Jest naturalną ambasadorką Suwałk i Suwalszczyzny. Od piętnastu lat przemierza Polskę i Europę, grając na harmonii pedałowej i śpiewając białym głosem. Kilka miesięcy temu spotkała na swojej drodze artystę, z którego muzyką jest związana emocjonalnie od zawsze. Z Jackiem Kleyffem Małgorzata Makowska wystąpi 7 września o godz. 19.30 w Rozmarino w Suwałkach.

W klubie przy kawie na starówce suwalskiej, o swojej pasji, pustce, „niedojrzałych jabłkach” i życiu, opowiada Małgosia Makowska. Rozmawiał Zygmunt Zymek Szulc.

Zymek Szulc: Gosiu, opowiedz na początku naszej rozmowy o swoim domu rodzinnym w kontekście muzyki. Czy w dzieciństwie ktoś zaszczepił Ci miłość do muzyki, do grania na jakimś instrumencie? Ktoś z rodziny, a może spoza? Opowiedz, jakie dźwięki słyszałaś jako dziecko, jaki klimat muzyczny był wokół Ciebie?

Małgorzata Makowska: W domu budził mnie śpiew mojej mamy. Czy gotowała, czy zmywała zawsze było słychać jej śpiew…, a gdy mi się zdarzało coś śpiewać czy grać, otwierała drzwi do pokoju, by lepiej mnie słyszeć. Od zawsze uwielbiałam instrumenty, chciałam je dotykać, wydobyć z nich dźwięk. Zazdrościłam swoim sąsiadkom, że chodzą do szkoły muzycznej. Ja nie miałam takiej możliwości… Bardzo się cieszyłam, gdy okazało się, że moja pierwsza nauczycielka muzyki w szkole podstawowej Beata Sobolewska-Szulgacz, uczy gry na flecie prostym, od tego właściwie wszystko się zaczęło… I chyba miałam po prostu do tego grania dryg. 

Do tej pory nie wiem, czy moja kolejna nauczycielka muzyki Lidia Szulc wiedziała, że stawia mi szóstki za spryt, a nie za znajomość nut (śmiech). Pamiętam, że grając z „cyferek” można było dostać maksymalnie piątkę, a grając z nut – szóstkę. Ja oczywiście rozkładałam nuty, nie wnikając za bardzo, co w nich jest, gdyż melodię i tak grałam ze słuchu. 

W 2005 roku debiutowałaś z grupą Dautenis (Dautenis – grupa folkowa grająca suwalską muzykę tradycyjną, ciesząca się dużą popularnością w latach 2005-2008 – przyp. autora) na festiwalu „Nowa Tradycja” w Warszawie. Jak wspominasz swój debiut?

Dautenis to był mój pierwszy zespół, który właściwie ukształtował mocno moją drogę artystyczną. Wymagało to ode mnie sporego wysiłku, bo właściwie dopiero co zaczynałam śpiewać, a w grze na harmoszce „raczkowałam”. Dzięki tej formacji zaczęłam też grać na harmonii pedałowej – moim najukochańszym instrumencie. Nie było łatwo, bo po festiwalu zaczęły się  koncerty, chciałam jak najwięcej zagrać, ale to nie wychodziło… 

Nabrałam wówczas dużo pokory, odwagi do dążenia do celu i praktycznie cały swój czas poświęcałam zespołowi. Czułam, że właśnie tak bym chciała żyć – grać, poznawać ludzi, zwiedzać przy okazji świat, no i też zrodziło się we mnie poczucie misji – ratować niematerialne dziedzictwo kulturowe…     

Ratować niematerialne dziedzictwo kulturowe? Mogłabyś rozwinąć ten wątek?

Od tamtej pory chcę spisywać, dokumentować wszelkimi sposobami zwyczaje, jakie zrodziły się na Suwalszczyźnie. Chcę spisywać opowieści, bajki, rejestrować muzykę oryginalną i uczyć się jej, no i oczywiście poznawać teksty piosenek, które nigdzie nie są zapisane. Trochę tych ludzi jeszcze żyje… koniecznie te rzeczy trzeba ocalić i przekazywać młodszym. To nie może zginąć!

Dlatego dodatkowo postanowiłam studiować folklorystykę.

Jasne, zgadzam się z Tobą całkowicie! Wrócę jeszcze na chwilę do tematu Dautenisa. Czy tak świetnie zapowiadająca się grupa musiała się rozpaść? 

