- Reklama -

Nie tylko śladami Darwina

 

Suwalczanin Wojciech Rusanowski – trzeci oficer na statku „Stad Amsterdam” opowiada o swojej pracy i wyprawie śladami Darwina.

Rejs śladami Darwina miał miejsce dwa lata temu, ale to od niego zaczniemy naszą rozmowę. W 2009 roku uroczyście obchodzono 200. rocznicę urodzin Karola Darwina. Specjalnie zorganizowana ekspedycja złożona z naukowców przemierzyła tę samą trasę, co niegdyś badacz, tyle że na innym statku. Jak udało Ci się wziąć udział w tym projekcie?

Wojtek Rusanowski: Rejs śladami Darwina to był projekt holenderskiej telewizji. W wyprawie uczestniczyła też grupa biologów. Darwin płynął statkiem „Beagle”, my „Stad Amsterdam” , który jest 80-metrowym kliperem. Żegluję na tym statku jako członek załogi stałej. Grupa naukowców i ekipa telewizji przebywały na statku przez 9 miesięcy. Z tym, że i naukowcy, i ludzie z telewizji zmieniali się co jakiś czas. Na kilka miesięcy statek stał się małym studiem, odwiedzającym miejsca, do których wcześniej dotarł Darwin. Telewizja nadawała ich materiały na żywo.

Skąd wypłynęliście?

W. R.: Wypłynęliśmy z Plymouth, stamtąd do Brazylii, potem przepłynęliśmy Cieśniną Magellana i dotarliśmy do Wysp Galapagos i do Australii. Byliśmy też na Mauritiusie. Ja płynąłem na statku tylko przez 2 ostatnie miesiące wyprawy.

Jakie były efekty tej wyprawy?

W. R.: Powstał serial telewizyjny emitowany przez VPRO. To holenderska telewizja publiczna. W efekcie zrealizowane zostały naukowe materiały, ale i ciekawe sceny, np. przy sztormowej pogodzie. Oprócz realizacji projektu dziennikarze prowadzili żurnal pokładowy – to był prezent od telewizji dla załogi „Stad Amsterdam”. Na statku każdy miał swoje zadania, ale przy tej okazji dobrze się razem bawiliśmy.

Ile osób pływa na „Stad Amsterdam”?

W. R.: 35 osób załogi. Możemy zabrać na pokład do 65 pasażerów. W trakcie projektu 4 pierwsze kabiny były studiem telewizyjnym, gdzie montażyści na bieżąco robili program. Był to wielomilionowy projekt.

A kiedy zdążyliście nakręcić klip?

W. R.: Stało się to w ostatnim tygodniu przed dopłynięciem do Cape Town w Afryce. Mieliśmy trochę wolnego czasu, ekipa telewizyjna miała już skończony materiał, więc pomyśleliśmy, że jej członkowie mogliby zrobić coś dla nas. Klip zrealizowaliśmy „na wariata”. Na pewno można było zrobić to trochę lepiej.

[pro-player]http://www.youtube.com/watch?v=Yot4W8qmuWg&feature=youtu.be[/pro-player]

Jesteś członkiem załogi „Stad Amsterdam”. Jaki to statek?

W. R.: To statek, który można wynająć i popłynąć na dłuższe wakacje. Z tej możliwości korzystają zwykle bogaci ludzie.

Czym różnił się rejs śladami Darwina od turystycznych podróży?

W. R.: Rejs śladami statku „Beagle” był niesamowitym przeżyciem. Do pływania z pasażerami jesteśmy przygotowani i przyzwyczajeni, a wtedy prawie przez rok na statku nie było pasażerów.  Stworzyliśmy jeden wielki team, realizowaliśmy wspólny projekt i odpowiadaliśmy za to, żeby statek dopłynął bezpiecznie do kolejnego punktu wyprawy. Zazwyczaj działam bardziej usługowo.

Które miejsca podczas rejsów turystycznych odwiedzasz najczęściej?

W. R.: W sezonie letnim i jesiennym pływam na Morzu Północnym i Bałtyku. Zimą płyniemy zwykle na Karaiby. Wczesną wiosną przepływamy na Morze Śródziemne. Rejs śladami Darwina był jak na razie jedynym takim projektem i zarazem świetną promocją statku. Niedługo być może będzie kolejny ciekawy projekt. Podobno szkoła w Omanie buduje kliper podobny do naszego. Nowa załoga szkolenie miałaby odbyć na „Stad Amsterdam”.

Jak trafiłeś na „Stad Amsterdam”?

W. R.: Kiedy byłem młody, nie bardzo wiedziałem, co mogę ze sobą zrobić. Poszedłem do Akademii Morskiej, wierząc, że romantyzm morza nadal istnieje. Już na samym początku dowiedziałem się, że żeglowanie to nie to samo, co kiedyś. Mój entuzjazm trochę osłabł, ale zdecydowałem się poczekać od końca pierwszego roku i popłynąć „Darem Młodzieży” na praktykę. Miałem do wyboru tankowce i statki handlowe, ale już wtedy przekonałem się pływanie na żaglowcach to coś, co mnie fascynuje.

