Walka z oznakami starzenia, ukrywanie defektów i podkreślanie atutów, to kwestie, które od początku cywilizacji absorbowały uwagę kobiet. Celem głównym było “oszukanie” mężczyzn. Świadomość wśród mężczyzn tego co jest naturalne, a co sztuczne była – i jest – ograniczona. Nie oznacza to jednak, że kwestią kobiecego piękna, nie zajmowały się umysły krytyczne.

Autorzy: Jakub Mikołajczuk i Wojciech Chmielewski

Trochę historii – Jakub Mikołajczuk:

Poeta i filozof Lukrecjusz z I wieku przed Chrystusem, napisał, że kobieca uroda to często złudzenie. Mężczyzn „namiętność bardzo często oślepia, każąc widzieć w kochance zalety, których nie ma”.

„U kobiety wszystko jest sztuczne, i słowa, i wygląd. Jeśli któraś z nich wydaje się piękna, jest to niewątpliwie efektem maści. Jej piękność zrobiona jest z mirry, farb do włosów i szminek. Gdy pozbawisz kobietę tych sztuczności, przypomina sójkę z bajki, którą odarto z jej piór” – napisał Achilles Tatios na przełomie II i III wieku.

Zeuksis z Heraklei, być może najwybitniejszy malarz grecki okresu klasycznego, miał umrzeć ze śmiechu, gdy szacowna staruszka, która zamówiła u niego obraz, zażądała, by posłużył się nią jako modelką przy tworzeniu wizerunku Afrodyty, bogini piękna…

Nie chodziło tylko o kosmetyki, misternie upięte fryzury i makijaż. Niejaki Ischomach z „Ekonomii” Ksenofonta skarży się, że żona staje przed nim w wysokich sandałach, by wyglądać na smuklejszą. Ischomach krytykuje ów podstęp przede wszystkim dlatego, że wspólnota małżeńska wyklucza oszustwo, bo przecież mężczyzna robiłby źle, gdyby kazał wierzyć żonie w majątek, którego nie posiada. Chyba żadna kobieta tą zasadą po swojej stronie nigdy się nie przejęła.

Moda damska przecież zawsze odsłaniała to, co wygląda korzystnie i chowała to, czym kobieta chwalić się nie chciała. A większość kobiet, nawet jeżeli nie znała stwierdzenia Plauta z przełomu III i II przed Chrystusem, że „kobieta bez makijażu jest jak jedzenie bez soli”, to intuicyjnie się z nią zgadzała. A to sprawiało, że w pogoni za pięknem były w stanie posunąć się do niemal wszystkiego.

Twarze malowano od czasów paleolitu, ale jak się wydaje, to w starożytnym Egipcie po raz pierwszy kobiety zaczęły stosowały makijaż, który przypominał dzisiejszy sposób poprawiania wyglądu. Pierwsze pomadki zawierały m.in. jad mrówek, który ujędrniał usta, czy pszczeli miód mający właściwości nawilżające i regenerujące. Tusz do rzęs był natomiast wykonywany za pomocą środków zawierających ołów. To szkodliwe, ale zapewniające pożądany, metaliczny połysk. Kolorowe cienie do oczu przygotowywano głównie na bazie tlenków metali. Malowano paznokcie i depilowano ciała. Spojrzenie pomalowanych miedzianym Udju lub ołowianym Masdametem oczu, wypięcie powiększonych od mrówczego jadu ust na gładkiej oraz pozbawionej przebarwień przez puder z ochry cerze – wystarczały, by oszukać większość mężczyzn co do swojego wieku i faktycznej urody…

Oczywiście na wszystko przychodził kres. Znany złośliwiec Marcjalis, poeta z I wieku, kpił z niemłodych matron rzymskich, że nadal depilują „okolice bikini”:

“Po cóż Ligejo, wyskubujesz sobie
wiekowe łono? Zostaw prochy w grobie!(…)
Będzie ci – myślisz – służyć za przynętę?
Coś, co już dawno zmurszało ze szczętem?
Wstydź się Ligejo, porzuć te zachody
i lwu zdechłemu nie podskubuj brody!”

Nie wiemy, jaki skutek przyniósł apel, jednak liczba odnajdywanych pęset oraz podań o substancjach na bazie smoły lub wosku do depilacji, świadczą o wielkiej popularności usuwania wszelkich włosów od szyi w dół. Skóra musiała być gadka i… jasna. Maści z odchodów krokodyla do rozjaśniania karnacji, podbiły serca mieszkanek wybrzeży Morza Śródziemnego. Stosowano też substancje na bazie mleka, a nawet kredy (wariant niskokosztowy). W Rzymie, tylko w kwestii łysienia, mężczyźni odpływali tak daleko jak panie w kwestii stosowania różnego rodzaju mikstur – jak tych na bazie suszonych myszy, palonych zębów koni i szpiku jelenia…

Gdy to nie pomagało, a nie pomagało – od najdawniejszych czasów sięgano po peruki. Słabe włosy, potrzeba ekspresji, czy po prostu moda, były powodem najczęstszym, ale bywało, że przyczyną była wstydliwa choroba. Król Polski Kazimierz Wielki, dla czeskiej mieszczki z Pragi, Krystyny Rokiczany, zostawił żonę i popełnił mezalians. Tylko po to, by niedługo po ślubie odkryć, że piękna żona ma nie włosy tylko perukę, a pod nią łysą od świerzbu głowę.

