Otwarcie sezonu – Takatuka bez cenzury

Otwarcie sezonu - Takatuka bez cenzury Niebywałe Suwałki
Fot. www.freedigitalphotos.net

Weekend jest po to, by się strzaskać. Klasyczne opalanko, na heban, mahoń, venge czy brud lastryko. Ważne, żeby solidnie wysmażyć boczki, czoła i nosy – do tego stopnia, by przy wieczornej toalecie nasze odbicie w lustrze krzyczało do nas – piecze! Pragnęliśmy słońca, jak skacowany małego piwka, zrzędziliśmy, jak targowe przekupy na deszcz w alejkach.

Autor: Artur Sawicki – takatuka.blog.pl

Chcieliśmy wykopać zimę, przepić, sprzedać, nosem wciągnąć, żebyśmy tylko godnie przyjęli słonko. To już przeszłość, nikt o tym nie pamięta. Marzyliśmy, żeby wystawić do żółtego koleżki, wybielone od smutku nogawic, golenie i golonki. Teraz zarośnięte i te zupełnie gładkie nogi drepczą po sezonowych festynach, grzebią na działce pierwsze nowalijki, czy po prostu w bezruchu tkwią, na pospiesznie kupionym leżaku. W kosmetyczkach już są balsamy z filtrami lub bez, na głowach czapki i daszki, najmodniejsze w tym sezonie kapelusze. Dzieci mogą zrzucić buty, poczuć przyjemny chłód trawy. Za chwilę te same stopy przebiegną dziesiątki metrów w pogodni za piłką, która wreszcie otrzyma należne jej bęcki. Z przyjemnością, po zabawie skonsumują kiełbasę, mam nadzieje, że już ze świadomie zamordowanych zwierząt.

Skwierczące na przemian, opiekane kiełbaski i łydki, strzelające skry z ogniska połączone z południowym słońcem, zroszonym już czołem, mimo wszystko cieszą blade jeszcze twarze. Oczekiwanie podobnie jak na komunijny prezent, czy spóźniony zasadniczo, rower, zostaje wszystkim wynagrodzone. W słońcu dobrze wyglądają uśmiechnięte twarze na zatłoczonych ulicach. Nakrycia głowy pojawiają się proporcjonalnie do tego, jak znikają niższe części garderoby. Nad jeziorami opalają się pachnące naftaliną koce, trzaskają aluminiowe, jeszcze do niedawna chłodne, puszki, a wiaderka i łopatki idą w ruch. Opalający się i gapowicze, sobotni podglądacze skąpości kostiumów plażowych są już aktywni. Zaczynamy pokoleniowe ruchy między miastem a naturą, namiastką dzikości, której tak bardzo pragnęliśmy. Nareszcie widać, że okolica nie jest dystryktem zombie, a sklep – lokalnym cargo. Odpowiedź na prośbę porównania solarium i temperatury przy ognisku, podobnie, jak decyzja o wizach do USA, nie przyszła. Marszczyliśmy się wszyscy, bo słońce, bo ogień, bo strzelające drewniane fajerwerki. Czekaliśmy na swoją kolej zdejmowania upieczonego kawałka mięsa, podania dziecku własnoręcznie przygotowanej na ognisku potrzeb kiełbaski.

Sezon rozpoczęty, pierwsze pieczenie za nami. Choć delikatnie, to jednak oparzone ręce demonstracyjnie krzyczą – byłem poza miastem! Nie wszystkie ręce i nosy w biurze miały tyle szczęścia. A jeśli przyszło nam do głowy pomóc potrzebującym, nawet jeśli spieczona skóra nie przyjmuje środków łagodzących, będzie to wynagrodzone. Z pierwszego majowego weekendu trudno mi przywołać teraz cokolwiek oprócz wielkich kolejek w sklepach, masowego nabywania węgla do grilla i kiełbasy we wszystkich odmianach. Wczoraj, kiedy tłumy zmierzały na lokalny festyn z okazji najróżniejszych, wiedziałem, że miasto jest i ma się dobrze. Odkurzone sandały, sekcja odzieżowa lato-aktywna. Głowa pełna pomysłów. Do dzieła!

Dodaj komentarz