- Reklama -

Przepis na szczęście

 

„Bierzemy 12 miesięcy, oczyszczamy je dokładnie z goryczy, chciwości, małostkowości i lęku, po czym rozkrajamy każdy miesiąc na 30 lub 31 części tak, aby zapasu wystarczyło dokładnie na cały rok. Każdy dzień przyrządzamy osobno z jednego kawałka pracy i dwóch kawałków pogody i humoru. Do tego dodajemy trzy duże łyżki nagromadzonego optymizmu, łyżeczkę tolerancji, ziarenko ironii i odrobinę taktu. Następnie całą masę polewamy dokładnie dużą ilością miłości. Gotową potrawę przyozdabiamy bukietem uprzejmości i podajemy codziennie z radością i filiżanką dobrej, orzeźwiającej herbaty.” Katharina Elisabeth Goethe

Suwałki nie są wyłącznie miastem pesymistów. Mieszkają tu niebywali ludzi, którzy z przepisu na szczęście potrafią zrobić dobry użytek. Kto nie wierzy, niech zajrzy do działu „W pogoni za pasją” – www.niebywalesuwalki.pl  Tym razem – pół żartem, pół serio – o architekturze w służbie człowieka i przyrody oraz „słodkim” blogu opowiada Basia Paszkowska.

Bliska jest jej idea ruchu Slow Food – podczas spotkania z Włochami z convivium Pistoia Basia zrobiła prawdziwą furorę swoim deserem. Uwielbia spędzać wakacje pod żaglami. Mimo że chciała być marynarzem, pracuje jako architekt. Ma bzika na punkcie wypraw rowerowych i słodkich deserów, które chętnie prezentuje na swoim blogu o wdzięcznej nazwie „Cookie Monster Presents” – http://www.cookiemonsterpresents.blogspot.com

Właśnie wróciłaś z wakacji. Jak udał się rejs?

Basia Paszkowska: Wspaniale. Był to rejs, w którym uczestniczyło 11 osób. W tym roku płynęłam jachtem, którego w żaden sposób nie można porównać z łodziami przypominającymi 5-gwiazdkowy hotel, gdzie wystarczy wcisnąć guzik i rozwijają się żagle. Nigdy nie wkręciłam się w „guzikowe pływanie”, dlatego cieszyłam się, że tu było więcej „ciągania sznurków”.

Podobno na samym początku przydarzyła się wam niezbyt przyjemna przygoda.

B.P.: Nie zrozumieliśmy się z naszym armatorem, który skierował nas na most niższy niż maszt naszego jachtu. Efekt był taki, że łódka w pewnej chwili przechyliła się pod kątem 45 stopni, a ja zostałam uwięziona w kajucie. Rufę łodzi zalała woda. Całe szczęście, że w naszej ekipie płynęli doświadczeni żeglarze, więc udało nam się wybrnąć z tarapatów.

Jak wygląda Chorwacja z pokładu jachtu?

B.P.: Chorwacja jest przepiękna. Cały czas można coś oglądać – wyspy, które są zielone lub kompletnie dzikie. Niezwykły jest Park Narodowy Kornati z łysymi skałami i księżycowym krajobrazem. Czasem trudno uwierzyć w to, że te skały uformowała natura. Miasta na wyspach nie są tak zrujnowane jak miasta w głębi lądu, są śliczne. Tam zatrzymał się czas. Można zobaczyć domy z małymi okiennicami i czerwonymi dachami, przejść się wąskimi uliczkami. Poza tym w Chorwacji jest bardzo dużo łodzi żaglowych – jest cicho.

Żeglujesz, jeździsz rowerem, projektujesz i gotujesz. Co było najpierw – gotowanie czy architektura​?

B.P.: Pamiętam, że kiedy byłam w podstawówce, żartowałam z rodzicami, że może powinnam pójść do technikum gastronomicznego. Tata cały czas mi to przypomina. Moje kubki smakowe tak naprawdę otworzyły się dopiero w Grecji, podczas wyjazdu w ramach „Erasmusa”. Przekonałam się wtedy, że można zrobić coś pysznego, nie mecząc się. Podstawą każdego dania są świeże produkty, które wydobywają smak potrawy. Cały czas eksperymentowałam, nie stosowałam żadnego przepisu. Wreszcie doszłam do wniosku, że powinnam zapisywać pomysły. Nasze mamy notowały przepisy na kartkach lub zbierały je w teczkach, ja postanowiłam „utrwalać” przepisy na blogu.

Jak długo prowadzisz ten „słodki” blog?

B.P.: Blog „Cookie Monster Presents” istnieje 3 miesiące. Zawsze, kiedy tylko znajdę czas, umieszczam na nim przepisy, zdjęcia. Do przepisu zawsze mogę później wrócić. Koleżanki często dzwonią do mnie i pytają o sposób przygotowania jakiegoś deseru i teraz mogę je od razu odesłać na swoją stronę. Myślałam też o tym, by na blogu umieszczać odcinki „Ulicy Sezamkowej”. To mój sposób na zły nastrój. „Ulica Sezamkowa” zawsze inspiruje mnie do tego, żeby poprawić sobie humor. Docierają do mnie nawet informacje, że nieznane mi osoby spotykają się, by wypróbowywać moje przepisy. Ludzie często trafiają na tę stronę przez wyszukiwarkę, gdy szukają zastosowań dla owoców sezonowych lub przez Facebooka.

