Czy codzienność może być atrakcyjnym tematem książki? Takie pytanie pojawiało się w mej głowie kilkukrotnie podczas lektury kolejnej książki sygnowanej wydawnictwem Paśny Buriat. Mowa oczywiście o publikacji Artura Ziontka Stałem nago na progu domu. Opowiadania. Recenzowana pozycja to kolejna – tym razem zamieszczona w szeregu pod numerem czwartym, odsłona serii „Proza ze ściany wschodniej” zaproponowanej przez wydawcę – Piotra Brysacza.
Próba odpowiedzi na tak postawione pytanie oczywiście od samego początku obarczona błędem. Ten natomiast rośnie i dojrzewa z każdym nowym argumentem przemawiającym „za” bądź „przeciw”. Szanując zwolenników jednej i drugiej strony proponowanej odpowiedzi pozostaje mi stanąć niejako na tytułowym progu i może nawet trochę nieumiejętnie balansować między potwierdzeniem i zaprzeczeniem. Z perspektywy opisu rzeczywistości współczesnej czytelnikowi, dodatkowo w odniesieniu do wspólnych kontekstów kulturowych łatwiej jest mi wskazać na nieatrakcyjność tematu. W dobie tak obszernego przepływu informacji, których aktualność mierzona jest co najwyżej godzinami, opowiadanie o kolejnych dniach bohaterów wydarzeń, z których żaden nie jest jakoś wyjątkowy czy niepowtarzalnie atrakcyjny, jest po prostu nudne. Z drugiej jednak strony, jeżeli potraktujemy każde z opowiadań jako oddzielny niejako samobytny epizod z życia bohaterów, można pokusić się na wydobycie wśród słów konkretnych obrazów, wrażeń, uczuć, emocji. Prowadzona przez autora narracja językowa, odpowiadająca konwencji czasu minionego, ale nie jakiejś odległej historii, tylko perspektywy co najwyżej minionych pięćdziesięciu lat, pozwala zbudować wyobrażenie swojskości. Gdy do tego dołożymy – bez mała scenograficzne opisy przestrzeni, wówczas może się wydawać, że powzięty przez autora koncept jest nie dość, że kompletny, to dodatkowo atrakcyjny.
Troszkę się rozgadałem, ale balansowanie między zachwytem nad tą książką, a uczuciem straty czasu, sił i środków nawet teraz – pisząc tę recenzję – nie skłania mnie ku dokonaniu konkretnego i ostatecznego wyboru. Z czegóż zatem utkana jest opowieść Artura Ziontka? Ano są to trzy pozornie samodzielne (samoistne?) opowiadania. Pierwsze zatytułowane Dzień z życia Alfonsa, drugie Naczelnik zaginionych listów, trzecie Babcia Helcia. Każde z nich dotyczy fragmentu życia konkretnej osoby, których działania mają miejsce w konkretnym odcinku czasu i w konkretnej przestrzeni. Z treści każdego opowiadania można wywnioskować, że wydarza się gdzieś na wschód od Wisły, ale nadal w miejscu, skąd do tego prawdziwego nadbużańskiego krajobrazu daleko. Wydaje się, że w treści pojawiają się Siedlce i okolice Mazowsza stykającego się z południowym Podlasiem, choć może to tylko moje wyobrażenie, sprytnie inspirowane słowami autora. Przecież gdyby tylko troszkę zmienić imiona bohaterów, to z podobnymi sytuacjami, jak te opowiedziane przez Ziontka, moglibyśmy podróżować – przynajmniej palcem po mapie Świętokrzyskiego, Podkarpacia, a może nawet Śląska Cieszyńskiego, czy Pomorza.
Pierwsze opowiadanie to emocjonalna podróż do świata Alfonsa Przymuszały – mistrza grzebienia i nożyczek, którego lokalny Kosowski zakład fryzjerski stanowi punkt kontaktowy między światem lokalnym, a tym wielkim, odległym, zachodnioeuropejskim. Uporządkowanie i wyjątkowy pedantyzm mistrza Alfonsa w jego samomyśleniu ma charakter bez mała misyjny, by dać szansę lokalnej klienteli poczuć się jak w gwiazdy. Skrupulatnie prowadzony przez niego dziennik staje się wyjątkowym diariuszem, który według stylisty w przyszłości będzie bezcennym świadectwem minionej epoki. Podobnie zresztą jak i sam zakład fryzjerski opatrzony samodzielnie wykonanym szyldem o treści Alfons Przymuszała, Friseur. Przyjmuje za dnia miał być świadectwem historycznych aspiracji Kosowa wobec przyszarzałej i przykurzonej współczesności. Artur Ziontka zabierając czytelnika w podróż do świata Alfonsa Przymuszały, obdarza go – oprócz doznaniami zmysłowymi, także wniknięciem w duchowość bohatera, jego rozterki, uczestnictwo w niewypowiedzianych potyczkach słownych, wprost w obrazie świata zbudowanym na podstawach nieukrywanej samotności, tęsknoty i marzeń.
