Radiowo-telewizyjne namiętności – Takatuka bez cenzury

Wzajemny brak opieki obfituje w siniaki albo puste kieszenie. Przyszło nam żyć w czasach, kiedy głównym pytaniem jest: Jak żyć? Najczęściej wygrywa korzyść osobista, wartość dodana w mieszkaniu albo w kieszeni. Zwisa mi kompletnie, która opcja proponuje, a która oskarża. Rzecz rozbija się o nowy pomysł wprost z wesołego kempingu rządzących.

Autor: Artur Sawicki, takatuka.blog.pl

Raźnym krokiem z nowym rokiem i ideą obowiązkowej opłaty tytułem: abonament radiowo-telewizyjnego lub nawet potencjalne jego zużywanie. Chyżo przybiegli do mikrofonu zwolennicy ciasnych kanap i solidnych baterii do pilotów. Nie płacimy, nie chcemy, nie oglądamy, nie lubimy i w ogóle śmierdzicie. Siedzenie blisko przed telewizorem psuje wzrok. Widzimy czubek nosa, ledowo-plazmowe cale i wystarczy. Jeszcze parę lat wstecz można było spalić poliestrowe zasłony, jeśli przeforsowaliśmy lampowe, grające pudło. Podobno zdarzały się niegroźne wybuchy telewizorowych wnętrzności.

Dziś to złość wybucha wśród internetowych komentatorów. Prawdopodobnie zapłacimy za samą sposobność odbierania sygnału, miast za deklarację, że w domu mamy telewizor czy radio. Niesmak powoli przechodzi w zgagę. Kochamy zakupy grupowe, a wydanie kilkunastu złotych to już jest zdzierstwo? Telewizja publiczna jest wymagająca. Od nas wymaga cierpliwości, od wydawców poszukiwania programów, które się sprzedadzą. Posiekana niezliczoną ilością reklam, wciąż wycina co ciekawsze pasma z racji niskiej oglądalności. Może jak wszyscy będą płacili abonament, to logiką „zjem, skoro to kupiłem” oglądalność wzrośnie.

Współczesność to niemal nieskończone prawo do wypowiadania się we wszelkich kwestiach. Przyzwyczailiśmy się już do tego, że reagujemy na wszystko, co dotyka naszego życia. Wciąż bierzemy głęboki oddech po systemie obalonym prawie ćwierć wieku temu. Przy tej samej okazji, chcielibyśmy mieć ratki zero procent, wizy do USA w zdrapkach w kiosku i  wszystko za darmoszkę. Jeszcze tylko obniżymy podatki, VAT, wrzucimy więcej świąt, ulgi na wszystko i wtedy będzie dobrze. Daleko nam do doskonałości, jako ustrojowi, narodowi i jednostkom. Nie chce mi się już wysłuchiwać „przedsiębiorców, którzy przez dwadzieścia kilka lat męczą się w tym państwie”, wszędobylskich biznesmenów w lizingowanych furach, którzy byle uchylić się od podatku, kupują za parę stówek kopertę pełną faktur. Cieszą się potem, pijąc drogą wódę, że podatek dochodowy to taki jakiś twór dla tych, co nie potrafią zarządzać kasą. Klasycznie twierdzą, że państwo ich okrada. Chciałoby się dodać: i ze wzajemnością. Państwo nie dba o nas, my nie dbamy o państwo.

Mimo wszystko, może i naiwnie, ale wierzę w słuszność opłaty za możliwość korzystania z mediów publicznych. Może w polskim radiu nie będę musiał wysłuchiwać reklam o środkach do higieny intymnej, a telewizja przesunie publicystykę, czy kulturę z ciemnej piwnicy do dużego pokoju.

Dodaj komentarz