Ordynarna chałtura – Takatuka bez cenzury

Fot. www.freedigitalphotos.net

Po czym poznać sezon wakacyjny? Po balkonach pełnych roznegliżowanych sąsiadów. Marketowych leżakach notorycznie okupowanych przez któregoś z domowników i rewii mody – na przemian modern i vintage. Jakby nie można było wyswobodzić się ze spółdzielczego mieszkania i udać się na pobliską plażę pełną nudystów.

Autor: Artur Sawicki, takatuka.blog.pl

Pełną golasów estetycznych, którzy skwiercząc na słonku, przeglądają najciemniejsze zakamarki swojej i cudzej dusz, nie szczędząc poplucia na nieobecnych akurat sąsiadów. Rozprawiają o jakości życia, wesołości słonecznego poranka, których z każdym rokiem coraz mniej. Polityków, którzy winni są wszelkiemu złu w naszym ukochanym kraju, który przecież i miejsca piękne, i ludzi szlachetnych ma. Dwie armie kontemplujących rodaków nacierają na rzeczywistość z dwóch stron – plażowicze i balkoniarze. Coś ich jednak połączy, spowoduje, że z różnych domów klapki zejdą się w jednym miejscu i rozpoczną dyskusję. Możemy podejrzewać spot pod osiedlowym śmietnikiem w sprawie szczania w śmietnikowych altanach, segregacji śmieci albo ludzi. Być może są Bogu ducha winni, tylko w tajemnicy przed drugą połówką planują wieczorny mityng pod monopolowym, łyknięcie małpiszona i wyjście na „openerowy” koncert na zapleczu komendy powiatowej. Dancing na świeżym pe, masowe wzniecanie kurzu, gubienie klapków i wątków, piwo z nalewaka.

Radość letnich imprez, również tych masowych, przewyższa zdecydowanie narodowe poczucie szczęścia w ogóle. Kalendarze nie mieszczą się już na słupach, elektroniczne przypomnienia w urządzeniach mobilnych nieustannie przypominają o kolejnych koncertach, festynach, przeglądach, przesłuchach i recitalach. Większość z nich dyskretnie łączy się z odrobiną folkloru, czy to spod znaku ekologicznej żywności, czy opchnięcia produktu rodem z kosmosu. Szok i przerażenie prędko leczone są chłodnym nektarem z kubeczka plastikowego i równym rytmem wzbijanego klapkiem kurzu. Szumnie nazywane lata artystyczne są dla jednych okazją do popołudniowego wymarszu sprzed wypatrzonego telewizora, przewietrzenia mieszkania od wyhukiwanych przekleństw i odzieży letniej, która smutno zmiażdżona w szafach pobiera zapach bezruchu. Letnie wietrzenie w towarzystwie piany i papierosowego dymu, zapach odrobiny cukrowej waty i popcornu smażonego na przepracowanym oleju z Kamaza.

Wypoczynek nie dla wszystkich zdaje się być na koncercie. Oto poważni, nieco spoceni, ale i zdeterminowani panowie, o przepraszam i panie ochroniarki. Ubrani w zawodowe, iście antyterrorystyczne kostiumy parzą się w słońcu, starając się nie liczyć jak wolno płynie czas mnożony przez trzy pięćdziesiąt na godzinę. Ile wypoconej energii przyjdzie odebrać wypłaty za odparzone stopy podczas kiedy wesoło machające duże palce delikatnie opalają się w popołudniowym słońcu. Jak bardzo będzie denerwować obstawianie koncertu pląsającej dziewczynki z nadmiarem samoopalacza i jej nieskoordynowanej orkiestry spod znaku chińskiego fendera i dyskietki za parę setek? Ilekroć odwiedzaliśmy tego typu miejsca, za każdym razem zastanawialiśmy się, czy owe gwiazdy uczą się ignorowania całego tego bajkowego entourage, zabawy z publicznością, która skropiona rzadko używaną woda kolońską głównie obserwuje piwnego sponsora? Kontrakt na tournee po miastach i gminach na siedem liter przynosi wystarczające wpływy na konto. Nie przeszkadza ani przypadkowa publiczność, ani tymczasowe hity, ani absurdalna sytuacja, w której bądź co bądź, człowiek zwany artystą się znalazł. On w końcu też jest w pracy, bez względu na to, czy gorąco jest mu w garniturze czy sukience albo, co gorsza kostiumie kojarzonym z najnowszą płytą. Wierzę, że poziom zażenowania u wykonawcy, ochrony i publiczności jest zbliżony. To jedyny chyba wspólny element, który spaja całość w jedno lokalne, emocjonujące wydarzenie. Choć po dwudziestej trzeciej ucichną już dudniące głośniki, garstka techników pozbiera scenę i kilometry kabli, coś jeszcze pozostanie. Wygnieciona emocjami trawa i sznureczki pijanych widzów, którzy będą przemierzali osiedla z ostatnim refrenem na ustach w poszukiwaniu odpowiedniej ścieżki do domu.

Słownik Języka Polskiego PWN opisuje chałturę jako: mało ambitną dodatkową pracę, podjętą jedynie dla zarobku, często wykonywaną niedbale; też: produkt takiej pracy, naprawdę ?

3 KOMENTARZE

  1. Coś tu komuś za bardzo sie nie podoba w Suwałkach. Artykuł przesiąknięty jadem. Niech pani nie oczekuje od Suwalczan, że będą pełnymi klasy i stylu panami z wielkiego miasta. Skoro Suwałki to zaściankowe miasteczko to i imprezy i ludzie będa zaściankowi. Takie już tu życie. A kto mi zabroni opalać się na balkonie jeśli tego chcę ? Krzywdy sie tym nikomu nie robi. A czy ktoś karze iść pani na festyn i się bawic? Zapewne nie, więc niech lepiej pani wybierze zabawe w innym miejscu, bo takich pełno u nas.

    • Autorowi chyba nie chodzi tylko o Suwałki, w większych miejscowościach również zdarzają się kulturalne faux pas…Nikt nikomu niczego nie broni, ani do niczego nie zmusza. Wydaje mi się, że jest to subiektywny (może ciut przerysowany, ale zamierzony) obraz wakacyjnej rzeczywistości, ale niestety prawdziwy. Oczywiście są wspaniałe miejsca, które warto zobaczyć, świetne koncerty i festiwale, na których warto być… Coraz częściej jednak widać, że ludzie wybierają taniej (lub bezpłatnie), wygodniej( bo w klapkach), bezmyślnie (nieważne kto gra)itd… Więcej optymizmu i wakacyjnego luzu :DDDD Pozdrawiam z pięknego (i czasami kiczowato – chałturniczego) Olsztyna 🙂

Dodaj komentarz