Z Piotrem Malczewskim o studiach, fotografii, niewielkiej Budzie Ruskiej na Suwalszczyźnie i spotkaniach z reporterami latem nad Czarną Hańczą rozmawiał Bartosz Sobański.

Bartosz Sobański: Studiował Pan w Poznaniu. Jak wspomina Pan ten czas?

Piotr Malczewski: Miasto wspominam pozytywnie, podobnie jak uczestników studiów – ciekawą mieszankę ludzi z różnych rejonów Polski. Byliśmy pierwszym rocznikiem Studium Fotografii Profesjonalnej przy Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu, choć, tutaj pozwolę sobie dodać trochę dziegciu, zajęcia oraz ich organizacja z profesjonalizmem wiele wspólnego nie miały. Jako przykład mogę przybliżyć sytuację, w której jeden z wykładowców musiał ze sobą na zajęcia wozić projektor do slajdów. Nie ukrywam, że całą tą sytuacją oraz kilkoma innymi byłem dość mocno zaskoczony. Summa summarum jakiś istotny dla mnie ślad tamten czas oczywiście zostawił – bardzo wartościowa okazała się wymiana doświadczeń z kolegami z roku – niektórzy z nich pracowali już zawodowo zarabiając pieniądze, inni dopiero do tego aspirowali. W każdym razie wszystkich nas cechowała pasja fotografowania. Wśród kolegów z roku pracujących m.in. w „Gazecie Wyborczej”, mających własne agencje fotograficzne, był też jeden posiadający własną agencję marketingową i robił naprawdę dobre zdjęcia, które później wykorzystywał w szeroko pojętej reklamie. Patrząc na jego prace, wszyscy pytaliśmy: „po co Tobie te studia?”, odpowiadał: „Dla matki. Obiecałem jej, że ukończę szkołę”. Jak się okazało, miał ukończone jedynie technikum, stąd ta obietnica. Ostatecznie i tak szkoły nie skończył. Na tym to właśnie polega. Po zdobyciu tytułu licencjata zdecydowałem, zresztą nie jako jedyny, że dalsza droga nie ma sensu. W tamtym czasie wybrałem już swoją własną ścieżkę, specjalizując się w fotografii przyrodniczej, miałem też za sobą pierwsze podróże na Wschód. Zamiast więc przeznaczać środki na kolejny papierek, postanowiłem wyjechać na Syberię.

Czyli dzisiaj „papierek” nie jest ważny?

Wiedziałem, że nie zamierzam zostać pracownikiem naukowym na uczelni, gdzie ten papier miał znaczenie. Dla mnie ważne jest to, co mam na fotografiach. Na niektórych robi wrażenie dyplom Akademii Sztuk Pięknych lub jakiejś innej akademii fotograficznej. Czasem ma to pokrycie, czasem nie. Poziom na niektórych uczelniach się jednak obniżył. A szkoda.

Pewnie po części ma na to wpływ fakt, że dzisiaj każdy może zrobić zdjęcie. Fotografia cyfrowa zyskała kolejne uproszczenie. Dzisiaj mamy fotografie robione telefonami.

Ja bym to ujął inaczej. Dziś każdy może nacisnąć spust – czy to aparatu, czy telefonu. Mamy możliwość zrobienia setek, tysięcy zdjęć w ciągu jednego dnia czy poranka. Tylko co dalej? Czy ta fotografia pozostawi jakiś ślad? Jakie uczucia będą towarzyszyły ludziom, którzy będą tę fotografię oglądać? Niewątpliwie fotografia się umasowiła, sprzęt pozwala zrobić w miarę poprawne technicznie zdjęcie, ale musimy pamiętać, że są to tylko narzędzia.

Czy zastanawiał się Pan kiedyś co byłoby Pańskim tematem fotograficznym, gdyby nie była nim przyroda?

Nie skupiam się tylko na fotografii przyrodniczej. Jest też dokument, pojawia się detal i abstrakcja, które ostatnio zaczynają dominować w mojej fotografii. Z kolei podczas wyjazdów skupiam się głównie na fotografii podróżniczej, która jest bardzo różnorodna. Uważam, że bardzo istotną rolą fotografowania ludzi, miejsc i przedmiotów jest utrwalanie i przekazywanie historii skazanych na zapomnienie. Dlatego często fotografuję moje okolice.

