Matematyka emocji. Wywiad z Agnieszką Korytkowską-Mazur przed premierą teatralną „Sońki”

0
386
Fot. Emilia Siemakowicz (materiały promocyjne Teatru Dramatycznego w Białymstoku).
Fot. Emilia Siemakowicz (materiały promocyjne Teatru Dramatycznego w Białymstoku).
Fot. Emilia Siemakowicz (materiały promocyjne Teatru Dramatycznego w Białymstoku).

Już w najbliższy piątek (27 marca), w Międzynarodowy Dzień Teatru, na dużej scenie Teatru Dramatycznego im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku odbędzie się długo wyczekiwana premiera „Sońki” Ignacego Karpowicza. Początek przedstawienia o godz. 19.00.

Spektakl wyreżyserowała Agnieszka Korytkowska-Mazur. Scenografię stworzył Jacek Malinowski, wizualizacje przygotował Krzysztof Kiziewicz, a za ruch sceniczny odpowiada choreograf „Tańca z gwiazdami” – Maciej Zakliczyński.

SonkaNa dużej scenie białostockiego Teatru będzie można zobaczyć aktorów „Węgierki” oraz zaproszonych gości: Svietlanę Anikiej oraz Alesia Malčanaǔ (z Narodowego Teatru Akademickiego im. Janki Kupały w Mińsku), Dorotę Białkowską (z Teatru Muzycznego im. Danuty Baduszkowej w Gdyni), Grzegorza Falkowskiego (z Teatru Powszechnego im. Zygmunta Hübnera w Warszawie), a także Rafała Maćkowiaka (TR Warszawa). Aktorom towarzysz także kompozytor i akordeonista – Yegor Zabelov.

„Sońka” to ostatnia z powieści Ignacego Karpowicza, jednego z najciekawszych współczesnych pisarzy. W 2010 roku został laureatem Paszportu „Polityki” za powieść „Balladyny i romanse”. Otrzymał nominacje do Nagrody Literackiej NIKE za „Gesty” (2009), „Balladyny i romanse” (2011) oraz „Ości” (2014). Jego najnowsze dzieło – „Sońka” zostało nominowane do Nagrody Literackiej Prezydenta Miasta Białegostoku im. Wiesława Kazaneckiego. Karpowicz jest twórcą teatralnej adaptacji powieści.

W dniu premiery Teatr przygotował dwie niespodzianki. O godz. 18.40 odbędzie się otwarcie wystawy „Garden” białoruskiego fotografa Maxima Shumilina. Z kolei tuż po spektaklu na scenie foyer wystąpi zespół „Chachłaki” Tomasza Mikulicza (wokal) i Kamila Szamrety (gitara akustyczna). Muzycy wykonują swoje piosenki po „chachłacku”.

Widzowie mają okazję obejrzeć „Sońkę” w dniu premiery, ale także 28 i 29 marca, a następnie 17, 18 i 19 kwietnia. Bilety na spektakl (premiera – 40 zł, bilet normalny – 35 zł, ulgowy – 30 zł, studencki – 17,50 zł) dostępne są w kasie teatru oraz w sprzedaży internetowej na: www.dramatyczny.pl/bilety.

Agnieszka Korytkowska-Mazur, reżyserka i dyrektorka Teatru Dramatycznego im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku, opowiada o swojej najnowszej premierze „Sońki” Ignacego Karpowicza.

Fot. Emilia Siemakowicz.
Fot. Emilia Siemakowicz.

Krystyna Kozioł: „Czasem wchodzi się w jakieś współrzędne geograficzne i bieg zdarzeń jest silniejszy niż plan” – powiedziałaś niedawno w kontekście przygotowywanego właśnie spektaklu. Jak zaczęła się twoja teatralna przygoda z „Sońką”, Agnieszko? Jaki był plan, a jaki okazał się być bieg zdarzeń?