Jak wygląda ścieżka kariery po szkole morskiej?

W. R.: Na studiach dwa razy pływaliśmy na „Darze Młodzieży”. W sumie na statku spędziłem 3 miesiące. Aby zostać żeglarzem, trzeba pływać o wiele więcej – mimo że już po ukończeniu Akademii Morskiej dostaje się dokumenty uprawniające do tego, żeby być „driverem” na statku [śmiech]. W trakcie studiów odbywaliśmy też praktyki. Każdy z nas musiał znaleźć firmę, w której mógł trochę popływać jako kadet. Ze mną było trochę inaczej. Po drugim roku uczestniczyliśmy w międzynarodowych regatach. Tam właśnie zobaczyłem „Stad Amsterdam”. To piękny statek, jedyna jednostka, która przypomina klipery z XIX wieku. Chief officer oprowadził mnie wtedy po „Stad Amsterdam” i prawie rok później napisałem do firmy w sprawie praktyk. Odpowiedź dostałem po 7 tygodniach. Zostałem poinformowany, że za tydzień mogą mi przesłać bilet lotniczy. Byłem zaskoczony. W dodatku nie znałem tam nikogo. W tej branży jest tak, że znajomy często poleca znajomego. Po praktyce wróciłem na rok do szkoły. Odbyłem rejs jako bosman jachtowy na „Darze Młodzieży”, czyli już w załodze stałej. Do dzisiaj wspominam to bardzo ciepło. Na „Stad Amsterdam” pojawiłem się dwa miesiące przed zakończeniem rejsu śladami Darwina.

Jak wspominasz początki na „Stad Amsterdam”?

W. R.: Od samego początku było cudownie. Znalazłem się wśród członków międzynarodowej załogi.

Jesteś tam jedynym Polakiem?

W. R.: Na razie tak, ale spodziewam się koleżanki z Polski. Chyba wcześniej pływała na „Pogorii”. To będzie kolejny polski akcent na „Stad Amsterdam”. Zdarzało się, że pływali ze mną koledzy, ale  tylko przez miesiąc lub półtora, kiedy trzeba było nam pomóc. Bywają na statku okresy, gdy nie ma wszystkich członków załogi.

Jak długie rejsy odbywasz na „Stad Amsterdam”?

W. R.: Pływam przez 5-6 tygodni. Potem na kilka tygodni wracam do domu.

Jaką funkcję pełnisz na „Stad Amsterdam”?

W. R.: [śmiech] Nie wiem, czy to jest istotne, ale jestem trzecim oficerem. Zaczynałem tam jednak od zera.

Jakie zadania ma trzeci oficer?

W. R.: Trzeci oficer odpowiada za środki ratunkowe, za sprzęt przeciwpożarowy i pilnuje tego, żeby inspekcja wypadła pomyślnie. Drugi oficer odpowiada za cały mostek i sprzęt nawigacyjny oraz cały sprzęt, który się na nim znajduje, czyli komputer, radio, odbiornik GPS i radar. Pierwszy oficer z kolei zajmuje się „papierami”, załogą i pasażerami, także sprawami celnymi, zdrowotnymi i ubezpieczeniami. A kapitan – kapitan bawi gości [śmiech].

Chciałbyś mieć własny statek?

W.R.: To musiałoby być coś cudownego, ale chyba musiałbym odkupić „Dar Pomorza”, który jest już statkiem-muzeum albo kupiłbym „Peking”, który stoi w Nowym Jorku. „Peking” też jest piękną jednostką. „Peking” miała kilka sióstr. Jeden ze statków jest teraz w Rosji.

To prawda, że kobiety przynoszą pecha na pokładzie?

W.R.: Kobieta jest tylko jedna – to statek. Chociaż u nas załoga jest mieszana pod względem płci i narodowości. W załodze są Australijka, Dunki, Francuzka i koleżanki z Holandii, bo statek pływa pod holenderską banderą i nosi piękne imię – Miasto Amsterdam. Jest także największym holenderskim żaglowcem. Holendrzy mają długie tradycje żeglarskie i bardzo dobrze mi się z nimi współpracuje.

Czy absolwenci Akademii Morskiej mają ograniczony wybór co do statków, na których mogą pływać?

W. R.: W Polsce jest mało statków. Największą grupę stanowią żaglowce, m.in. „Pogoria”, „Zawisza Czarny”, „Dar Młodzieży”, „Iskra”. Wszystkie pływają pod polską banderą. Ze 100 osób z roku tylko ja i mój kolega pracujemy na żaglowcach.

Co robią pozostali?

W. R.: Pływają na tankowcach, statkach transportowych i handlowych. To jest ich wybór, bo możliwości są. Ludzie podchodzą czasami do życia głównie pod kątem pieniądza.

Chyba nie czasami…

W. R.: To fakt, bardzo często. Ja robię swoją drobną karierę na żaglowcu, a moi koledzy budują domy.

Można to nazwać inaczej – realizujesz marzenia.