A w jaki sposób odkryłaś Slow Food?

B.P.: Jestem łasuchem, ale wybrednym. Gardziłam szkolną stołówką, w przedszkolu też nie chciałam jeść. Najbardziej smakowało mi to, co było zrobione od podstaw. Po jakimś czasie odkryłam, że jest więcej takich osób jak ja. To było naturalne, że dołączyłam do ruchu. Lubię o nim opowiadać, szczególnie w dużych miastach, gdzie ludzie nie mają dostępu do produktów dobrej jakości. Płacą za nie ogromne pieniądze. W czasie jarmarków organicznej żywności pojawiają się tłumy. U nas wciąż wielu ludzi uprawia ogródek lub działkę. Z drugiej strony często nie dba się o reguły żywienia. Jedzenie oddziałuje na organizm i samopoczucie. Nigdy nie bywam w restauracjach z fast foodem. Nie kupuję wędlin w sklepach. Moją jedyną ekstrawagancją jest pomidorek koktajlowy w środku zimy, który przyjeżdża do nas z południa Hiszpanii.

Mogłabyś porzucić architekturę na rzecz gotowania?

B.P.: Chyba nie. Lubię mieć wpływ na różne rzeczy, a dzięki architekturze kreuję przestrzeń. Chcę, żeby otoczenie było estetyczne i funkcjonalne. Ogromną satysfakcję sprawia mi projektowanie domów „szytych na miarę” klienta. Teraz z katalogu 150 różnych domów bierze się „pieczątkę” i stawia się ją w dowolnym miejscu. To bez sensu. Domy z katalogu można porównać do takiego fast foodu. Kryterium wyboru takiego projektu jest jego wygląd na katalogowej wizualizacji i ewentualnie parametr powierzchni, a przecież istotna jest też analiza kontekstu otoczenia, stron świata czy widoków z okien. Dodatkowo domy z katalogu pozbawiają pracy architektów.

Od zawsze rysowałam, ale nie niekoniecznie myślałam o tym, by zostać architektem. Po głowie bardziej chodziła mi grafika użytkowa. Z uwagi na swoje żeglarskie zamiłowania miałam także pomysł, aby zostać marynarzem, ale na drodze do realizacji tego marzenia stanęła moja wada wzroku. Architektura zaczęła sprawiać mi przyjemność za sprawą pewnej pani profesor, która przybliżyła mi ideę zrównoważonego rozwoju i pokazała jak budować przy jednoczesnym poszanowaniu środowiska naturalnego. Projektowanie z tym zamysłem stało się dla mnie czymś w rodzaju religii. Przekonałam się, że właśnie to chcę robić. Na razie szukam działki pod mój wymarzony, pokazowy i przyjazny naturze dom.

Dziękuję za spotkanie. Powodzenia w realizacji planów!

Fot. B. Paszkowska

Najnowsze artykuły

Paśny Buriat poleca: Recenzja książki Artura Ziontka „Stałem nago na progu domu. Opowiadania”

Czy codzienność może być atrakcyjnym tematem książki? Takie pytanie...

Potrzebujesz PDF ze zdjęć? Oto najszybszy sposób

Zdjęcia ze smartfona, skany dokumentów, fotografie z archiwum, wszystko...

Wiatr w żagle. 1 maja rusza sezon na Wigrach

1 maja jezioro Wigry znów zacznie żyć pełnią wodniackiego...

„Kokuho” w Cinema Lumiere: ile kosztuje spełnienie marzeń (wygraj bilety)?

https://www.youtube.com/watch?v=MKrcitX02k8&t=1s W cyklu "Kino dla koneserów" w Cinema Lumiere w...

Z regionu: Konkurs o indeks Politechniki Białostockiej EL-ROBO-MECH 2026

Sztuczna inteligencja ratująca dzieci w samochodach, robotyczni towarzysze dla...
Reklama

Pozostałe artykuły

Paśny Buriat poleca: Recenzja książki Artura Ziontka „Stałem nago na progu domu. Opowiadania”

Czy codzienność może być atrakcyjnym tematem książki? Takie pytanie pojawiało się w mej głowie kilkukrotnie podczas lektury kolejnej książki sygnowanej wydawnictwem Paśny Buriat. Mowa...

Potrzebujesz PDF ze zdjęć? Oto najszybszy sposób

Zdjęcia ze smartfona, skany dokumentów, fotografie z archiwum, wszystko to może trafić do jednego, uporządkowanego pliku PDF. Konwersja obrazów stała się jedną z najczęściej...

Wiatr w żagle. 1 maja rusza sezon na Wigrach

1 maja jezioro Wigry znów zacznie żyć pełnią wodniackiego sezonu. Wigierski Park Narodowy oficjalnie otwiera turystykę wodną – a to dla wielu znak, że...