Agnieszka Korytkowska-Mazur: Przede wszystkim: „Sońka” w ogóle nie była żadnym planem repertuarowym Teatru Dramatycznego w Białymstoku. Wiedziałam, że Ignacy (Karpowicz – przyp. aut.) taką książkę pisze, wiedziałam, że od pewnego momentu pracuje nad nią wyłącznie metodą skracania, a nie dodawania, bo w pierwotnym zamyśle „Sońka” miała 500 stron. Zafascynował mnie taki sposób pracy. A potem przeczytałam książkę praktycznie jednym tchem, dosłownie dzień po tym, jak trafiła do księgarń. Im głębiej w nią wchodziłam, tym coraz bardziej oczywisty stawał się dla mnie fakt, że chcę się do tego tematu osobiście dobrać. Obiektywnie nie było to takie proste – Ignacy był już na etapie rozmów z TR Warszawa i warszawskim Teatrem Dramatycznym o adaptacji i przedstawieniu „Sońki”. Ostatecznie obu tym teatrom odmówił, zdecydował, że dobrze jest zrobić spektakl na ziemi tytułowej Sońki – na Podlasiu. Wystarczyła jedna nasza rozmowa.

Adaptacja powieści, którą Ignacy wykonał dla potrzeb teatru, także stała się dla nas punktem startu, a nie ostatecznym scenariuszem – efektem końcowym. Tutaj też plan był inny, a życie i praca poszły swoją drogą.

To bardzo ciekawe. Opowiesz o tym?

Tak, dla mnie także było to ciekawe i inspirujące. Nigdy dotąd nie dochodziłam w ten sposób do efektów pracy teatralnej. Scenariusz stał się tutaj rusztowaniem, na którym stawialiśmy z zespołem całą strukturę opowieści i wypełnialiśmy ją sensami. Historie Igora, Sońki, Joachima i Miszy tworzyliśmy na scenie, powstawały one na bazie improwizacji aktorów i często z fragmentów obecnych w książce, ale takich, z których Ignacy zrezygnował w adaptacji. W końcu – jest w spektaklu także kilka scen, których nie ma ani w książce, ani w adaptacji, a które pojawiły się w wyniku wielogodzinnych rozmów z Ignacym w trakcie prób. Staraliśmy się przy tym bardzo, żeby w „dopisanych” fragmentach nie zgubić tej znakomitej specyfiki literackiego języka, który jest zarazem poetycki i dosadny, brutalny i metaforyczny. To była niesamowita praca, coś jak tworzenie skomplikowanych działań matematycznych, wynikających z emocji.

Do oryginału dopisywaliście apokryfy…

Rzeczywiście, tak to można określić. W dodatku apokryfy wielowarstwowe, także dzięki nakładkom, jakie indywidualnie wnosi każdy z aktorów w procesie pracy nad spektaklem.

Co konkretnie masz na myśli?

Motywacje, konflikty, struktura dramaturgiczna – tego wszystkiego w adaptacji nie było. Nasza praca polegała na czymś odwrotnym, niż zazwyczaj w teatrze. Idąc w głąb tekstu, nie odszyfrowywaliśmy znaczeń w nim ukrytych, ale szyfrowaliśmy motywy postaci. Dostaliśmy coś okrągłego i porozbijaliśmy to na części. Myślę, że taka robota to marzenie każdego dramaturga.

Co według ciebie jest najmocniejszą stroną książki Ignacego Karpowicza?

Przede wszystkim jej otwarta struktura, organicznie podporządkowana pamięci bohaterów. Takie otwarcie prowokuje mnóstwo pytań, daje możliwość skoku na głęboką wodę. Druga rzecz: szkatułkowy sposób, budową przypominający matrioszki, w jaki cała historia Sońki, która mogłaby być przecież kanwą romansu, włożona jest w pamięć bohaterki. I robi się przez to wcale niesentymentalna. No i w końcu jest „Sońka” opowieścią o żerowaniu, pasożytnictwie, wykorzystywaniu wszystkich przez wszystkich. Reżyser teatralny Igor wykorzystuje Sońkę do swoich celów zawodowych, żeby nie powiedzieć – biznesowych. Sonia też żeruje na nim w jakiś sposób, chwyta się go, żeby móc opowiedzieć komuś swoją historię po raz ostatni – a bardzo możliwe, że także po raz pierwszy w życiu. Poza tym Sońka kłamie dużo i wszystkim bliskim jej ludziom, oczywiście po to, żeby ocalić własną prawdę. Ale to też dzieje się przecież kosztem czyjejś ufności i dobrej woli.

