Jazzowy big-band może nasuwać różne skojarzenia. Myśl może pobiec w stronę takich albumów Franka Zappy jak „Waka/Jawaka” czy „The Grand Wazoo”. Ale równie dobrze – a nawet równolegle – filmu Whiplash. Za big-band można też uznać grupę Mitch & Mitch. 4 marca wystąpiła w augustowskim kinie „Iskra”.

Nie ma co kryć, iż to współpraca z Zbigniewem Wodeckim wydobył grupę z niszy. Pamiętajmy jednak, iż korzyści z nagrania „1976: A Space Odyssey” były obopólne. Wodeckiego tylko bardziej wyrobiona publiczność pamiętała jako artystę z Piwnicy Pod Baranami, Anawy czy wreszcie akompaniowania Ewie Demarczyk. Przykro to mówić, ale większość kojarzyła Pana Zbigniewa z „Pszczółką Mają” „Chałupami..” i jurorowania w pewnym show telewizyjnym. „Młodzież” z Mitch & Mitch pozwoliła Wodeckiemu wrócić na tron, przypomnieć wspaniały materiał z 1976 roku.

Mitch & Mitch zaprezentowali się w Augustowie jako nonet. Zdawałoby się, iż w podstawowym składzie jawili się jako konglomerat: dwóch gitarzystów, basisty, dwóch perkusistów/perkusjonistów, wibrafonisty oraz trzech „dęciaków”. Wnet się jednak okazało, iż żaden – dosłownie żaden! – muzyk nie jest przypisany do jednego instrumentu. Za swoistego showmana, quasi-konferansjera – jedynie w języku angielskim – robił Macio „Mitch” Moretti. Pewnie nie wszystkim przypadały do gustu „grypsy” basisty, ale można je potraktować jako wzbogacenie scenicznego emploi big-bandu.

Muzyka generowana przez Mitch&Mitch jest różna i różnista. Bywa – jak na jazz przystało – porwana, pełna przejść, momentami bliska kakofonii. Ale nie brakuje i klimatycznego, nastrojowego grania. Pojawiał się też swoisty trans. Każdy muzyk dostał – niejedną zresztą – chwilę na solówkę. Ale i granie unisono wspaniale (za)brzmiało.

Fotografia Zbigniewa Wodeckiego powstała podczas noworocznego koncertu artysty w Suwalskim Ośrodku Kultury. Niestety, wystąpił wówczas – tj. 17 stycznia 2015 roku –  bez Mitch & Mitch.

autor: Wojciech Otłowski

fotografie: Radek Nowacki

Dodaj komentarz