Niebywałe Kino, czyli Klasyczne Duety – 3 x Sergio Leone & Clint Eastwood

„Nie mogę zobaczyć Ameryki inaczej niż poprzez oczy Europejczyka, oczywiście; to mnie fascynuje i jednocześnie przeraża”. Leone stworzył własny dziki zachód, ale na hollywoodzkie morały zabrakło w nim miejsca.

Autor: Tomasz Sawicki

Nie spotkamy tu starego poczciwego szeryfa, który broniąc litery prawa, ujmowałby złoczyńców i dawałby dobry przykład farmerskim dzieciom. Zamiast tego, dostajemy energicznych, lecz moralnie obojętnych „ludzi znikąd” uosabiających mitologiczną przemoc amerykańskiego indywidualizmu. Dialogi i fabuła schodzą tu na dalszy plan, bowiem to, co w obrazach Leone liczy się najbardziej, to siła efektu wizualnego. Potęga jego filmów to abstrakcyjność akcji, wyszukane portrety stonowanych kolorystycznie krajobrazów oraz milczące galerie ludzkich twarzy. Wysoki poziom techniczny wszystkich jego obrazów jest zasługą wybitnej ekipy filmowej, skompletowanej z najlepszych we Włoszech ludzi w branży. Wyrafinowana w swojej włoskiej galanterii i zadziorności, stylistyczna perfekcja detali okraszonych ekspresyjną muzyką, tworzy tu hipnotyczną atmosferę, sprawiającą, iż widz wciągnięty zostaje w moment, który trwa zazwyczaj kilka godzin.

Tradycje filmowe w rodzinie Leone sięgają korzeniami włoskiego kina niemego. Jego matka była w tym okresie aktorką, a ojciec reżyserem (Vincenzo Leone). Podczas reżimu faszystowskiego w latach 30-tych Vicenzo dostał zakaz wykonywania zawodu, a jego filmy nie mogły być puszczane w kinach. Być może to właśnie gorzkie doświadczenia ojca sprawiły, iż młody Sergio był odwodzony od pracy w przemyśle filmowym. Został on studentem prawa, ale równocześnie pielęgnował miłość do filmów. Szczególną obsesję miał na punkcie kina amerykańskiego , do końca życia nie zdołał jej się wyrzec. W latach dzieciństwa amerykańska kultura była dla niego religią, a jej bogami byli aktorzy tacy jak Gary Cooper, czy Errol Flynn. Magia srebrnego ekranu zaszczepiła w młodych Włochach wyidealizowany obraz Ameryki, który dopiero w czasie II wojny światowej zburzyć zdołali wkraczający do Italii alianci. – To już nie byli ci sami zachodni Amerykanie. Byli żołnierzami, jak wszyscy inni, pożądliwymi materialistami, łasymi na ziemskie dobra – wspomina Leone.

Przełomem w życiu twórczym Sergia okazał się rok 1948, kiedy to jako piąty asystent Vittorio de Sici wziął udział w realizacji kultowego filmu Złodzieje Rowerów. Wtedy też podjął decyzję, że poświęci się kinu. Przez dekadę nie opuszczał studia Cinecittà, gdzie jako asystent reżysera pracował na planie w ponad pięćdziesięciu włoskich i amerykańskich produkcjach. Pierwsze, ale samodzielne już kroki reżyserskie, stawiał pod mentorskim okiem Mario Bonnarda, którego zastąpił podczas realizacji Ostatnich Dni Pompei. Nieoczekiwanie film stał się sukcesem kasowym i wkrótce powierzono mu kolejną produkcję z epickiego gatunku „piasku i sandałów”- Kolos z Rodos. Choć obrazy te nigdy nie były dumą Leone, to znacznie podniosły jego wiarygodność, a tym samym zapewniły mu swobodę twórczą.

Na początku lat 60-tych po ogromnym sukcesie filmu opartego na krótkiej prozie Karola Maya – The Treasure of Silver Lake w Europie rozpoczęła się moda na niemieckie westerny. W tym czasie Kurosawa wypuścił też swój samurajski film Straż przyboczna (Yojimbo). Leone z miejsca dostrzegł potencjał scenariusza, na którego podstawie postanowił nakręcić swój pierwszy western – Za garść dolarów (A Fistful of Dollars). Nowy film miał traktować o bezimiennym rewolwerowcu przybywającym do miasteczka rozdartego przez wojnę dwóch przemytniczych rodzin. Reżyser był zafascynowany projektem, lecz popularność westernów ze starego kontynentu miała już tendencję spadkową, a studio Cinecittà przeżywało kryzys. Obraz oddano więc do produkcji jedynie jako wypełniacz, a przyznany filmowi budżet okazał się wyjątkowo skromny.

