeszcze na to nabrać.

Pasażerowie komórkami fotografują objazdy i rozkłady nekrobusów. Choć miejsca tylko stojące, warto i tak się zainteresować. Wrzucone na Instagram wzbogacą galerię.

Parę dni temu okupowałem przystanek autobusowy. Z racji nieszczęśliwego splotu wydarzeń, pozbawiony słuchawek i muzyki, rozglądałem się niczym dziecko w sklepie z zabawkami. Grało mi za to miasto, śpiewały sprowadzone z Niemiec diesle, pachniał ulatniający się z układów LPG. Kompozytor skrzyżowań zwolnił tempo. Dwie kobiety żywo rozmawiały o wyższości tegorocznego święta wszystkich świętych nad ubiegłorocznym. Najistotniejszym argumentem było właściwe oznakowanie miejskiego cmentarza, który otrzymał czytelne tabliczki z oznakowaniem alejek i numerami kwater. Pomyślałem, że jeszcze kilka lat, a piesze nawigacje uwięzione w smartfonach doprowadzą nas, albo zainteresowanego do konkretnego miejsca-kwatery. Trzeba skorzystać z absurdalnych objazdów, donieść wymaganą liczbę świeczek i kwiatów. Przebić się prze tłum wybierających najpiękniejsze chryzantemy i najdłużej palące się znicze. Gdzieś wypadałoby się wysiusiać, a jeszcze pantofle cisną. Chwalić pana, że w tym roku pogoda dobra. Nie pada śnieg, a zgrywus zefirek nie zdmuchuje płomyka. Właściwie, wstawiamy, chwila i zrywka, bo trzeba jakoś wyjechać, kilka razy dmuchnąć w alkomat i przed nami prosta droga do domu.

Naprzeciw kontemplacji toczy się dyskurs filozoficzny. Dialog pokoleniowy o priorytetach i przyszłości zawiązuje się z użyciem nekroartefaktów. Strój biznesowy zdradzał wyśmienite przygotowanie, rozchełstana kurteczka barwy nieokreślonej, spodnie dzwony, czapeczka z daszkiem, w której licznik nałożeń przekręcił się już ze trzy razy. Obaj do siebie podobni, duchowi bracia, w zastygłym uścisku dłoni. Rozmowa w skrócie:

– No to chodź…

– Idę do domu, kwiaty zaniosę i wracam.

– No chodź…

– Mówię, idę do tylko do domu, kwiaty zaniosę.

– Chodź, mówię przecież…

– Zaniosę kwiaty i wracam. O, popatrz, mam dziesięć złotych, wrócę.

Dyndające w wolnych rękach reklamówki z żółtymi i białymi chryzantemami nadawały tempa dyskusji. Nie przypomnę sobie, ile razy powtórzyli ten dialog. W popołudniowej zawiesinie październikowego dnia, zmagali się z naturą, sobą i zadaniami, które niewątpliwie ktoś im powierzył. Misja dostarczenia do domu roślin przewyższała chęć obalenia piwa za sklepem. Nie dowiedziałem się, czy zaniesienie kwiatów było wykrętem od kolejnej flaszki za wieczny odpoczynek, czy rzeczywistą groźbą. Ostrzeżenie na tyle skuteczne, że w obliczu zbliżającego się święta, nawet najwięksi anarchiści ulegają autorytetom władzy.

Zbliżamy się do końca roku. Oprócz ledowych ozdób na pomniki, nieustających promocji na florystykę ze skrzyżowanymi piszczelami, odnotowałem pierwszy adwentowy kalendarz. Wystawał z reklamówki pełnej dziwnych zakupów. Wstydził się chyba, że w październiku zajmie miejsce koło telewizora. Chęć zjedzenia pierwszej czekoladki będzie z każdym dniem narastała wśród domowników. Wstyd nieco zelżeje, bo oto jedna z wiodących firm proponuje swoim klientom grające kapcie. Wstajemy rano, dzień trzeci adwentu, odpalamy nutę w kapciach, szukamy drogi do kibla, a potem z kolędą na ustach pożeramy czekoladowy punkt kontrolny.

Upowszechnimy tylko pieśni okolicznościowe i grające kapcie przeprowadzą nas przez życie. Do momentu, kiedy pantofle ze ściętym czubkiem odegrają pogrzebowy marsz, wszystko będzie w najlepszym porządku.

Dodaj komentarz