W. R.: No właśnie. O tym jeszcze nie rozmawialiśmy. Żeglarstwo to nie było do końca moje marzenie. Tak jakoś wyszło. Na statku relaksuję się maksymalnie. Uciekam od zwariowanego świata. Mogę żyć 2 miesiące bez telewizji. Bardzo mi się to podoba, bo mogę zastanowić się wtedy nad swoim życiem.

Z jakich mediów korzystacie więc na statku?

W. R.: Internet na statku mamy cały czas, ale możemy wysłać tylko znaki alfanumeryczne, czyli suchego maila.

Co w takim razie w czasie rejsów robią na statku pasażerowie?

W. R.: Delektują się żeglarstwem, czytają książki na pokładzie i patrzą, jak statek żegluje.

Kiedy wracasz na statek?

W. R.: Za miesiąc.

Dokąd wypłyniecie tym razem?

W. R.: Tym razem wyruszamy do stoczni. Będziemy tam przez 4 tygodnie. Statek trzeba konserwować, bo wyjeżdża zardzewiały już ze stoczni – jest na nim co robić już pierwszego dnia. „Przegląd” statku robimy na bieżąco. Żyjemy na małej łódce – jest tam 800 metrów kwadratowych pokładu. Pokłady są trzy, ale cała załoga korzysta tylko z dolnego poziomu. Na dwóch pozostałych przebywają pasażerowie. Każdy z nas bardzo ciężko pracuje nad tym, żeby wszystkim nam się razem żyło zgodnie. Nikt nie prowokuje, a to się często zdarza w polskich warunkach.

Które z odwiedzonych do tej pory miejsc zrobiło na Tobie największe wrażenie?

W. R.: Trudno powiedzieć, w każdym miejscu jest inaczej. Karaiby są przepiękne, ale nie wiem, czy chciałbym tam żyć. Często odwiedzamy  porty w Lizbonie, Amsterdamie, Nowym Jorku. W tym roku byliśmy w Gdyni, Hamburgu, Londynie. Na Karaibach nie ma zbyt wielu portów, do których nasz statek jest w stanie wejść. Stoimy więc na kotwicach, w pięknych zatokach. Łodzią ratunkową albo pontonem dopływamy do brzegu, aby ludzie mogli ponurkować. Wyspa Dominika to taka druga Jamajka. Tam ludzie są wyluzowani, chodzą boso. Uwielbiam też Skandynawię. Norweskie fiordy są magiczne. Dzikie tereny i lasy to coś wspaniałego. Może mógłbym się tam kiedyś przenieść. Zamiast mieszkania czy domu wolałbym mieć duży jacht. To jest pomysł zaczerpnięty od moich kolegów z pracy. W Holandii to bardzo popularne. Kiedy zamarznie zatoczka, można przenieść się w cieplejsze miejsce.

A podczas rejsu śladami Darwina które miejsce Cię zauroczyło?

W. R.: Australia. To jest też najdalsze miejsce, w którym byłem. W Australii jest naprawdę ciekawie. Zamiast wron na drzewach są kolorowe papugi. W RPA z kolei musiałbym spędzić więcej czasu.

Dziękuję za rozmowę. Przyjaznych wiatrów!

Fot. Internet i archiwum prywatne.

Najnowsze artykuły

Paśny Buriat poleca: Recenzja książki Artura Ziontka „Stałem nago na progu domu. Opowiadania”

Czy codzienność może być atrakcyjnym tematem książki? Takie pytanie...

Potrzebujesz PDF ze zdjęć? Oto najszybszy sposób

Zdjęcia ze smartfona, skany dokumentów, fotografie z archiwum, wszystko...

Wiatr w żagle. 1 maja rusza sezon na Wigrach

1 maja jezioro Wigry znów zacznie żyć pełnią wodniackiego...

„Kokuho” w Cinema Lumiere: ile kosztuje spełnienie marzeń (wygraj bilety)?

https://www.youtube.com/watch?v=MKrcitX02k8&t=1s W cyklu "Kino dla koneserów" w Cinema Lumiere w...

Z regionu: Konkurs o indeks Politechniki Białostockiej EL-ROBO-MECH 2026

Sztuczna inteligencja ratująca dzieci w samochodach, robotyczni towarzysze dla...
Reklama

Pozostałe artykuły

Paśny Buriat poleca: Recenzja książki Artura Ziontka „Stałem nago na progu domu. Opowiadania”

Czy codzienność może być atrakcyjnym tematem książki? Takie pytanie pojawiało się w mej głowie kilkukrotnie podczas lektury kolejnej książki sygnowanej wydawnictwem Paśny Buriat. Mowa...

Potrzebujesz PDF ze zdjęć? Oto najszybszy sposób

Zdjęcia ze smartfona, skany dokumentów, fotografie z archiwum, wszystko to może trafić do jednego, uporządkowanego pliku PDF. Konwersja obrazów stała się jedną z najczęściej...

Wiatr w żagle. 1 maja rusza sezon na Wigrach

1 maja jezioro Wigry znów zacznie żyć pełnią wodniackiego sezonu. Wigierski Park Narodowy oficjalnie otwiera turystykę wodną – a to dla wielu znak, że...