Po niedzieli – Takatuka bez cenzury

Rys. www.freedigitalphotos.net

Zaobserwowałem wczoraj ciekawe zjawisko. Oto znużeni codziennymi aktywnościami, gonitwą za królikami, celami, zdobywaniem coraz to nowych sprawności, postanowiliśmy udać się nad lokalne bajorko. Nic szczególnego, pomoczyć kostki, poudawać na chwilę plażowiczów, urlopowiczów, gości.

Autor: Artur Sawicki, takatuka.blog.pl

Niedziela dniem wolnym od pracy jakiejkolwiek została ogłoszona w sobotę popołudniu. Zgoda, spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy, wzięliśmy bagaż doświadczeń i zapas argumentów do ożywionej dyskusji. Lokalizacyjny strzał w dziesiątkę spowodował, że nie więcej niż czterysta pięćdziesiąt słów i czterdzieści minut spaceru minęło do czasu, w którym bosa stopa mogła zanurzyć się w niedalekim akwenie. Mogłaby, gdyby tylko chciała przecisnąć się przez tłum rozpalonych słońcem i piwem z dyskontu plażowiczów. Gęstość zaludnienia zdecydowanie przewyższała autobus w godzinach szczytu. Być może nie jestem częstym gościem takich miejsc, ale nie dało się nie uśmiechnąć, patrząc jak lokalna  plaża wygląda jak Międzyzdroje. Miejsca najbliższe linii brzegowej gęsto wypełniały koce i ręczniki. Kilkanaście czworonogów wymieniało się spostrzeżeniami na temat sytuacji na świecie. Dzieciaki dokazywały, rodzice próbowali dotrzymać im kroku. Wejście do jeziora bez konieczności przeciskania się przez tłum zanurzonych na różnych głębokościach współplażowiczów było niemal niemożliwe. Niedziela, to i nie powinno nikogo dziwić. Tego samego dnia w mieście gościł jeden albo więcej polityków.

Lokalne serwisy informacyjne podawały całą listę inicjatyw kulturalnych, spotkań, koncertów, które ubarwią mieszkańcom najbliższy weekend. Wspomniano również o politykach, którzy w gorącym tournee po najdzikszych zakątkach kraju, poszukują poklasku dla swoich idei w walce o stołki różnej wysokości. Podobnie jak my i połowa okolicznych osiedli wylegliśmy na powietrze, z dala od parującego asfaltu, dusznych betonowych chodników. Szukając cienia, relaksu i muzyki tylko na poziomie tranzystorowego radia na kocu, w taki dzień świadomie zrezygnowaliśmy z uczestniczenia w agitacjach, szczególnie politycznych. Liczba roznegliżowanych obywateli zdecydowanie przerosła tych odzianych w garnitury i pantofle propagatorów lepszego jutra. Ktokolwiek, nawet lekkomyślnie przechadzający się z miejsca A do B, najpewniej został napadnięty z pytaniem na ustach: Co pani sądzi o władzy w mieście czy inne ze skrzyneczki: czerstwe. Skroplone czoło kandydata na mistrza tajnego zakonu albo szefa niezmiernie ważnego odcinka w jego życiu z zaciśniętym reklamowym długopisem albo smyczą będzie patrzyło w oczekiwaniu odpowiedzi. Odkąd polityczne spotkania w miastach gromadziły wyłącznie obsługę techniczną eventu, przypadkowych przechodniów i młodzieżówki z lokalnych komitetów, politycy wyszli na ulicę. Spodziewam się sytuacji, w której na ulicy dostanę kilka ulotek promujących pizzerię, kebab, policealne szkoły dla wszystkich i program wyborczy od samego kandydata. Wraz z nią unikalną piątkę poparcia, focię na tłitera czy instagram i firmową krówkę na słodkie zamknięcie spotkania.

W poszukiwaniu cienia na niedzielne plażowanie minąłem człowieka, który z inicjatywy własnej lub umowy o dzieło, sprzedawał lody z wyposażonego w agregat ręcznego wózka chłodniczego. Poczuliśmy się znów jak nad morzem, brakowało tylko wrzasku: Loooooody, loooooody dla ochłody! Wspaniałości w opalaniu boczków można było wzbogacić o chłodny deser. Pomyśleliśmy wtedy o takim polityku, który wystarczy, że zamiast chińskich długopisów z logotypem swojej partii albo smyczy, od których i tak czujemy się już jak nasze czworonogi, zainwestowałby w przyzwoity pedicure, wózek ręczny i kilkanaście kartonów lodów. W trakcie takich aktywności to i luźniej ubrać się można, opalić odrobinę. Oszczędność na pralni garniturów, obuwiu, bo nie trzeba biegać po chodnikach i wykręcać kostek. Ludzie nie uciekną, bo gorąco, a jeśli lody byłyby za darmo… elektorat murowany. 😉

Udanego tygodnia!

Dodaj komentarz