Drugie opowiadanie dotyczy rozterek życiowych Bartosza Dudka nowo mianowanego naczelnika poczty, który przyjmując wyzwanie prowadzenia punktu pocztowego, musiał porzucić dotychczasowe i chyba przewidywalne życie, na rzecz uporządkowanego, a może nawet usztywnionego żywota urzędniczego. Coś jakby niespodziewany Awans widziany oczami Redlińskiego, tylko przeniesiony do końcówki lat siedemdziesiątych XX wieku.
Silnym akcentem ilustrującym tę zmianę jest opowiedziana przez Artura Ziontka scena, w której centrum jest znany nam wszystkim – proszę o wybaczenie młodszych czytelników – saturatorem, który władcza korpulentna Pani Krystyna Malińska wystawiała na skrzyżowaniu głównych ulic Siedlec, sycąc źródlaną wodę gazem z domieszką soku w kolorze żółtawo-zielonym albo czerwonym. „Wielkomiejskie” praktyki zbijają się w opowieści z przemyśleniami wieżo upieczonego urzędnika z teczką, utrwalając w nim poczucie zmiany statusu społecznego. Klamrą zamykającą tę historię jest próba samodzielnego i odpowiedzialnego podjęcia przez naczelnika punktu pocztowego ważnej decyzji o odszukaniu zaginionych listów, która – jak można się domyśleć z prowadzonej przez autora narracji – jest sprytnie ukutą satyrą na naiwny idealizm bohatera.
Opowieść trzecia dotycząca Babci Helci zaintrygowała mnie najbardziej. W tej autor powziął – tak myślę – chęć uczestnictwa w opisywanych wydarzeniach. Już sam tytuł wzbudził we mnie – wnuku osobistej Babci Heleny, pewne ciepłe emocje. Z zainteresowaniem prześledziłem swoistą konfrontację światów wielkiej nowoczesności z upapraną błotem codzienności i wszechobecnym lokalnym bezosobowym imperatywem „Niech”. Główna bohaterka Helena Kornowska będąca niczym szara eminencja, rozgrywająca szamanka, Oko opatrzności, mądrość odwieczna i wszystko to, co przynajmniej słowami może ją przybliżyć do absolutu, władająca życiem i potrawami, które w centralnej Polsce uchodziły za zakazane była władna wyzwolić najgłębiej skrywane wspomnienia, marzenia i obawy. Wszystkie opisywane przez autora sceny przez wypowiedzianą lub jedynie pomyślaną bliskość Babci miało w sobie jakiś element pochodzący z innego świata, albo choćby z innego wymiaru.
Zastosowany tu zabieg stylistyczny z każdą przeczytaną linią tekstu otwierał przede mną kolejne przestrzenie wspomnień. Słowa, które Artur Ziontek włożył w usta Babci Helci, jawiły mi się jakby były skierowane do mnie osobiście, pozwalając mi – współczesnemu czytelnikowi poczuć się swojsko i porwać się w stymulowaną opisem wrażeń gastronomicznych podróż do (własnego?) dzieciństwa, przenikniętego przeszłością mniej i bardziej odległą. Na poły nieracjonalne, a może nawet dalekie od jakiejkolwiek rozsądkowej klasyfikacji obrazy szczerze mnie urzekły, pozostawiając zachętę do dalszych wielowymiarowych rozważań.
Książka Artura Ziontka Stałem nago na progu domu. Opowiadania to pozycja wymagająca od czytelnika czasu. Pierwsze czytanie jest tylko wstępem do treści zapisanej literalnie na kolejnych stronach, wyzwalającym cały proces retrospektywy. Podczas drugiego czytania warto mieć tuż obok choćby niewielki notatnik i ostro zatemperowany ołówek, by wśród podanej literackiej treści – niejako między wierszami, wyczytać swoje własne opowiadanie utkane ze skrawków kontekstów.
Zachęcam do lektury.

Artur Ziontek
Stałem nago na progu domu. Opowiadania
Wydanie I
Suwałki 2024
Wydawnictwo Paśny Buriat
ISBN: 978-83-971524-9-6
ss. 194.











