Mniej znaczy więcej. Wywiad z Dariuszem Skibińskim, założycielem i reżyserem Teatru A3 z Policznej

#Zmysły, #Dariusz Skibiński
Źródło: A3 Teatr, spektakl "Zmysły".

We wtorek – 24 czerwca w Suwałkach rozpocznie się XIII edycja Festiwalu Teatrów Dzieci i Młodzieży „Wigraszek”. Będzie to czterodniowe święto teatru – miasto opanują młodzi artyści z Polski i ze świata, aktorzy z pasją, prezentując najciekawsze propozycje, i te wielokrotnie nagradzane i premierowe spektakle – mądre, interaktywne, multikulturowe.

W tym roku w wydarzeniu weźmie udział 13 teatrów (8 dziecięcych i 5 młodzieżowych) z Białorusi, Słowacji i Polski. Oprócz spektakli konkursowych, na deskach scen Suwalskiego Ośrodka Kultury będzie można zobaczyć spektakle plenerowe, animacje teatralne pod gołym niebem, wędrówki teatrów, wziąć udział w warsztatach.

Jednym ze spektakli będzie „Mikrokosmos. Kompozycje” Białostockiego Teatr Lalek, który zostanie zaprezentowany w dniu inauguracji festiwalu – 24 czerwca o godz. 19.00. Z kolei w czwartek – 26 czerwca widzowie obejrzą szalony, oryginalny i spontaniczny spektakl plenerowy „Zmysły” Teatru A3, którego reżyserem i założycielem jest właśnie Dariusz Skibiński.

Program WIGRASZKA dostępny jest w naszym kalendarzu.

Z Darkiem Skibińskim, założycielem i reżyserem Teatru A3 z Policznej, o kolekcjonowaniu wzruszeń, zarabianiu na chleb i bułki, inspiracjach, rozwodzie artystycznym oraz egzotyce Tajwanu rozmawia Krystyna Kozioł.

Krystyna Kozioł: Wasz teatr nazywa się A3, a ma w podtytule: „ Kolekcjonerzy wzruszeń”. Skąd wzięła się nazwa i skąd ten format? Czyje wzruszenia kolekcjonujecie: własne, waszych widzów czy może artystów, którzy was inspirują..?

Darek Skibiński: Nazwa teatru – A3 – wzięła się stąd, że teatr założyło trzech byłych aktorów Teatru Cinema – Boguś Siwko, Janek Kochanowski i ja oraz Agata Rychcik, menedżerka zajmująca się teatrem i stowarzyszeniem. Co do formatu, to A3 jest dostatecznie dużym formatem (śmiech). A serio: w pracy teatralnej zawsze realizujemy to, co nas chwyta, zachwyca. Wzrusza właśnie. W tym sensie jesteśmy kolekcjonerami wzruszeń, czyli tego wszystkiego, co pozytywnie pozostaje w naszej emocjonalnej pamięci. Kolekcjonujemy zresztą nie tylko nasze własne wzruszenia – spektakl, nad którym właśnie pracujemy pt. „Strzepywanie” będzie zapisem snów, które opowiedzieli nam różni ludzie.

Na waszej stronie przeczytałam, że jesteście grupą, która prawie wcale nie używa słowa albo robi to niezwykle oszczędnie. Nie jesteście pantomimą, chociaż gest jest w waszych działaniach niezwykle istotny. Zwłaszcza ten znikomy, minimalny. W jaki sposób, najbardziej minimalistycznie, czyli najlepiej – jednym słowem – określiłbyś rodzaj sztuki, jaką uprawiacie?

Teatr.

Źródło: A3 Teatr.
Źródło: A3 Teatr.

Aha. W takim razie – nieco mniej oszczędnie w słowach poproszę.

Żeby móc się wypowiadać w obrębie tego, co jest dla nas ważne, musieliśmy się nauczyć – i dalej się uczymy – kilku skrajnie różnych rzeczy. Z jednej strony – rezygnujemy z anegdoty, rozbudowanej fabuły poprzez tworzenie klastrów emocjonalnych, granie intymne. Aktor musi zapomnieć o własnym ego i w procesie pracy nad rolą jak cebulę obierać samego siebie ze środków teatralnych, którymi dysponuje. To jest nasza droga, nasz cel. Powłóczyliśmy się z Cinema trochę po świecie i wiemy już, że im mniej w spektaklu przegadania, w dosłownym i metaforycznym sensie, tym łatwiej i głębiej dociera się do publiczności. A z drugiej strony jesteśmy przekonani, że podstawą i bazą prawdziwego aktorstwa jest po prostu rzemiosło, czyli uczciwy aktorski warsztat.

