Takatuka bez cenzury – Dbaj o środowisko. Pakuj odpowiedzialnie

Fot. www.freedigitalphotos.net

Nie będzie to felieton o chodzeniu na siłownię w koszulce wyprodukowanej z bawełny «fair trade», albo dźwiganiu sztangi wykonanej z materiałów pochodzących z recyklingu. Historia tak bardzo prawdziwa, jak nasz nowy rząd, marmolada w pączkach i awans polskich siatkarzy do kolejnego etapu mistrzostw ważnych.

Autor: Artur Sawicki, takatuka.blog.pl

Osiedlowy sklep, mekka okolicznych mieszkańców, pilnie strzeżony przez emocjonalnie rosłych ochroniarzy. Stoję w kolejce do kasy. Ogonek bardzo krótki, kończący pakować kiełbasy rubaszny jegomość, starsza pani i ja. Po skończonej zmianie na zakładzie, wsiadłem na rower, wiedziony trasą: dom, przyjęte tempo: jeńców nie biorę. Zatrzymuję się tylko na strzały ostrzegawcze w powietrze. A więc stoję, z nosa kapie pot. Czekam, żeby zapłacić 3,82 zł za ziemniaki, chleb i gruszkę. Przede mną kobieta siedemdziesiąt plus, lazurowy dżinsik, pantofelki, kurtka w kolorze chałwy. Spod beretu wystają podmalowane już dawno włosy. Dotyka produktów, które dopiero co wyłożyła na ruchomą taśmę. Widoczna intensywna analiza: wziąć czy nie brać. Bułki – blade, pompowane kluski, zło – odłożyć, gdziekolwiek. To nie jest typ ordynarnego wapna, ale dyskretnej anarchii. Przecież nie pociśnie na progu do kasy na dział dmuchane pieczywo, żeby odłożyć mizerne buły. Nikt by nie poszedł. Rzuca bliny na stojak z colą, mamrocze do siebie: a gdzie ja tam pójdę, tu położę.

Brawo, myślę sobie. Proces decyzyjny na finiszu, taśma leniwie się posuwa. Młoda kasjerka patrzy na ładunek, który właśnie znalazł się przed elementem pikającym kasy. Dwie butelki octu spirytusowego, zapakowane w foliowy woreczek, z tych bezpłatnych do owoców, zawiązane na kokardkę, dwa rumiane polskie jabłka – bez folii na owoce, dwie torby cukru zapakowane w owocowy woreczek, całość zwieńczona kokardką. Do tego czteropak serków wanilinowych, elegancko zawinięty w folię do owoców i… kokardka. Dziewczyna na kasie regulaminowo uśmiechnięta, kulturalna. W oczekiwaniu na podliczenie zakupów, kobiecina, gdzieś zza pazuchy wyciąga cały arsenał szeleszczących różnokolorowych toreb. Poskładanych jedna w drugą, przygotowanych na przechwycenie zakupów. Ten pięknie złożony zestaw z taśmy, został i tak już kupiony wzrokiem. W oczekiwaniu na podsumowanie, czeka, reklamówki szeleszczą, nic sie nie dzieje, chwila ciszy. Kasjerka musi wszystko odsupłać – nowoczesna maszyneria nie potrafi przeczytać paskowego kodu chronionego przez cieniutką folię torebki. Babcia zaznacza, że na „sypeł” nie wiąże, tylko na kokardkę. Kasjerka obrzuca mnie wzrokiem: to potrwa. Zaczynają to wszystko rozsupływać, słychać kilka piknięć. Potem kolejno, reklamóweczki na kokardkę, zakupy do podwójnych siat reklamówek, spokojnie – to nie piekarnia. Powieka nawet mi nie drgnęła. Ja też nie lubię, kiedy mnie ktoś pospiesza. Podchodzę do kasy, kasjerka czeka na mój komentarz: milczę, uśmiecham się. Podnoszę siatkę pełną ziemniaków, ta rozrywa się niemal natychmiast, ziemniaki wysypują się. Nie silę się na elegancję, kwituję klasycznym: nosz kur*a, nie baczę na towarzystwo. Kasjerka podaje mi torbę, puszcza oko, bezgłośnie wypowiadając: nie trzeba... (dopłacać, przyp. A. S.). Odchodzę.

