Dokładnie sto lat temu, 26 sierpnia 1926 roku, ks. Stanisław Szczęsnowicz poświęcił drewniany kościół w Podżylinach i odprawił w nim pierwszą mszę. Dziś, w setną rocznicę tamtego dnia, nasza redakcja rozmawia z Krzysztofem Snarskim z Muzeum Okręgowego w Suwałkach o książce jego autorstwa „Ja zbuduję Tobie kościół. Podżyliny 1926 – Żyliny 2026″. To jeden z ważniejszych elementów jubileuszowych obchodów stulecia świątyni.
Tytuł nie jest w tym przypadku metaforą. Wziął się z konkretnej obietnicy. Ksiądz Szczęsnowicz miał powiedzieć swojej ciotecznej siostrze, mieszkającej w Podżylinach, że skoro ma tak daleko do kościoła, a jej dzieci chorują, to on zbuduje jej świątynię bliżej. Słowa dotrzymał – i tak z osobistej deklaracji podczas rodzinnego spotkania narodziła się nowa parafia.
Postać fundatora to zresztą osobny rozdział lokalnej historii. Ks. Szczęsnowicz był proboszczem suwalskiej parafii św. Aleksandra i dziekanem suwalskim, a przede wszystkim czynnym działaczem niepodległościowym: zasiadał w Tymczasowej Radzie Obywatelskiej Okręgu Suwalskiego, a jako poseł na Sejm Ustawodawczy zabiegał o włączenie Suwałk i Suwalszczyzny do odrodzonej Polski. Dzięki jego pozycji, młodej parafii łatwiej było o wyposażenie i sprzęty liturgiczne, które pozwoliły jej rozwinąć skrzydła.
Kościół z rozbiórki koszar
Świątynia w Żylinach jest drewniana i ma nietypową „metrykę budulca”. Powstała z materiału pochodzącego z rozbiórki koszar wojskowych w Suwałkach — na początku lat 20. XX wieku miejskie koszary przebudowywano z drewnianych na murowane, a odzyskane drewno zyskało drugie życie w wiejskim kościele. Samą budowę, jak podaje autor, prowadzili staroobrzędowcy z pobliskiego Aleksandrowa.
Parafię wydzielono z trzech sąsiednich — suwalskiej, raczkowskiej i bakałarzewskiej. W zachowanych dokumentach widać dwa głosy: z jednej strony radość, że mieszkańcy będą wreszcie mieli własny kościół, z drugiej — listy pełne wątpliwości, po co komu świątynia w Żylinach, skoro do Bakałarzewa jest zaledwie osiem kilometrów.
Historie, historie, historie…
Największa siła książki tkwi w drobnych, ludzkich opowieściach, takich, które czasem puszcza się mimo uszu, a które dr Krzysztof Snarski cierpliwie wydobył z archiwów i parafialnej kroniki.
Jest wśród nich historia „dębu Napoleona” na terenie parafii, który po burzy niemal się rozpadł, a mieszkańcy – na prośbę księdza – zwieźli kilka wozów ziemi i cegieł i odbudowali uszkodzenia. Dąb, pod którym miał podobno odpoczywać sam cesarz, stoi do dziś i ma się całkiem dobrze.
Jest w książce również poruszający wątek rodziny Wincentego i Jakuba Szyłaków, którzy przekazali swoje pole na rzecz parafii. W podzięce biskup zarządził trzydziestoletnie nabożeństwo w ich intencji — przez trzy dekady kolejni proboszczowie w wyznaczone dni mieli modlić się za ofiarodawców.
Wreszcie znajdziemy tam i wzmiankę o ks. Mieszczańskim, proboszczu przez blisko dwadzieścia lat, który tak troszczył się o parafian, że gdy ci — zajęci gospodarstwem — nie mogli dotrzeć do kościoła, sam wsiadał na rower i jechał do nich. Do roweru miał przymocowaną tabliczkę: „mobilny konfesjonał”.
Tego rodzaju szczegóły parafia skrzętnie notuje od lat. Kronika liczy już dziewięć tomów i zapisuje wszystko, co uznano za ważne, począwszy od zmian w świątecznym wystroju i dekoracjach, przez intencje, skończywszy na liczbie przyjętych komunii.
Organy Biernackiego i fenomen małej parafii
Osobne miejsce w książce zajmują organy, ośmiogłosowy, pneumatyczny instrument z fabryki Wacława Biernackiego („Fabryka Organów Wacław Biernacki. Warszawa–Wilno”), zainstalowany w podżylińskim kościele w 1930 roku. To ten sam warsztat, którego instrumenty grają m.in. w Krynkach, Różanymstoku, czy pobliskich Wiżajnach, trop, który raz jeszcze wpisuje Żyliny w szerszą mapę regionu. Podczas wojny organy niemal całkowicie zniszczono; odbudowano je dopiero w 1964 roku staraniem ks. Kazimierza Staniszewskiego.
Najbardziej zaskakuje jednak inna liczba, którą przytacza obecny proboszcz. Parafia liczy około 700 wiernych, a rocznie udziela się w niej blisko 30 tysięcy komunii. – To znaczy, że świątynia przyciąga ludzi z daleko poza swoimi granicami — trochę na wzór sanktuarium – komentuje dr Krzysztof Snarski. Na Boże Narodzenie odprawiane są tu aż trzy pasterki i organizowane dodatkowe parkingi, bo chętnych nie sposób pomieścić inaczej. W tym fenomenie autor dostrzega i potrzebę modlitwy w kameralnej, wiejskiej parafii, i charyzmę księdza proboszcza, który potrafi ludzi przyciągnąć.
Od łowców reniferów do jubileuszu
Choć w centrum stoi kościół, książka sięga znacznie dalej wstecz, aż po pierwszych osadników, którzy przybywali na Suwalszczyznę wraz z ustępowaniem lodowca, przez Jaćwingów i późniejsze fale kolonizacji puszczańskich terenów. Dzięki temu stulecie żylińskiej świątyni czyta się nie jako oderwaną od czasu i historii subregionu datę, lecz jako kolejny rozdział znacznie dłuższej opowieści o tej ziemi.
Publikacja ukazała się staraniem parafii oraz gminy Suwałki. Co ważne – nie trafi do regularnej sprzedaży. Egzemplarze można otrzymać w parafii, gdzie dysponuje nimi ks. Krzysztof Żbikowski oraz w Urzędzie Gminy Suwałki. W niedzielę część nakładu rozdano wiernym po mszy — i, jak relacjonuje autor, chętnych nie było mało.
Jeśli chodzi o historię parafii – wiele jeszcze przed nami. Część dokumentów, zwłaszcza archiwalnych, wciąż czeka na ujawnienie. – Kto wie, ile jeszcze tajemnic kryje żylińska parafia dla tych, którzy za sto lat siądą do kolejnej monografii – zastanawia się K. Snarski.