No tak. Aktor musi najpierw dysponować tym czymś, co później będzie mógł z siebie obierać.

Właśnie. W czasie pracy nad spektaklem „TAŃCZ”, nad którym wyraźnie unosi się duch Piny Bausch, ale bez naśladownictwa i cytatu, aktorzy przez trzy bite miesiące uczyli się tanga. Konsekwentnie, kilka razy w tygodniu, chodzili w Warszawie na tzw. Milongi, prowadzone przez świetnych, profesjonalnych instruktorów tanga. Efekt: w spektaklu nie udawali, że tańczą klasyczne tango, oni naprawdę je tańczyli; z wielką klasą, dobrym warsztatem i zaangażowaniem emocjonalnym. To po tym spektaklu Louise Frank, wykładowczyni i instruktorka w holenderskich akademiach tańca, zaprosiła Teatr A3 na pokaz do tych akademii. A niełatwo jest zrobić na niej wrażenie, ponieważ cieszy się opinią despotki, która twardo stoi na stanowisku, że w sztuce dochodzi się do czegoś tylko przez wysiłek, a nie fanaberie głowy. Fanaberie głowy można realizować dopiero wtedy, gdy ma się mocny atut – solidny warsztat. Dopiero na takim fundamencie można zacząć improwizować. Nie ma drogi na skróty.

Jestem dokładnie tego samego zdania.

Tak, jak to było u wielkiej tancerki i choreografki, Piny Bausch, która nie przyjmowała do swojego bardzo przecież innowacyjnego i specyficznego zespołu nikogo, kto nie czuł się swobodnie w tańcu klasycznym.

Jakie są twoje artystyczne inspiracje, oprócz Piny Bausch i – jak się domyślam mając w pamięci spektakle Teatru Cinema – Tadeusza Kantora?

Kantor, Pina Bausch, jak najbardziej. Josef Nadj – choreograf, tancerz, wieloletni dyrektor grupy teatralnej w Lyonie, szef Centrum Tańca w Orleanie, Iztok Kova z teatru En-Knap ze Słowenii. Z inspiracji literackich: Samuel Beckett, Franz Kafka. Szekspir – myślę, że to świetna literatura, ale trudna do realizacji ze względu na archaiczny sposób kontaktu z publicznością. Bardzo sobie cenię Petera Brooka, jako reżysera szekspirowskiego właśnie.

Ale faktem jest, że rytm naszego życia – setki festiwali, warsztatów, projektów – prowokuje do spotkań z ludźmi, chłonięcia, inspirowania się. Inspiracje przychodzą do mnie same, w najbardziej naturalny i oczywisty sposób. Specjalnie ich nie szukam.

Trochę już dotknąłeś tego tematu na początku naszej rozmowy, nie operując nazwami, ale chciałabym, żebyś teraz przybliżył i rozwinął pojęcie minimal art – nurtu niezwykle istotnego w waszych działaniach artystycznych.

Minimal art jest specyficzną metodą, jakiej uczymy aktorów, z którymi rozpoczynamy współpracę i ludzi na prowadzonych przez nas warsztatach. Chodzi o to, żeby przy wykorzystaniu minimalnych efektów teatralnych osiągnąć maksymalny efekt totalnego oddziaływania na widza. Polega to na obcinaniu gestów, trudnej nauce panowania nad własną emocjonalnością, dyscyplinie, żonglowaniu własnymi umiejętnościami. W budowaniu roli posługujemy się oczywiście emocjami, ale nie pozwalamy na to, żeby emocje nas wciągnęły w jakiś schizofreniczno-masochistyczny taniec zwany w teatrze „zagrywaniem się”. W naszym zespole aktor nigdy nie utożsamia się do końca z postacią. Ma warsztat, który go przed tym chroni. No i przede wszystkim ma przy sobie absolutną i bezwzględną kontrolę nadrzędną – reżysera.

Kiedy konkretnie powstał A3 i jak przebiegło wasze rozstanie z Teatrem Cinema z Michałowic?