Fot. Emilia Siemakowicz.
Fot. Emilia Siemakowicz.

No, ale przynajmniej w jednym przypadku to żerowanie kończy się w jakimś sensie happy endem. Igor Grycowski, który urodził się jako Ignacy Gryka w Słuczance na Podlasiu, mentalnie i duchowo dzięki spotkaniu z Sońką wraca przecież do siebie – do wiejskiego chłopaka, który w dzieciństwie mówił tak, jak Sońka: pa naszamu, pa prostu…

A skąd wiesz, na ile realnie wraca? Z książki nie otrzymujemy żadnej istotnej informacji o Igorze. Wiemy tyle, że przed spotkaniem z Sońką był wielkomiejskim snobem – ze wszystkimi przypadłościami i schematami myślenia na temat snobów ze stolicy. To, co pojawia się w nim po spotkaniu z Sonią i wystawieniu sztuki „Królowe Stojło” nie jest przecież konkretną zmianą. Jest dopiero gotowością do niej. Ten facet znajduje się już w innym punkcie. Ale nie wiadomo, co z tym doświadczeniem teraz zrobi. Może nic, bo ewidentnie nie ma w sobie narzędzi, żeby przekuć ten istotny epizod w coś pozytywnego.

Kim jest dla Igora Sońka?

On się jej na początku po prostu uważnie przygląda, bo widzi w niej materiał na swoją sztukę. Ale z czasem zaczyna się w niej PRZEglądać. Sonia staje się jego lustrem. A także uosobieniem jego głęboko skrywanej tęsknoty za życiem powolnym, bez pędu.

Jak twoi aktorzy poradzili sobie z mieszanką polskiego i białoruskiego, który Karpowicz nazywa w książce trasianką? Tym językiem posługuje się już tylko niewielka część ludzi na Podlasiu…

W obsadzie występuje gościnnie trójka aktorów z Białorusi, którzy siłą rzeczy nie mieli z tym problemu. Ciekawi mnie natomiast, jak poradzą sobie widzowie – trochę ich pod tym względem nie oszczędzamy, całkiem sporo jest w spektaklu tego gadania pa prostu. I o ile na początku spektaklu Igor dokonuje ze sceny transkrypcji na język polski historii opowiadanej w ten sposób przez Sońkę, o tyle w miarę rozwoju wypadków i procesu przeradzania się „miastowego” Igora w Ignacego ze Słuczanki, tłumaczenie stopniowo zanika. Ten zabieg jest oczywiście celowy – chcemy, żeby widz poczuł się w tym świecie tak, jak Igor w pierwszym z nim zderzeniu – obco i niepewnie. Poza tym pozostawienie tej szczególnej warstwy językowej podbija niezwykłość i specyficznie intymny charakter spotkania ludzi z dwóch światów równoległych.

Na zdj. Ignacy Karpowicz w 2014 r. opowiada o "Sońce" podczas Halfway Festival. (fot. Ziemowit Tucholski).
Na zdj. Ignacy Karpowicz w 2014 r. opowiada o „Sońce” podczas Halfway Festival. (fot. Ziemowit Tucholski).

Jakie znaczenie dla twojego spektaklu mają fragmenty książki, będące kawałkami dramatu pt. „Królowe Stojło” autorstwa głównego bohatera – sztuki, która stała się owocem jego spotkania z Sonią? Odnosicie się do nich jakoś, ten dramat „gra” w przedstawieniu w jakiś szczególny, metateatralny sposób?