Jaka jest dziś Buda Ruska i jej okolice?

To, co najbardziej rzuca się w oczy, to fakt, iż wieś jako taka zanika. Traci swój charakter. Dość przełomowym momentem było wejście Polski do Unii Europejskiej. Przykład pierwszy z brzegu: wcześniej we wsi było zaledwie kilka samochodów; dzisiaj zdarza się kilka na jedno gospodarstwo. W drugą stronę można snuć rozważania co by było, gdyby ucięto dopłaty unijne – czy wieś wróciła by do stanu sprzed 2004 roku?

Do zanikającego świata nawiązuje wystawa o staroobrzędowcach, którą można u Pana oglądać.

Wystawa fotografii o staroobrzędowcach (tytuł wystawy: Staroobrzędowcy – odchodzące światy – przyp. B.S.) nie mówi tylko o grupce ludzi niekatolickiego wyznania, choć o tym też. Ale jest to przede wszystkim historia znikającej, odchodzącej wsi – tradycyjnych obrzędów, zwyczajów, rzemiosła. Widok furmanki podpiętej do konia to dzisiaj dość rzadki widok. Nie wyobrażam sobie współczesnego młodego chłopaka jadącego furmanką, no chyba, że zabrakło by paliwa na stacjach benzynowych.

U nas to mało prawdopodobna historia, ale już na Białorusi czy na Litwie takie przygody się zdarzają.

Mieszka Pan w domu po staroobrzędowcach. Czy czuje Pan odpowiedzialność za to miejsce, za ich historię?

Może nie nazwałbym tego odpowiedzialnością, ale na pewno zależy mi na tym, aby ich historia przetrwała, po to między innymi jest ta wystawa, temu ma służyć. Nie mam jednak na myśli utrwalania historii jako takiej. Bardziej interesują mnie historie pojedynczych ludzi, zbieram te opowieści, staram się je poskładać w jedną całość. Czas nagli – ludzie starsi odchodzą, trzeba zdążyć porozmawiać, spisać i utrwalić między innymi po to, aby Ci, którzy przyjdą po nas, także mogli się czegoś ciekawego dowiedzieć. Nie ma jednak pewności, czy będą w ogóle zainteresowani.

Ganek domu po staroobrzędowcach, Buda Ruska, fot. arch. Niebywałych Suwałk

Stasiuk pisze: „A na Podlasiu z kolei wzrusza mnie ta próba urządzania świata z ubogiej materii, próba wydźwignięcia się z wnętrza ziemi i utrzymania na powierzchni. W dodatku tam zaczyna się wschód z całym tym swoim bezmiarem, okrucieństwem i urodą i to Podlasie to jest jednak krawędź otchłani i niewiadomego”. Zgadza się Pan z tym opisem?

Ładnie i poetycko. Trochę w tym prawdy jest. Mamy tu mieszankę przyrody, historii, niestety także tej tragicznej, szczególnie w burzliwym okresie pierwszej połowy dwudziestego wieku. W ubiegłym roku odbyło się u nas spotkanie z autorką książki „Bieżeństwo 1915” (Anetą Prymaka-Oniszk – przyp. B.S.). Autorka opowiadała, że czasy wojenne i powojenne były dla mieszkańców wsi nierzadko końcem ich świata. Byli oni niezwykle mocno związani z własną ziemią, religią i rytmem, który był wyznaczany głównie przez pory roku i pracę. Tacy ludzie, kiedy następowały przesiedlenia, byli pogubieni, bezbronni. Dla nich był to faktyczny koniec świata. Z kolei druga wojna światowa to kres stałych, wielowiekowych porządków. Buda Ruska przed wojną była zamieszkana w całości przez staroobrzędowców. Dzisiaj są to trzy rodziny i jeden kawaler. Wracając jednak do tego co napisał Stasiuk. Dominuje w tym opisie kontrast – na tych ziemiach dobrzy i źli się mieszali. Dla jednych dobrzy byli złymi, dla innych z kolei odwrotnie. Mówimy oczywiście o partyzantach. Dziś łatwo mówi się o wszystkim w barwach albo białych, albo czarnych. Różnie można oceniać – partyzant, który nikogo nie zabił, nie popełnił żadnego poważnego przestępstwa, mógł być w oczach mieszkańców wsi zły, bo na przykład kradł jedzenie. Zatem kolory biały i czarny niespodziewanie się zmienią, wzajemnie się przenikając. Tak właśnie powstają odcienie. Nic nie jest już takie oczywiste.