Pierwszym problemem okazała się lokalizacja. Nie było mowy o kręceniu w Stanach, a stworzenie własnego planu filmowego w Europie oznaczało wysokie koszta. Na szczęście wśród kilkunastu ekranizacji przygód Winnetou znalazł się wysokobudżetowy western Pistols don’t argue. Po filmie pozostał cały nietknięty set, który zaadaptowano wraz z dekoracjami i hiszpańskimi plenerami przypominającymi prerie.

Inną, trudną do rozwiązania kwestią okazał się angaż odpowiednich aktorów. Reżyserowi bardzo zależało na zatrudnieniu amerykańskich gwiazd kina akcji: Charlesa Bronsona i Jamesa Coberna. Obaj jednak odmówili. Wtedy na horyzoncie pojawił się 33-letni wówczas Clint Eastwood – wschodząca gwiazda amerykańskiej telewizji. Po siedmiu sezonach pracy w westernowym serialu Rawhide aktor miał spory apetyt na spróbowanie czegoś innego niż programowy show. Clint widział już Yojimbo i pomysł z przerobieniem go na western przypadł mu do gustu. Zgodził się zagrać, ale przy gaży 15 tys. dolarów całe przedsięwzięcie traktował raczej jako ciekawą przygodę. Mimo iż Sergio po angielsku mówił jedynie goodbye, a Eastwood po włosku arrivederci, to szybko nawiązali kontakt za pomocą mowy ciała. „Watch me Clint” – mawiał reżyser i pokazywał mu jak ma grać. Postać uzyskała dzięki temu charakterystyczny wygląd włoskiego łotra. Podobno niemałą rolę w ich komunikacji odegrała też pewna utalentowana Polka pełniąca rolę tłumacza. Na planie Clint przypominał skradającego się kota, poza tym miał dwa wyrazy twarzy; z cygarem i bez. Aktor używał wielu prywatnych rekwizytów (m.in pas i buty z Rawhide, czy jeansy Levi’sa), których musiał mocno pilnować, ponieważ nie miały duplikatów. Być może z ust „człowieka bez imienia” nie pada zbyt wiele słów, lecz mimo wszystko wygląda on odlotowo i zapewnia nam sporo zabójczej akcji. Intencją reżysera było tu w końcu przywrócenie do życia niemego filmu w stylu włoskiej commedii dell’arte.

Warto też wspomnieć o innej wieloletniej współpracy zapoczątkowanej podczas realizacji A Fistful of Dollar, a mianowicie tej z kompozytorem Ennio Morricone. Do ich spotkania doszło jedynie dzięki naciskom producentów, bowiem – o ironio – Sergio uważał twórczość Morricone za wyjątkowo nudną. Okazało się jednak, że panowie chodzili razem do szkoły i wkrótce znaleźli wspólny język. Stąd w filmach Leone wzięły się tworzące charakterystyczny nastrój napięcia wystrzały, dźwięki bicza i gwizdy. Z biegiem czasu reżyser na tyle zaufał kompozytorowi, iż pozwalał by to ścieżka dźwiękowa powstawała pierwsza, a następnie on sam, dostrajając się do jej rytmu, kręcił sceny. Dlatego też kultowa muzyka Morricone i filmy Leone wydają się dziś elementami nierozerwalnymi.

Kilka miesięcy po powrocie do Stanów w jednym z magazynów Eastwood przeczytał o niesamowitym sukcesie, jaki A Fistful of Dollars odniósł w Europie. Z 200 tys. dolarów zrobiły się grube miliony, a on sam stał się megagwiazdą starego kontynentu. Po premierze Kurosawa napisał do Leone dosyć przyjemny list, w którym gratulował idei i sposobu, w jaki film został zrealizowany. Grzecznie zaznaczył przy tym o naruszeniu praw autorskich. Fakt, iż w ramach rekompensaty Kurosawa otrzymał 250 tys. dolarów, będących sumą przekraczającą cały dochód ze wszystkich jego filmów wziętych łącznie, najlepiej obrazował kasowy triumf obrazu Leone.