Tak, zastosowaliśmy pomysł teatru w teatrze. Przyznaję, że dużą przyjemność sprawia mi schowanie się za plecami innego reżysera z kontrowersyjnymi tematami i niewygodnymi sprawami. Przestrzeń domu Soni jest tą samą przestrzenią, w której „stawiamy” spektakl Igora. Różnica jest taka, że u nas inne niż w książce rzeczy są działaniami scenicznymi, a inne opowieścią. Na pewnym etapie pracy w ogóle przestaliśmy sprawdzać, które fragmenty książki są dramatem. Są sprawy, które toczą się wręcz na pograniczu dwóch światów: domowego i scenicznego. A w momencie, w którym Igor zaczyna być Ignacym – przestaje być reżyserem.

Igora Grycowskiego gra w twoim spektaklu Rafał Maćkowiak, który z Teresą Budzisz-Krzyżanowską czytał „Sońkę” w radiowej Trójce. Jego angaż ma z tym jakiś związek?

Nie znałam Rafała, nigdy wcześniej z nim nie współpracowałam. Na naszym pierwszym spotkaniu Ignacy powiedział mi o tym, że „Sońka” jest czytana w Trójce. Kiedy usłyszałam, jak Rafał czyta i jak jest w tym świecie głęboko i mocno osadzony, natychmiast do niego zadzwoniłam. Szybko podpisaliśmy cyrograf, zwany umową.

Za muzykę do spektaklu jest odpowiedzialny Yegor Zabelow z Białorusi.

Który gra również kota, Jozika.

Jak określiłabyś tę muzykę?

Och, ona ma wiele funkcji. Obrazuje, wprowadza emocje, kontrapunktuje, jest planem zabawy zwierząt, wstępem do prawdziwych weselnych pieśni białoruskich, zaaranżowanych na potrzeby spektaklu… Jest grana tylko na jednym instrumencie, przypisanym do rzeczywistości Słuczanki – na akordeonie. Sceny z muzyką są improwizowane, to znaczy zawsze jest jakiś ich określony rytm.

Lubisz improwizacje w teatrze?

Bardzo! Nie wyobrażam sobie, że daję aktorowi zadania typu: teraz przejdziesz po linii prostej trzy kroki, a później gwałtownie skręcisz w prawo. Siła teatru polega przecież na tym, że daje się wolność aktorom. Natomiast tym, co chroni przedstawienie przed chaosem, jest jego matematyczna konstrukcja.

W trakcie prac nad spektaklem sporo z zespołem podróżowaliście – do Słuczanki, Królowego Stojła, Krynek. Co tam znaleźliście?

Wypełniliśmy przestrzeń wyobraźni. Zobaczyliśmy, jak naprawdę wygląda prawdziwa podlaska wieś. Spotkaliśmy się z babcią Ignacego Karpowicza – szeptuchą ze Słuczanki , która prawdopodobnie była pierwowzorem Sońki. Aktorzy dużo wzięli z miejscowych, z którymi rozmawialiśmy. W jednym z domów zostaliśmy upici bimbrem. To ewenement, bo na podlaskich wsiach się do domów raczej nie zaprasza. Efektem tych podróży będą też oryginalne wizualizacje, które zafunkcjonują w spektaklu na zasadzie blue boxa.

Agnieszko, Karpowicz powiedział kiedyś: „urodziłem się, żeby napisać Sońkę”. Czy ty urodziłaś się po to, żeby „Sońkę” wyreżyserować?

(śmiech) Urodziłam się też dla kilku innych celów, mam nadzieję. Ale myślę, że o takiej pracy reżyserskiej, o procesie, spotkaniu z ludźmi, o takiej przygodzie, jak ta z „Sońką” – mogłam tylko marzyć, wchodząc w ten zawód. Mam nadzieję, że zabrzmi to tak pokornie, jak o tym myślę: zespołowa praca nad „Sońką” należy do kategorii tych nielicznych sytuacji, w trakcie których bywa się artystą.

Leave a Reply