Jeżeli można było ukryć brak włosów, to przykry zapach z ust, maskowano nasionami kminku. Były potrzebne tym bardziej, że do wybielania zębów, stosowano… mocz.

Zresztą w różnych okresach historii różnie bywało z higieną… Jeżeli nie woda i mydło, to przykry zapach maskowały pachnidła. Na szczęście po barokowym „wodowstręcie”, ostatecznie i chyba już na stałe w drugiej połowie XIX wieku, mycie się wróciło do łask. Zniknęły więc maskujące skórne wykwity emalie.

Za to po staremu do podstawowych defektów skóry zaliczano piegi i pieprzyki, plamy i wypryski, wągry oraz czerwoność nosa. Przewodnik dla dam z 1842 roku podkreśla, że zapobiegać pojawieniu się piegów można, nosząc woalki, kapelusze lub parasolki, dzięki którym skóra twarzy nie jest bezpośrednio narażona na promienie słoneczne. Twarz powinno się myć za pomocą mleka migdałowego, ale tylko wieczorem. XIX wiek, wraz z rozwojem chemii i farmakologii, to okres pojawienia się licznych nowych kosmetyków, co otworzyło nowe możliwości walki z niedoskonałościami. Mimo że nie brakowało sceptyków, bo „mężowie nawet nabierają wstrętu do żon; widząc je okryte maskami na noc, w chęci okazania się piękniejszymi w dzień”.

Krótkie włosy i małe kapelusze po I Wojnie Światowej zdecydowanie utrudniały walkę z promieniami słońca. Problem ten zauważyła autorka „Podręcznika kobiety eleganckiej” pisząc, że „Kiedyś podobała się bladość i delikatność, dziś opalenizna i sportowość”.

Tak, zmierzamy do współczesności. Jesteśmy tu, gdzie Egipcjanki z epoki brązu, lubujemy się w kąpielach, pielęgnacji ciała i podkreślaniu urody makijażem. A kobiety, po staremu, są niezadowolone ze swojego wyglądu i dążą do nieosiągalnego z reguły ideału, zwykle podyktowanego aktualnie panującą modą.

https://www.youtube.com/watch?v=uS2JhJizn7E&t=12s

Z perspektywy psychologa – Wojciech Chmielewski: http://www.szkoleniacps.pl/

Zgodnie z wynikami badań przeprowadzonymi przez Agencję badawczą BioStat w dniach 21-22.12.2018 dotyczących kosmetyków i makijażu kobiet, wynika, że: 66% kobiet maluje się codziennie, 23% kobiet kilka razy w tygodniu, niewiele ponad 6% kobiet używa kosmetyków tylko na specjalne okazje.

Wiek respondentek w którym zrobiły swój pierwszy makijaż: 65,4% respondentek swój pierwszy makijaż zrobiło w wieku od 14 do 18 lat, 5% badanych zaczęło się malować jeszcze przed 14 rokiem życia, zaś 25,9% po 19 roku życia.

Zapytano również o ulubiony kosmetyk Polek.

Pierwsze miejsce wśród ulubionych kosmetyków Polek zajął tusz do rzęs – ten produkt wybrało aż 83,4% kobiet, 59,5% – wskazało na podkład, natomiast 26,5% na sypki puder do twarzy.

Dlaczego kobiety tak chętnie sięgają do korekcji swojej urody?

Do najczęściej podawanych argumentów zaliczamy: chęć podobania się sobie i innym, korekcja niedoskonałości cery, potrzebę podniesienia poczucia własnej wartości, poszukiwanie podziwu w oczach innych i zwrócenie uwagi płci przeciwnej. Jak mówi Keishi Saruwatari z firmy Kanebo dziennikowi The Daily Telegraph – makijaż to też mieszanka ambicji i dodawania sobie odwagi. Natomiast argumenty społeczne, to budowanie lepszych relacji z innymi, chęć zdobycia właściwego partnera do stworzenia rodziny i zapewnienia bezpieczeństwa przyszłemu potomstwu.

Oczywiście, nie bez znaczenia jest fakt promocji piękna, zdrowia i konsumpcjonizmu. Media społecznościowe, influencerzy czy celebryci kreują wizerunek „idealnej kobiety”, co sprawia, że coraz więcej kobiet porównuje się z promowanym obrazem i odczuwa potrzebę bycia „tą idealną”.

Sięgając głębiej natury upiększania lub korekty urody warto poszukać przyczyn w „mózgu” kobiety.