Teatr A3 powstał bezpośrednio po rozstaniu z Cinema – w 2001 roku. Przyjechaliśmy wtedy z Michałowic do Warszawy i tam, w Basenie Artystycznym, założyliśmy nasz nowy teatr.

A rozstanie z Cinema…? Cóż, jesteśmy dorosłymi ludźmi, wszystko przebiegło w sposób kulturalny, nieskomplikowany i – co najważniejsze – bez żadnego palenia za sobą mostów.

Naprawdę..? Rozczarowujesz mnie, liczyłam na jakąś pikantną historię rozwodową! (śmiech)

I nawet nie jest mi z tego powodu przykro. Wiesz, po 17 latach wspólnej roboty, grupa przyjaciół, która zawsze była wobec siebie nawzajem – w sensie wymagań – dosyć brutalna, odkryła, że zaczyna unikać siebie towarzysko.

To chyba nie było łatwe – w końcu mieszkaliście w jednym domu, w którym mieścił się także wasz teatr…?

No tak, ale każda rodzina miała w tym domu osobne wielkie wyremontowane przez siebie ponad stumetrowe mieszkanie! Nasze życie i nasza praca nie miała żadnego związku z komuną, sektą artystyczną. I to nas uratowało. Mieszkaliśmy osobno, każdy z nas robił – oprócz projektów i spektakli Cinema – swoje własne eventy, warsztaty, reżyserował spektakle w Polsce i za granicą.

Zbyszek (Szumski, założyciel Teatru Cinema w Michałowicach – przyp.red.) zaczął w pewnym momencie robić z nami międzynarodowe jednorazowe projekty, które nie pozostawiały nic dla Cinema, w sensie spektakli, które można by eksploatować, grać w Polsce i na świecie. W ten sposób teatr przestawał być teatrem, a zaczął być instytucją, która dawała nam wszystkim możliwość całkiem przyzwoitego zarabiania na bułki. Taki stan zaczął mnie uwierać, dlatego zaproponowałem dwóm kolegom stworzenie nowego zespołu teatralnego i pożegnaliśmy się z Cinema.

Ciągle gramy natomiast w starych spektaklach tego teatru, choć ze smutkiem konstatuję, że Cinema nie ma już siły takiej, jak dawniej. Zespół ciągle się zmienia, a Zbyszkowi trudno jest przyjąć, że Teatr Cinema – tak zresztą jak każdy inny – nie jest genialnym wytworem jednoosobowym, ale powstał i trwał w zderzeniu takich, a nie innych, ale zawsze silnych osobowości.

Co właściwie łączy cię w tej chwili z teatrem, w którym spędziłeś kilkanaście istotnych lat pracy twórczej i życia?

Niewiarygodna ilość przeżyć, to po pierwsze. Rodzaj reminiscencji artystycznej, którą wykorzystuję w mojej aktualnej pracy – to po drugie. To, co udało się nam wszystkim wypracować tam i wtedy, w Cinema, ma ścisły związek z tym, co aktualnie robimy. Wszystko ma swoje źródło w tamtej pracy, nie ma żadnego odcinania pępowiny. To, co się tam działo, stanowi dla mnie wartość i jakość absolutną.

Po trzecie: praca w Cinema nauczyła mnie, że wzajemne ścieranie się, burzliwe kłótnie, mogą być cholernie twórcze. Od tamtych lat interesują mnie buntownicy, ludzie na kontrze, tacy, z którymi warto dyskutować. To daje rozwój wszystkim uczestnikom wspólnej pracy. Zero wzajemnego klepania się po plecach. Ja nie mam potrzeby, żeby mnie ktoś lubił. Chcę, żeby konkretnie powiedział, czego ode mnie chce. Ja mówię mu to samo i jest dobrze.

Źródło: A3 Teatr.
Źródło: A3 Teatr.

A jest coś, co cię z Cinema teraz wyraźnie dzieli?

Tak. Zgoda, a wręcz wymóg, żeby aktorzy w ramach współpracy z Teatrem A3 robili różne rzeczy, żeby nie działali jednowymiarowo.

Wiesz, ja w Cinema stopniowo zacząłem być takim gospodarzem na cudzym podwórku – oprócz grania musiałem dbać o promocję, marketing i sprzedaż spektakli. Bez specjalnego wpływu na repertuar, bo na przykład uliczne „Zmysły”, które powstały już w Teatrze A3 i cieszą się wielką admiracją publiczności, nie miały dla Zbyszka artystycznie sensu. Nie był tym zainteresowany. A ja, jako gospodarz na własnym podwórku – owszem, jestem zainteresowany. Chcę robić i robię teatr uliczny, komedię dell’arte, bajkę dla dzieci i w końcu – teatr w zamkniętych przestrzeniach dla bardziej wyrafinowanego widza.

