Rozmowa z Krzysztofem Koseckim, kowalem – podkuwaczem
Czasy, gdy kowal kuł podkowy ręcznie, minęły bezpowrotnie. Teraz „końskie obuwie” zamawia się w hurtowniach. W XXI wieku to podkuwacz dojeżdża do swojego czworonożnego „klienta”, a w samochodzie ma całą kuźnię – najpotrzebniejsze narzędzia czy nawet piec do wypalania podków. Nie zmieniło się jedno – dobry kowal starannie wykonuje swoją pracę i stara się zrozumieć konie. Partacze nie mają czego szukać w tej branży, bo tu „markę” trzeba wyrabiać latami.
W dzisiejszych czasach można pracować jako key account, product manager, vanseller, supervisor. Pan jest kowalem. Przed naszym spotkaniem zastanawiałam się, co trzeba zrobić, żeby podjąć pracę w tym zawodzie?
Krzysztof Kosecki: Trzeba kochać konie. Moja pasja zaczęła się w 1994 roku, w XV Pułku Ułanów Poznańskich. Poznań to moje rodzinne miasto – tam właśnie zacząłem jeździć konno. W 2004 roku przeprowadziłem się do Siedlec. Ożeniłem się i zacząłem szukać pracy. Pomyślałem wtedy, że może warto byłoby znaleźć zajęcie związane z końmi. I tak zrobiłem kurs podkuwacza w Jaszkowie. Kurs podstawowy trwał 3 miesiące, zakończył się egzaminem. Potem była już tylko praca u klientów, zdobywanie klientów i dokształcenie się podczas dodatkowych szkoleń. Uczyłem się w czeskim Jaromierzu i w Gdańsku.
Skoro są kursy, są pewnie i certyfikaty?
K.K.: Tak, po kursie podstawowym podkuwacze otrzymują certyfikat poświadczający umiejętność wykonywania tego zawodu.
Czy w Polsce jest wielu profesjonalnych kowali?
K.K.: Około 140-150.
To dużo w stosunku do potrzeb?
K.K.: Certyfikowanych podkuwaczy tak naprawdę jest niewielu. Samouki psują nam renomę. Znam kilka przypadków, gdy samouk przyjechał do stajni i wystawił negatywną ocenę pracy profesjonalnemu kowalowi. A w tym zawodzie na swoją markę pracuje się latami.
Zdarzyło się, że ktoś zażądał od Pana certyfikatu?
K.K.: Bywają i takie sytuacje, ale głównie w ośrodkach jeździeckich i szkołach, czyli w miejscach, gdzie jest dużo koni.
Co dają Panu kursy? Po tylu latach w zawodzie jest jeszcze coś, co może Pana zaskoczyć?
K.K.: Nigdy nie uważałem się za doskonałego podkuwacza. Cały czas muszę się dokształcać. Uczęszczam na kursy, który odbywają się kilka razy w roku. Zdarza się, że jadę drugi raz na to samo szkolenie i dowiaduję się czego nowego. W podkownictwie też są postępy. Zazwyczaj dotyczą podków, wkładek i maszyn. W tym zawodzie jest tak, że kowale często oceniają się wzajemnie. Świat koniarzy jest tak mały, że opinia o kowalu jest święta. Każdy z nas pracuje od wielu lat na swoje dobre imię, bo nie od razu zdobywa się złote góry.
Od czego zaczyna Pan swoją pracę?
K.K.: Najpierw przyjmuję zgłoszenie od klienta Pytam wtedy, czy koń jest sportowy, czy rekreacyjny lub pociągowy. Jeśli to koń sportowy, to dopytuję, w jakiej dyscyplinie startuje. Dopiero wtedy jestem przygotowany. Wiem, jaki sprzęt i materiał mam zabrać. Podkowy w każdej dyscyplinie są inne. Kiedy już docieram do klienta, oglądam ruch konia i kształt kopyt. Potem biorę się do pracy.
Co jest podstawowym narzędziem pracy kowala?
K.K.: Zaskoczę Panią. Podstawowym narzędziem kowala są ręce. Muszą być mocne, tak samo jak nadgarstki. W tej pracy jest dużo wycinania nożami podeszwy kopyt i przycinania kopyt. Ważny jest kręgosłup i nogi, bo po 10 latach takiej pracy strasznie siadają stawy kolanowe i zaczynają się problemy z kręgami.
Ćwiczy Pan dodatkowo? Jeździ Pan konno?
K.K.: Nie mam na to czasu. Owszem, mam swojego konia, ale znajduje się on w pensjonacie. Rzadko do niego zaglądam.