Co zobaczyłem w sklepie? Nieświadomą ofiarę współczesności. Pewnie jeszcze dwadzieścia lat wstecz, ta sama kobieta bez jakiegokolwiek oporu wychodziła do sklepu z torebką o ebonitowych rączkach. Wystarczyło, dziś głównie pakujemy.

Jakiś czas temu wprowadzono całą gamę ulepszeń do naszego szarego i jakże szkodliwego życia. Jedną z nich było wprowadzenie plastikowych symboli nowoczesności, zaraz potem opłat za popularnie zwane reklamówki. Foliowe wielofunkcyjne przedmioty, dla niektórych zabawki, ochraniacze na obuwie, parasol, albo spoiwo różnorakich rozlatujących się rzeczy. Kiedyś reklamówka była, na przykład w szkole, wyznacznikiem statusu społecznego, zdobycia oficerskiego stanowiska w zasmarkanych strukturach. Wśród szkolnych watażków największym czadem było noszenie zeszytów w foliaku producenta butów, albo najlepiej dresów. To dopiero była ekologia! W poszanowaniu, układane na szkolnych parapetach wytrzymywały nawet pół roku. Wprawdzie niezbyt często pojawiały się w szkle, ale pół roku żywotności reklamówki, to dopiero osiągnięcie! O ile mnie pamięć nie myli, wielokrotnie widywałem reklamówki łatane taśmą. Szanowano materiał, który rozkłada się pewnie z milion lat.

Dziś reklamówki wciąż są te same, tyle że jest ich nieporównywalnie więcej. Mam wrażenie, że guzik znaczy tu ekologia. Każdy szanowany sklep oferuje folię do cebuli, jabłek czy innych pomidorów. Przy sekcjach warzywach mnóstwo ludzi urywa sobie naręcze tychże i potem paskuje cały dobytek z koszyka, żeby zaoszczędzić 10 gr na płatną, wytrzymałą siatkę, patrz: los ziemniaków przy kasie. Czy płacąc paręnaście groszy za folię tym samym płacę za jej neutralizację? Gdyby tak pozbyć się tego ze sklepów, bylibyśmy zmuszeni wsypywać rzeczy do plecaka, albo nosić zawsze przy sobie jakąś siatkę na zakupy. Ekologia z przymusu, dlaczego nie?

Torby ekologiczne? Skończyły się już chyba te bawełniane, lniane. Bawełna dostała kolorowe wrzutki i kosztuje dwadzieścia razy więcej niż powinna. A te dostępne w większości sklepów spożywczych szyje się z jakiegoś dziadostwa, nitki imitującej bawełnę, ale uzyskiwanej z np. butelek PET. W finale tylko rozkłada się reklamówka a nie butla. Mało tego, mam wrażenie, że teraz wszystko pakowane jest w folię. Za jedną płacimy, kupując produkt, a za druga, tę z pozoru ekologiczną, płacimy dodatkowo. Wracamy z zakupów i głównie przynosimy folię, gdzieś pomiędzy nią znajdujemy właściwe produkty.

A makulatura jest skupowana bezpłatnie… Jakże to przewrotnie brzmi. O ile już jakiś punkt przyjmuje, płaci za to jakieś grosze, bo potem też nie bardzo ma z tym co zrobić. Kiedyś można było za stare gazety przynajmniej dostać rolkę papieru toaletowego, dziś to niespotykane. Nie możemy sobie makulaturą nawet … podetrzeć. A z takiego surowca można wyprodukować morze papierowych toreb, które po jednym deszczu znikną. Wyrzucone do odpowiedniego pojemnika razem z innymi kolorowymi ulotkami, zmielone i przetworzone. Staną się po niedługim procesie technologicznym papierem toaletowym o gramaturze jak ścierny, znów torebką na cukierki, cebulę, spodnie. Być może to wynik jakiejś tęsknoty za czasem minionym, a może obrzydzenie na widok walających się wszędzie foliowych resztek. Mam nadzieję, że kiedyś nasze państwo przychylniej spojrzy na tony bezsensownie wyrzucanej folii i pochyli się nad makulaturą. Kiedy tylko ta stanie się potrzebna, w skupach będzie można wymienić to na coś innego, albo sprzedać po sensownej cenie. Może w ten sposób pomożemy środowisku.

Jak wygląda drożdżówka w foliowym worku? A o ile lepiej wyglądałaby w zwykłej, szarej torebce, która od umieszczonych w niej pączków dostała smakowitych rumieńców…

Dodaj komentarz