Dlaczego i po co?

Bo, po pierwsze, daje to aktorowi różnorodny warsztat i konieczność rozwoju w wielu kierunkach, a – po drugie i nie mniej ważne – daje mu możliwość zarobienia na chleb bez uciekania się do grania chałtur.

Oj. To rzeczywiście muszę przyznać, że jesteś dobrym gospodarzem. Chciałoby się rozwinąć tę metaforę i dodać: „pańskie oko konia tuczy”.

A żebyś wiedziała. Mamy 3 przedstawienia do sal i 5-6 spektakli plenerowych. Tym samym zespołowi nie grozi martwy sezon. Chodzi o prostą zasadę: jak już z kimś pracuję, to robię wszystko, żeby pozwolić mu przetrwać.

Sam miałem różne doświadczenia związane z niedostatkiem i teraz traktuję moich aktorów tak, jak zawsze sam chciałem być traktowany. To jest rodzaj elementarnej rzetelności wobec ludzi, którzy w pewien sposób powierzają mi siebie.

Kto obecnie tworzy Teatr A3? Czy jego trzonem pozostają aktorzy z Teatru Cinema, którzy zakładali teatr?

Współpracujemy już prawie z 40 osobami, a na stałe z 10.

To są aktorzy po akademiach teatralnych?

A skąd. Tacy są także, ale w mniejszości. To ludzie, którzy przyjechali do nas na audycje i zostali przyjęci – z różnych miast, miasteczek, instruktorzy teatralni, członkowie nieformalnych grup artystycznych. Sporo ludzi z Gardzienic. Dla mnie ważna jest w zespole różnorodność – wieku, doświadczeń. Dużą wagę przywiązuję do tego, żeby młodzi mieli się od kogo uczyć, stąd tygiel pokoleniowy w naszym teatrze.

Stanowczo odżegnujesz się od artystycznego sekciarstwa, więc rozumiem, że nie mieszkacie wszyscy razem w Policznej na Podlasiu…?

Oczywiście, że nie. Nad spektaklem pracujemy w systemie sesji. Są to trzy albo cztery 10-dniowe zjazdy, najczęściej właśnie w Policznej, gdzie obok domu, w którym mieszkam z Agatą (Rychcik, menedżerką teatru i partnerką Darka Skibińskiego –przyp.red.) stanął także dom prób i prezentowania spektakli.

Czasami to ja dojeżdżam na próby do Warszawy, na przykład. Bo mnie jednemu łatwiej dojechać do kilku aktorów, niż im do mnie. Ale prawda jest taka, że zespół potrzebuje pracy w Policznej, bo to doskonałe miejsce, żeby się wyciszyć i skoncentrować.

Pracujemy według harmonogramu. Jesteśmy zdyscyplinowani. To konieczne przy takiej liczbie przedstawień. W ubiegłym roku zagraliśmy 115 spektakli, co daje średnio co trzeci dzień grania w Polsce albo za granicą.

Niegdyś Michałowice pod Jelenią Górą, teraz Policzna w Puszczy Białowieskiej – co takiego mają w sobie prowincje, że właśnie je obieracie na miejsce życia i tworzenia?

To nie do końca prawda. Mieszkałem w sumie 16 lat w Warszawie, wychowałem się w Poznaniu, potem był Wrocław. Obecnie prowadzę w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie kilka projektów, spędzam tam 3-4 dni w tygodniu. Lubię duże miasta, zatłoczone knajpy, ruch i tłum ludzi na ulicach.