Czy musiała? Na tamten moment chyba tak…  Nie ukrywam, że coraz częściej wspominam wspólne granie i coraz mocniej za tym tęsknię. Mam poczucie, że zespół Dautenis był jak jabłoń, która doczekała się owoców, ale spadły one zanim całkowicie dojrzały… Koncertowaliśmy w fantastycznych miejscach w Polsce i za granicą m.in na From Polish to Irish Music „Through our Culture”  w Dublinie w Irlandii, na  Rural Tour „International Village of Culture” i Baltic Roots South West Rural Tour w Anglii, w Szkocji w Perth na festiwalu „Polska Wiosna”, w Niemczech na  Möllner Folkfest, na Tartu Lõõtspillifestival w Estonii.

Gdy rozpadł się Dautenis, co dalej działo się z Gosią Makowską, jej muzyką, twórczością?

Poczułam pustkę, którą trzeba było czymś zapełnić… Trafiłam na ludzi, którzy jeździli na Radomszczyznę, uczyć się grać mazurki od wiejskich muzykantów. Pojechałam i ja. Poznałam tam świetnych skrzypków i harmonistów, którzy chętnie dzielili się melodiami. Poprzez te muzyczne podróże powstał zespół „Poszukiwacze Zaginionego Rulonu”, który również odniósł ogromny sukces, tj. Grand Prix na XV Festiwalu „Nowa Tradycja”. No i tu znów niestety historia z jabłonią się powtórzyła… ale byliśmy na cudownym festiwalu w Korro w Szwecji i na WINTER Folk Baltica w Hamburgu.

Odczuwałam kolejną muzyczną pustkę i wtedy założyłam z Magdaleną Balewicz kapelę Kanka Franka. 

Mam nadzieję, że tym razem doczekam się nasion z tych dojrzałych owoców (śmiech). Więcej na https://www.facebook.com/kankafranka/?ref=br_rs

Grasz na niszowym instrumencie, którego nie można kupić normalnie w sklepie, nie jest produkowany seryjnie. Jak go zdobyłaś i w jaki sposób nauczyłaś się na nim grać?

To akurat był przypadek. Jak już trochę rozegraliśmy się z Dautenisem, Piotrek (Piotr Fiedorowicz – gitarzysta, wokalista, lider zespołu Dautenis -przyp. autora) powiedział, że jest ciekawy instrument do kupienia, który pozwoli mi grać we wszystkich tonacjach, bo wcześniej podgrywałam na małej diatonicznej harmoszce i zmuszeni byliśmy aranżować utwory tylko w jednej tonacji. Umówiliśmy się z handlarzem instrumentami w połowie drogi. On ruszył z Warszawy, my z Suwałk. Spotkaliśmy się w Łomży na przypadkowym parkingu, no i cóż, zaczęło się… usiadłam niczym specjalistka, zaczęłam przyciskać guziki, oczywiście kompletnie nie miałam pojęcia, co to za instrument i jak się na nim gra! ( śmiech). Pomarudziłam trochę, że jednak harmonia w gorszym stanie niż na obrazku itp. Zaryzykowałam i kupiłam to, wydając całe swoje oszczędności. No i cóż, po powrocie zasiadłam w domu z myślą „co ja najlepszego zrobiłam?! Wydałam całą kasę, jaką miałam odłożoną na jakiegoś starocia!!!” Ileż było nerwów, słów, których nie przytoczę.. .bo jak to możliwe, żeby dwie ręce grały i do tego jeszcze trzeba machać nogami. O, matko!!! Ale z uporem, powolutku zaczęło coś wychodzić. A teraz jak biorę na imprezach czyjś akordeon, tak na chwilę, by spróbować na nim zagrać, to mi nogi już automatycznie tupią, choć akordeon przecież nie ma miechów nożnych (śmiech).

Czy uczysz kogoś grać na swoim najukochańszym instrumencie? 

Przez ostatnie trzy lata uczyłam gry na harmonii ręcznej w Gminnym Ośrodku Sportu i Turystyki w Przerośli. Jeden z moich uczniów, 14-letni Kacper Jankowski z Rakówka, zdobył w tym roku II nagrodę w kategorii Mistrz – Uczeń na 53. Ogólnopolskim Festiwalu Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu. W 2008 roku w ramach stypendium Marszałka Województwa Podlaskiego uczyłam dzieci z Budy Ruskiej. Jedno z tych dzieci – Adrian Żukowski wyrósł na świetnego harmonistę, który obecnie gra razem z Piotrkiem (Fiedorowiczem – przyp. autora) w kapeli Chłopcy z Nowoszyszek. Bardzo mnie cieszy fakt, że energia, którą włożyłam w uczenie, nie została zmarnowana i że moi uczniowie odnoszą sukcesy, a nawet granie stało się dla nich sposobem na życie. 

