Tak o „Wołyniu” mówi jego reżyser i autor scenariusza – Wojciech Smarzowski. Pokaz specjalny produkcji z udziałem aktorów, twórcy i producenta odbył się w czwartek, 13 października w suwalskim „Cinema Lumiere”.

Autor: Iwona Danilewicz

Z publicznością w kinie spotkali się w czwartek: reżyser Wojciech Smarzowski, producent Dariusz Pietrykowski i aktorzy: suwalczanka Michalina Łabacz, która za rolę Zosi Głowackiej otrzymała w Gdyni nagrodę za debiut aktorski, Adrian Zaremba – grający Antka Wilka, Maria Sobocińska – filmowa Hela Głowacka, siostra Zosi oraz Filip Pławiak, który wcielił się w rolę kpt. Zygmunta Krzemienieckiego. Spotkanie – po projekcji „Wołynia” – prowadzili dziennikarze pochodzący z Suwałk: Paulina Drażba i Artur Cichmiński. Warto wspomnieć, że przejmująca muzyka Mikołaja Trzaski została nagrana w sejneńskim kinie z udziałem Orkiestry Klezmerskiej Teatru Sejneńskiego, działającej przy „Pograniczu”.

Dla Michaliny Łabacz, studentki warszawskiej Akademii Teatralnej był to pierwszy film. Praca nad „Wołyniem” zajęła jej niemal cały okres studiów – na I roku odbywał się casting, podczas którego z niezwykle licznej grupy dziewcząt Wojciech Smarzowski wybrał właśnie ją; na II i III roku trwała praca nad filmem, podczas rozpoczętego niedawno IV roku – dyplomowego – film wszedł na ekrany, rozpoczęła się jego promocja.

Młoda aktorka przyznaje, że była to wielka przygoda, ale i ogromne wyzwanie – plan był trudny zarówno pod względem emocjonalnym, jak i fizycznym. Dlaczego Wojciech Smarzowski wybrał Michalinę Łabacz? Reżyser chwalić swoich aktorów nie ma zwyczaju. Na pytanie dziennikarzy odpowiedział, że o jego decyzji przesądziło wiele czynników, również to, że Michalina „pasowała” do konwencji lat 30. XX wieku i odkryła swoją wschodnią duszę. Michalina Łabacz do roli przygotowywała się, ucząc się gwary, tańca, śpiewu i pieśni z tamtego okresu. Jak przyznała, sporo musiała się też napracować, by złapać dobry kontakt ze swoim kilkuletnim filmowym synem.

Film „Wołyń” wzbudza wiele dyskusji. Za każdym razem jego odbiór jest bardzo emocjonalny, szczególnie na tzw. ziemiach odzyskanych. W Suwałkach publiczność po projekcji pytała o wybór tematu, ale i o to, w jaki sposób reżyser zadbał o najmłodszych aktorów, występujących w drastycznych scenach rzezi. Wojciech Smarzowski przyznał, że spotyka się z reakcjami negowania filmu przez osoby, które jeszcze go nie widziały. – Gdy emocje opadną, powrócą argumenty – podkreślił reżyser.

Smarzowski nie ucieka od trudnych tematów. I choć po „Róży” – co zaznaczył – obiecał sobie, że już nie będzie robił filmów o historii, „Wołyń” powstał. Scenariusz Smarzowski stworzył na podstawie relacji Polaków ocalałych z rzezi na Kresach i opowiadania pt. „Nienawiść” autorstwa Stanisława Srokowskiego. Wyzwaniem reżyserskim było wyważenie historii w taki sposób, by sceny drastyczne, śmierci, rzezi nie zdominowały filmu. – To była kwestia taktu, żeby widz nie wyszedł z kina po pierwszych 10 minutach. Myślałem nad tym, w jaki sposób opowiedzieć historię, żeby stopniować poczucie zagrożenia i okrucieństwo – powiedział Smarzowski. Na szali – dla przeciwwagi – umieścił więc na początku wątek miłosny i czas wesela. – Wesele to bardzo dobra figura dla ekspozycji wszystkich bohaterów – tłumaczył reżyser.

Zdjęcia główne trwały 11 miesięcy. Upływ czasu został w „Wołyniu” zaprezentowany poprzez zmieniające się pory roku. Filmowa wieś, która w ostatnich scenach płonie, powstała na terenie skansenu Wsi Lubelskiej. Praca nad filmem zajęła 180 dni zdjęciowych. W „Wołyniu” wystąpiło aż 5 tys. statystów – w tym członkowie grup rekonstrukcyjnych. „Wołyń” kosztował 19 mln złotych. Część pieniędzy – 900 tys. zł na jego powstanie przekazali ludzie, którzy odpowiedzieli na apel Wojciecha Smarzowskiego o wsparcie produkcji.

Przed pokazem filmu Michalina Łabacz odebrała Nagrodę Prezydenta Suwałk w dziedzinie kultury w kwocie 5 tys. złotych.

Fot. Niebywałe Suwałki – Marcin Tylenda

Dodaj komentarz