Nie sposób się nie zgodzić. W opowiadaniu historii, pamięci o niej brakuje bogatszej kolorystyki. Dominuje biel i czerń.

To prawda. Każdy kraj, w tym nasz, próbuje pokazać, że w czasie wojny był tylko i wyłącznie bohaterski, no może prócz Niemców. Dzisiaj nie uczy się tego, czym jest okropieństwo wojny. Na ekranie telewizora czy w grze komputerowej jest to wręcz atrakcyjne. Ten, kto nigdy jej nie doświadczył, nigdy nie zrozumie. Być może dlatego dziś tak łatwo szafuje się tym tematem w kontekstach często miałkich i nieważnych, dokonuje się ocen, które nie powinny mieć miejsca.

Porozmawialiśmy o przeszłości. A czy mieszkańcy Budy Ruskiej patrzą w przyszłość?

Trzeba byłoby zapytać ludzi. Wydaje mi się, że tutaj myślami nie wybiega się zbyt daleko. Czasem łatwiej jest się nie zastanawiać. Być może po zadaniu takiego pytania najczęstsza odpowiedź brzmiałaby: „jakoś to będzie”. Można to zobrazować na przykładzie wyborów: idziemy, głosujemy, jesteśmy chwilowo napełnieni nadzieją na lepsze jutro. Mijają dni, tygodnie, miesiące, a w realnym życiu nic się nie zmienia.

A nasze dzieci, wnuki? Co zastaną?

Żyjemy w czasach dużych migracji. My migrowaliśmy za chlebem z nadzieją, że będziemy wracać. Czasami wracaliśmy, a czasami nie, Polaków rozsianych po świecie jest mnóstwo. Dziś także emigruje się za chlebem, wielu młodych ludzi wyjeżdża w poszukiwaniu lepszego życia. Oczywiście mówię tutaj o naszym regionie, choć i z dużych miast wielu ludzi podejmuje decyzje o emigracji. Dlatego my emigrujemy na zachód, a Ukraińcy przyjeżdżają do nas. Dla nich Polska to Zachód.

W Suwałkach w każdym większym sklepie można usłyszeć język ukraiński, zarówno po stronie sprzedających, jak i kupujących. Migracje są nieuniknione. Niewątpliwie więź z ziemią, z której pochodzimy, zmienia się. Odpowiadając na pytanie – to, czym napełnimy nasze dzieci, tym będą one w przyszłości.

Możemy bardzo się starać, jednak współczesny świat jest w ofensywie.

Oczywiście, na wszystko wpływu mieć nie możemy. Wiemy już, że media, Internet i cała ta technologiczna rewolucja bardzo negatywnie wpływa na nasze relacje. Niestety, atrakcyjność tych wszystkich cudów techniki jest dla młodych ludzi niepodważalna. Można się jedynie zastanawiać, co z tym zrobić. Czy dzieci, które posiadają konta na portalach społecznościowych będą umiały w niedalekiej przyszłości nawiązać emocjonalną więź z drugą osobą? Może to być trudne.

Porozmawiajmy jeszcze o festiwalu „Patrząc na Wschód”.

Do tej pory odbyły trzy edycje. Pierwszy raz to nawet jeszcze nie był festiwal. Było to spotkanie z Piotrem Brysaczem, autorem książki „Patrząc na Wschód. Przestrzeń. Człowiek. Mistycyzm”, z którym teraz organizuję festiwal. Połączyliśmy siły – Piotr znał wielu autorów, ja także mogłem coś od siebie dać. Trzeci był najciekawszy, najbardziej różnorodny, pełen inspirujących spotkań. Przez pięć dni trwania festiwalu odwiedziło nas niemal 500 osób.

Mamy ogromną liczbę znakomitych reporterów, sięgających po tematykę szeroko rozumianego Wschodu. Wydawnictwo Czarne nie nadąża z wydawaniem książek reporterskich. A jednak Pański festiwal to jedyny cykl spotkań o tej tematyce w Polsce.