Ale fakt pozostaje faktem – zachwycił mnie północny wschód Polski. Zachwycili mnie ludzie, którzy tu żyją – ich constans, to, że są tu od zawsze i pewnie pozostaną do śmierci, a jednocześnie ich otwarcie na inność. Coraz mocniej czuję, że to jest właśnie to miejsce, w którym chcę być, w którym chce się zestarzeć. Kiedy mieszkałem w Warszawie, nie było czasu, żeby spotkać się z przyjaciółmi. Teraz bywa, że drzwi się tu nie zamykają. Bo to jest bardzo dobre miejsce do spotkań, do rozmowy. Wcześniej przyjeżdżaliśmy tu z Warszawy na letnisko, a od dwóch lat mieszkamy w odremontowanym budynku starej poczty, który ma ponad sto lat! Cudownie wraca się tutaj z epicentrum, zgiełku i gwaru miast Europy po to, żeby usiąść z psami w ogrodzie i trwać…

Jak przebiega proces integracji ze społecznością lokalną Podlasia? A może, jak Stasiuk na Wołowcu – w ogóle nie odczuwacie potrzeby takiej integracji, wolicie status outsiderów…?

Teraz mam ogromny problem, bo przychodzą mieszkańcy wioski i mówią: „Darek, musisz zostać radnym, musisz nas reprezentować, bo jak nie ty to kto?”. A ja ciągle w rozjazdach, więc raczej kiepski byłby ze mnie ambasador ludzi z Policznej…

Jesteśmy bardzo blisko z ludźmi z Podlasia. To w końcu dla nich robimy festiwal teatralny WERTEP, który staje się powoli festiwalem familijnym. Przyjeżdża jedna rodzina, zaprasza bliskich krewnych, potem trochę dalszych, potem znajomych, ci znajomi ściągają swoją rodzinę… I tak to się kręci.

W jaki sposób tworzysz repertuar tego festiwalu?

Na początku miałem z tym pewien problem. Nie wiedziałem, jaką przyjąć zasadę, co im się może spodobać. Ale okazało się, że jeśli coś jest prawdziwe emocjonalnie, to zawsze żre, forma nie ma żadnego znaczenia. Wszystko jedno, czy będzie to cyrk z Francji, czy offowy teatr. I okazuje się, że jednego dnia pokazujemy trzy dwugodzinne spektakle – a oni 6 godzin siedzą i oglądają! A potem mówią: „jakie ładne aniołki chodziły na tych szczudłach”, choć tam żadnych skrzydeł nigdzie nie było.

Sprowadzam to, co mi się podoba i co mam dla mnie sens. Trzeba to robić przez własny pryzmat, emocjonalny i estetyczny. Jedyne, czego naprawdę oczekuje publiczność festiwalu WERTEP, to przeżywanie. I to jest piękne. Kryterium porównywania, krytyki teatralnej, w ogóle nie ma tutaj racji bytu. Oni chcą słuchać historii, opowieści. Dostają ją i są szczęśliwi.

Jak było na gościnnych występach na Tajwanie, gdzie przy okazji EXPO 2013 prezentowaliście spektakl „Zmysły” i gdzie za chwilę wracacie znowu, żeby zrobić tam warsztaty? Co z tej egzotycznej podróży utkwiło Ci najbardziej w pamięci?

Na Tajwanie mieszkają ludzie pogodni i uśmiechnięci. Wszyscy robili sobie z nami zdjęcia, bo byliśmy jedynymi dziesięcioma białymi ludźmi w promieniu tysiąca tysięcy kilometrów. Cały internet obsrany był naszymi fotami. Ale najbardziej pamiętam rozmowę z dziennikarką miejscowej tv, która w kraju, gdzie małe miasteczko liczy około 860 000 ludzi, zadała nam pytanie o konkretne miejsce naszego życia i pracy i o to, ilu ludzi tam mieszka. Odpowiedzieliśmy, że w sumie jakieś 100 osób.

Dziennikarka gwałtownie zbladła i zapytała: „A co się stało?!”.

Dariusz Skibiński, ur. 18.08.1961 r., współzałożyciel i aktor Teatru CINEMA, Teatru A3, założyciel Stowarzyszenia Kulturalnego „Pocztówka”. Od 1990 roku prowadzi cykl warsztatów teatralnych dla aktorów, młodzieży oraz profesjonalnych grup zawodowych. Ma na swoim koncie doświadczenia w Teatrze Nowym w Poznaniu, udział w spektaklach Janusza Wiśniewskiego i Izabeli Cywińskiej. Realizuje również autorskie projekty: Międzynarodowe warsztaty teatralne dla młodzieży Michałowice – Tanwald – Gerlitz, roczne zajęcia w szkole teatralnej w Bochun (wykłady), cykliczne zajęcia podczas Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego w Poczdamie, Międzynarodowy Festiwal Teatralny WERTEP.

1 KOMENTARZ

Dodaj komentarz