W zrozumieniu tego zjawiska pomocny okazał się zespół badawczy pod kierownictwem Dr Kena Mogi. Wspólnie zeskanowali mózgi badanych kobiet i analizowali aktywność tzw. jądra ogoniastego. Badania Japończyków wykazały, że stan oczekiwania kobiet na końcowy efekt makijażu zmienia biochemię w mózgu. W trakcie wykonywania makijażu, większość kobiet oczekuje poprawy wyglądu. Pod wpływem tych wyobrażeń aktywuje się obszar mózgu odpowiedzialny za uczucie przyjemności, czyli mózg zostaje nagrodzony falą dopaminy – inaczej hormonem szczęścia, wprawiającego w błogie uczucie przyjemności.

Z kolei antropolodzy szukając korzeni bycia piękną przedstawiają liczne teorie, dzieląc się swoimi badaniami.

Samo pojęcie piękna preferowane przez człowieka ewoluowało od milionów lat, jednak do tej pory atrakcyjność to kilka cech, które dużo mówią o zdrowiu i możliwości do rozmnażania się – jest to np. młodość, zdrowa skóra, piękne włosy, lśniące oczy, symetria w budowie ciała i twarzy. W obecnych trendach urody, kobiety często podkreślają atrybuty atrakcyjności seksualnej – powiększenie ust, lekki róż na policzkach, zarysowane oczy, podkreślenie brwi, uwydatnione piersi i pośladki. Tak uwydatnione i podkreślone atrybuty świadczą o podnieceniu i atrakcyjności seksualnej , która prowadzi do reprodukcji, a co za tym idzie – jest atrakcyjna i przyciąga partnerów do siebie. Oto kilka wniosków z badań: „Kobiety z pomalowanymi na czerwono ustami są uznawane za atrakcyjniejsze” (Stephen & McKeegan, 2010). „Mężczyźni częściej podchodzą w barach do kobiet z czerwonymi ustami, potem do tych z ustami w brązach, na końcu – z ustami różowymi” (Guéguen, 2012).

Z kolei podkreślone oczy (Mulhern i inni, 2003), to sygnał do innej kobiety, że jestem bardziej atrakcyjna i będę konkurować z Tobą. Róż na policzkach to sygnał wysyłany do nieświadomości partnerów jako znak owulacji i podniecenia. Kobieta z lekkim rumieńcem wydaje się być atrakcyjniejsza od innych kobiet z pergaminową cerą. Generalnie, makijaż ma pokazywać otoczeniu, że kobiety są młode i zdrowe, czyli płodne. Natomiast mężczyźni nie muszą pokazywać swojej płodności, gdyż ich płodności trwa dłużej niż u kobiet, ich wysiłek musi być kierowany w stronę siły i budowania poczucia bezpieczeństwa kobiecie i potomstwu (Buss, 1988). Samice spełniają więc biologicznie nieporównanie ważniejszą rolę niż samce, są swego rodzaju zasobem, o którego zdobycie trzeba szczególnie zabiegać i walczyć.

Na koniec można zacytować słowa prof. Bogusława Pawłowskiego – antropologa: „W drodze ewolucji, kobiety uzależnione zostały od swych partnerów, i aby ich zdobyć, musiały ich jakoś ze sobą związać, i to na długo. Jak? Poprzez swą seksualną atrakcyjność i trwałość związku zapewnianą przez dwa nowe i rzadkie wynalazki: skrytą owulację i stałą gotowość na seks. No i urodę. Pojawiło się nieznane dotąd uczucie – miłość, i nowy, specyficzny wzorzec piękna, który określić można jako wzmocnienie dziecięcych cech anatomii i zachowań. Gładka, bezwłosa skóra, małe nosy, duże oczy, wysoki tembr głosu to cechy wyzwalające u osobników dorosłych uczucia opiekuńcze. Chcąc zyskać męską opiekę, kobiety „zdziecinniały” – ich dzisiejsza pedomorfia byłaby więc ewolucyjną odpowiedzią na warunki, które uzależniły ludzkie samice od samców, a nie tylko odwrotnie.

Niewygasłym dziedzictwem poligamii w naszym gatunku jest zatem system zalotów i konkurencji między mężczyznami o kobiety, a także specyficznie męski typ urody, oparty na kanonie siły, stanowczości i zdecydowania. Całkiem nowym i zarazem głęboko ludzkim atrybutem byłaby zaś uroda kobiet, powstała jako próba narzucenia monogamii na tę biologicznie starszą, poligamiczną strukturę. Ofiarowując swą urodę (i całą biologiczną atrakcyjność, która za nią stoi) jako długotrwały element stałego związku, kobieta wzbogacałaby go o nowy, oryginalny element dwustronnego i rozciągającego się na liczne sfery ich wspólnego życia uczucia. Obie płcie stały się więc dla siebie atrakcyjne, obie też – tu Darwin chyba się nie mylił – selekcjonowały się nawzajem.”

Dodaj komentarz