W Pana samochodzie są narzędzia, które można zobaczyć w profesjonalnym warsztacie. Nie tylko kowadła potrzebuje kowal?
K.K.: Kucie koni nie polega wyłącznie na przybiciu podkowy. Zdarzają się konie, które trzeba kuć ortopedycznie. Są wtedy potrzebne spawarki i piec do kucia na gorąco. Zestaw narzędzi podstawowych – bez kowadła – może kosztować nawet 1500 złotych.
A ile waży kowadło?
K.K.: Moje – 45 kilogramów.
Niektóre z Pana narzędzi przypominają ogromne pilniki do paznokci.
K.K.: Nie tylko Pani ma takie skojarzenia. Właścicielki koni często śmieją się, że używam trochę większego pilniczka niż kosmetyczki.
Jest Pan doświadczonym kowalem. Ile czasu zajmuje Panu podkucie konia?
K.K.: Czas jest ustalony z góry. Kucie przednich kopyt zajmuje 40 minut. Rozczyszczanie 15 minut. Kucie 4 kopyt to 1 godzina i 40 minut. Zawsze jednak uważałem, że nie ma sensu się spieszyć. To jest zwierzę. Trzeba je podkuć starannie. Podkuwanie konia zależy tak naprawdę od samego konia. Jedno zwierzę stoi spokojnie, inne szybko się denerwuje lub nudzi. Co ciekawe, dawniej to właściciel trzymał nogę koniowi, teraz robią to kowale. Moim zdaniem bez właściciela przy boku konie są grzeczniejsze.
Sporo się zmieniło w Pana zawodzie. Skąd teraz bierze się podkowy?
K.K.: Era wykuwania podków już minęła. Teraz w Polsce funkcjonuje kilka hurtowni, do których podkowy przyjeżdżają najczęściej z Francji albo z Włoch.
Jakie rozmiary mają podkowy?
K.K.: Od 6×0 do 6. Pod uwagę bierze się szerokość i długość kopyta.
A Harnaś jaki nosi rozmiar?
K.K.: Ten konik nosi zerówki.
Wspomniał Pan na początku naszej rozmowy, że mieszka Pan w Siedlcach. To spory kawałek od Suwałk. Dużo Pan podróżuje?
K.K.: Przyjmuje zlecenia z różnych części kraju. Niestety, największy problem w tej pracy to ciągłe dojazdy, bo drogi są w fatalnym stanie. Pokonuję nawet 400 km dziennie w jedną stronę, aby dojechać do klienta.
Pracuje Pan też za granicą?
K.K.: Bywam na Litwie, ale zazwyczaj nie kalkulują mi się dalsze podróże.
Często Pan przyjmuje zlecenia na Suwalszczyźnie?
K.K.: Jestem tu nawet 4 razy w miesiącu.
Ile koni w ciągu dnia jest Pan w stanie podkuć?
K.K.: To zależy od koni. Zdarzało się, w ciągu dnia rozczyszczałem 30. Nie ukrywam, że to kwestia wprawy. Czasem pracuję też w nocy.
Zdarzają się wypadki w tej pracy?
K.K.: Oj, tak. Niejednokrotnie zdarzało się, że moja skrzynka z narzędziami była połamana. Czasami rany musiałem leczyć przez miesiąc. Kiedyś, podczas przybijania podków, koń się spłoszył i przebiłem palec gwoździem na wylot. Koń to tylko zwierzę, stoi spokojnie do czasu. Trudniej jest, gdy koń zapamięta krzywdę i kowal w ogóle nie może do niego podejść. Wtedy trzeba działać sposobem lub z pomocą właściciela. Czasem wzywa się też weterynarza, który daje koniowi „głupiego Jasia”.
Pracuje Pan wyłącznie sam?
K.K.: Wchodziłem na rynek sam. Teraz pracuję z kolegą. Od czasu do czasu pomagam mu, dzielimy się zleceniami. Ludzie dziwią się, że jako kowale współpracujemy. Zazwyczaj jest tak, że każdy każdemu rzuca kłody pod nogi.
A jak reaguje rodzina na Pana tryb pracy?
K.K.: Żona już się przyzwyczaiła do moich częstych wyjazdów. Najgorzej jest z dziećmi. Nie chcą mnie wypuścić z domu. Czasem zabieram dzieci ze sobą, ale wtedy zamiast pracy, muszę zajmować się ich pilnowaniem – to 2-letnie bliźniaki.
Dziękuję za rozmowę.
Na zdjęciach: Krzysztof Kosecki i Harnaś.