Proroczy okazał się tytuł drugiej części filmu – Za kilka dolarów więcej (For a few dollars more). Samo bowiem wynagrodzenie partnerującego tu Eastwoodowi aktora Lee van Cleef’a (pułkownik Douglas Mortimer) sporo przekroczyło budżet A Fistful of Dollars. Główni bohaterowie są tu łowcami nagród polującymi na tego samego zbira (palący trawkę psychopata Indio), za którego wyznaczono wysoką nagrodę. Jako protagonista dominuje tu oczywiście Bezimienny/Manco, który w imię zysku wyzbywa się skrupułów i bez mrugnięcia okiem kasuje kolejnych przeciwników. Manco wszystko poza strzelaniem robi lewą ręką, stąd przestroga, by nigdy nie podawać mu lewej ręki na powitanie. Generalnie obraz można odczytać jako pojedynek antycznych herosów, czy rzymskich półbogów, którzy, by osiągnąć cel, są gotowi właściwie na wszystko. Ukazując przemoc i zachłanność społeczeństwa, reżyser po raz wtóry obnaża mit praworządności lansowany przez hollywoodzkie studia. Widzimy tu obsesję upływającego czasu oraz wspomnień, przedstawioną, podobnie jak u Prousta, za pomocą przedmiotów i dźwięków (słynne flashbacki). Kluczowy w oddaniu esencji stylu Leone okazał się też nowatorski sposób kadrowania, pozwalający na ekstremalne zbliżenia bez utraty jakości (2P). To właśnie dzięki przeskakującym z bliskiego na daleki plan ujęciom, film ciągle trzyma nas w napięciu. Ponadto piękny szeroki krajobraz, przeplatający się ze zbliżeniem na brzydką twarz, metaforycznie oddaje dualizm ludzkiego charakteru. O ile nie jest to najlepszy spaghetti western Leone, to z pewnością najłatwiejszy w odbiorze .

W obrazie wieńczącym dolarową trylogię – Dobry, zły i brzydki (The Good, the Bad and the Ugly) uwypuklony został inny ważny atut serii, a mianowicie lekki, niewymuszony, choć cięty humor. Dzieje się tak m.in. dzięki pamiętnemu Tuco (Ella Wallach), który łącząc siły z Blondasem (Clint), próbuje dotrzeć do ukrytego przez wojsko skarbu. Za ich plecami czai się zaś „Anielskie Oczka” Sentenza (Van Cleef). Sam Eastwood nadal jest bogiem wojny, lecz już bardziej uczłowieczonym. W każdym razie wyposażony został w ludzie odruchy. Postać Blondasa ma naturę zdecydowanie mroczniejszą od innych, ale dzięki temu nabiera wielowymiarowości, której brakowało jej w poprzednich częściach. Ze względu na płynną, spokojną narrację, film jest dosyć długi, ale uchwycone tu panoramy są czymś na kształt ożywionych surrealistycznych obrazów Salvadora Dali. Reżyser zafascynowany był wielkim malarstwem i po prostu odtwarzał je w filmach. Widoczna jest dbałość o detale, ich wyrafinowanie jeszcze mocniej podkreśla okrucieństwo świata Leone. Nigdy nie uraczymy przeciętnych twarzy, a wręcz przeciwnie – widzimy ludzi napiętnowanych losem – chociażby odgrywający meksykańskich żołnierzy Cyganie. Pojawiają się też osoby kalekie, a defekty głównych aktorów są celowo eksponowane (np. obcięty koniuszek palca u ręki Van Cleef’a). Dzięki jeszcze większym środkom finansowym Sergio rozwinął styl spaghetti westernu, wzbogacając film o wiele ciekawych, historycznych detali, których brakowało westernom z lat pięćdziesiątych (m.in. słynne długie płaszcze dusters, czy armaty na pociągach). Sceny batalistyczne kręcono na podstawie zdjęć z Wojny Secesyjnej, a wykorzystane do nich militaria pochodziły z oryginalnych kolekcji muzealnych. Praca na planie The Good, the Bad and the Ugly była też niebezpieczna. Ella Wallach o mało nie stracił głowy w scenie z pociągiem. Zatruł się też kwasem podczas wykopywania skarbu. Największa wpadka wydarzyła się jednak podczas kręcenia sceny finałowej, w której wysadzano most na rzece. Niczym w komedii sytuacyjnej, ładunek wybuchł na fałszywy sygnał, a kamera była w tym momencie oczywiście wyłączona. Na planie Leone nigdy nie panowała nuda.

Przez wiele dekad niekwestionowanym mistrzem amerykańskiego westernu był John Ford. Ikoną gatunku zaś główny bohater jego filmów – John Wayne. Pewnego razu Leone otrzymał od niego prezent w postaci książki, na której widniała dedykacja: „Sergio, jesteś lepszy ode mnie”. Jest w tym wiele prawdy, bowiem geniusz tego Włocha nie tylko uratował western, ale i zainspirował dziesiątki innych wybitnych twórców.

Dodaj komentarz