Czy i kiedy założysz swój autorski zespół?

Tak, kiedyś założę (śmiech). Dużo się dzieje, a czasu ciągle mało, no i odwagi chyba też. Jeśli to nastąpi, na pewno będę się chwaliła.

Czy komponujesz? Możemy spodziewać się autorskiej twórczości Gosi Makowskiej? Jeżeli tak, to co to będzie? Styl, gatunek, jak byś chciała, aby to brzmiało?

Kusi mnie, by tradycyjny instrument zaistniał w innych odsłonach. Mam już pewien plan, ale jako folklorystka nie chcę zapeszać i póki co zawieszam czerwoną wstążkę na tym temacie, by nikt i nic uroku złego nie rzuciło (śmiech).

Pół roku temu „gruchnęła” w Suwałkach wieść, że będziesz grała z Jackiem Kleyffem! Jak spotkałaś tego artystę? Jesteście już po pierwszym koncercie w Warszawie.

Z Jackiem spotkałam się na jednej z imprez u Biebrzańskiej Wiedźmy, która organizuje w swojej „Stodole Snów” wspaniałe koncerty dla przyjaciół i sąsiadów. Jacek wówczas zagrał w duecie z cudowną wokalistką Nastą Niakrasawą. Koncert przypomniał mi czasy, kiedy to jako 16-latka, prawie całkowicie „zajeździłam” kasety z piosenkami Jacka. Moi znajomi, rodzeństwo chyba już mieli mnie wtedy dosyć, bo ja ciągle żyłam tymi piosenkami. Puszczałam na okrągło i śpiewałam je, gdzie się tylko dało. I podczas tego koncertu Jacek zauważył, że znam teksty na pamięć. Pogadaliśmy trochę, był też czas na śpiewy, a ktoś z naszych wspólnych znajomych zdradził, że gram na harmonii pedałowej. Jak tylko się o tym dowiedział, od razu obiecał, że kiedyś wspólnie zagramy i słowa dotrzymał.

A ja, gdy słuchałam dawniej tych kaset, nawet przez myśl mi nie przeszło, że będę miała okazję z Jackiem choć chwilę porozmawiać, a tu taki uśmiech od losu. Nadal w to nie wierzę…  

Jak się czułaś w trakcie koncertu? Czy to tylko jednorazowy pomysł? A może zamierzacie wydać wspólnie płytę, grać trasy? 

Koncert oczywiście przysporzył mi wiele stresu, bo co innego grać próbę, a co innego przed publicznością z tak wspaniałym artystą. Lęk przed nieznanym (śmiech). Ale po pierwszej piosence wiedziałam, że nas poniesie w dobrą stronę. Mimo pełnej koncentracji, zatrzymywałam się w myślach „jeju, to się naprawdę dzieje”!!! Właśnie gram i śpiewam razem z Jackiem, jego piosenki, TE piosenki, które były od rana do nocy na moich ustach, w mych myślach, na wszystkich ogniskach… Jak długo potrwa ta przygoda? Nie wiem. To raczej pytanie do Jacka. On jest kapitanem tego statku, a ja ogromnie cieszę się, że mogę choć na chwilę być w jego załodze. 

Za chwilę staniesz po raz drugi na scenie z Jackiem Kleyffem, tym razem w Suwałkach. Na zakończenie naszej rozmowy powiedz, jak tym razem czujesz się przed tym występem?

Oczywiście już mam stresa (śmiech) – właśnie dlatego, że gram w Rozmarino w Suwałkach. To przecież moje podwórko, a wiadomo, że na swoich „śmieciach” gra się najtrudniej. Będzie pełno moich znajomych, czuję presję i odpowiedzialność, ale jednocześnie wierzę, że fluidy życzliwych mi ludzi dodadzą mi skrzydeł i że tak jak w Warszawie już po pierwszej piosence będzie dobrze.

A ja wierzę, że już w pierwszej piosence będzie dobrze. Dzięki za rozmowę Gosiu, trzymaj się.

Dzięki, do zobaczenia siódmego w Suwałkach.

Koncert odbędzie się 7 września o godz. 19.30 w Rozmarino.

Już po zakończeniu wywiadu dowiedziałem się, że będzie też trzeci koncert Gosi Makowskiej z Jackiem Kleyffem, tym razem trio. Duet zasili Nasta Niakrasava. Warszawa – 13 września.

Dodaj komentarz