Niektórych autorów było trudno namówić do uczestnictwa w festiwalu. Tłumaczę to sobie sporą liczbą spotkań autorskich i promocyjnych, które dziś są nieodłącznym elementem życia pisarza. Ci, którzy przyjechali, wyjeżdżali od nas zachwyceni i wiem, że możemy liczyć na ich obecność podczas kolejnych spotkań. Sam festiwal, spotkania mają charakter luźny, otwarty. Czasem spotkanie, które docelowo miało oscylować wokół książki, zamieniało się, już po jej omówieniu, w dyskusje szersze, trwające znacznie dłużej, niż było to przewidziane. Pracujemy nad kolejną edycją. Kluczową sprawą są oczywiście finanse – jeśli uda nam się zebrać odpowiednią ilość środków, to rzecz jasna zapraszamy, już po raz czwarty, do Budy Ruskiej (w momencie publikacji wywiadu wiadomo już, że udało się zebrać potrzebne środki na zorganizowanie kolejnej edycji festiwalu Patrząc na Wschód – przyp. B.S.). Mamy kilka nowych pomysłów – podczas ostatniej edycji, oprócz spotkań związanych z literaturą, były też filmy dokumentalne, wykład o staroobrzędowcach, pokazy fotografii. Jeden z dziennikarzy Programu Drugiego Polskiego Radia stwierdził, że jak na pięciodniowy festiwal dwa spotkania w ciągu całego dnia to trochę mało. Nam na liczbie nie zależy. Liczy się jakość. Oczywiście, można tych spotkań zorganizować więcej, ale to wcale nie oznacza czegoś lepszego. Zależy nam na zachowaniu kameralnego charakteru naszego festiwalu. Dlatego chcemy dać ludziom spokój. I czas. Każdemu odpowiada taka forma. Nie spieszymy się.

Co możemy powiedzieć, po trzech edycjach festiwalu, o naszym polskim patrzeniu na Wschód?

Myślę, choć to nie tylko moje wnioski, że Wschód jest czymś co przyciąga, staramy się go poznać, gdyż wciąż jawi się nam jako przestrzeń nieznana. Zresztą nie chodzi tylko o Wschód w rozumieniu pojęcia geograficznego. Coraz bardziej interesują nas ludzie. Rosja jest często przedstawiana w mediach dość złowieszczo. Trzeba jednak podkreślić, że Kreml, polityka to jedno, a ludzie mieszkający na co dzień w tym kraju to drugie. Nie można wszystkiego i wszystkich wrzucać do jednego worka. I między innymi to staramy się pokazać na naszym festiwalu. Nasze polskie patrzenie na Wschód zmienia się i jest to zmiana pozytywna.

Planuje Pan już następną podróż?

Planuję kolejną wyprawę nad Bajkał. Ktoś kiedyś powiedział: „Podróżujący dzielą się na dwa typy – tych, którzy jeżdżą w różne nowe miejsca i tych, którzy wracają do tych samych miejsc”. Ja mogę dodać, że te same miejsca niekoniecznie są takie same. Dla mnie są ich różne płaszczyzny; przyrodnicza, fotograficzna, historyczna. No i ludzie, którzy stanowią nieodłączną część każdej części świata, konkretnego miejsca. Tak zwane te same miejsca w postaci np. Jeziora Bajkał niekoniecznie są te same. Linia brzegowa Bajkału ma 2100 kilometrów. Można więc w „to samo miejsce” jeździć pół życia albo i całe, a i tak się go dokładnie nie pozna. Ponadto miejsca, przyroda, ludzie nieustannie się zmieniają, dlatego jest to niesamowite bogactwo, wciąż na nowo odkrywane. Dla mnie są to ciągle nowe podróże.

Fot. Piotr Malczewski

Czy ma Pan jakiś pomysł na materiały z podróży? Będzie Pan próbował złożyć je kiedyś w jakąś jedną konkretną całość, historię?

Tak, chciałbym kiedyś coś z tym zrobić, choć wiadomo, że nie wszystko zawsze wychodzi tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Może to i dobrze? Nieznane też jest ciekawe.

Bartosz Sobański filolog polski z wykształcenia, miłośnik książek (w szczególności literatury faktu), sportu i dodatnich temperatur. 

Dodaj komentarz