Daj się zaskoczyć! – Takatuka bez cenzury

Fot. www.freedigitalphotos.net

Zwykliśmy mówić, że wszystko już było. Skoro Pink Floyd nagrał „Dark Side of the Moon”, Miles Davies „Kind of Blue” a Metallica „Black Album”, to chyba niewiele da się powiedzieć w muzyce. Pokoleniowa dyskusja o muzyce powoduje szereg wątpliwości, a czy solówki Briana Maya są lepsze od Jimmiego Page’a i czy podane przeze mnie płyty naprawdę tak znakomite są.

Autor: Artur Sawicki, takatuka.blog.pl

Ile głów, tyle pragnień, zestawień i list ukochanych, najważniejszych płyt świata. Tak, czy owak zespoły, które pojawiły się w ostatnich latach są nieustannie porównywane do swoich starszych kolegów. Jedni szlifują umiejętności, żeby „charatnąć” solówę jak John Petrucci, zaśpiewać jak Maynard Keenan, albo zagrać tyle koncertów co Iron Maiden. Są także zespoły, których inspiracje muzyczne nie prowadzą do, mniej lub bardziej udanego, naśladownictwa. O ile trudne jest wyzbycie się jakichkolwiek porównań, czuć od razu, gdzie leży serce i sedno sprawy.

Co dzieje się, kiedy trafiamy na koncert i po wyjściu z klubu nie potrafimy powiedzieć kto był supportem, a kto headlinerem? Sytuacja rzadka, jak mądra decyzja rządu, acz nie niemożliwa. Okazuje się, że nie trzeba milionów, żeby coś uradzić, tak jak nie potrzeba dziesięciu złotych gitar, żeby zagrać porządny riff. Proces twórczy, który kotłuje się w głowach muzyków, dość dobrze brzmi nawet, kiedy wyleje się przez zwyczajaną gitarę i perkusję, której stopa wypchana jest spodniami i plecakami reszty ekipy. Współczesne metody rejestracji dźwięku dają możliwości niemal nieograniczone. W domu można z powodzeniem skręcić nieliche demo, żeby później pokazywać wszem i wobec, rozpoczynając tym samym karierę gwiazdy rocka. O tym kiedy indziej…

Na przestrzeni dwóch, czy trzech lat parokrotnie zostałem bardzo mile zaskoczony na lokalnych koncertach. Kiedy idziesz na koncert, a nie znasz zespołów rozgrzewających i nie sprawdziłeś tego na youtube może się okazać różnie. Pamiętam warszawski koncert Type O Negative, który rozpoczął się prawie nieustającym gwizdaniem, podczas gdy support starał się ze wszystkich sił rozgrzać publikę. Rozgwizdał z pewnością.

Z drugiej zaś strony, pewne listopadowe popołudnie pod znakiem znakomitej warszawskiej formacji: Moja Adrenalina (teraz: Semantik Punk). Oto nieznany mi wówczas kwartet: Tides From Nebula spowodował, że wróciła mi wiara w polskich twórców. Nieprawdopodobne odgrywane harmonie sprawiły, że publiczność mimowolnie zaczęła się kołysać. To było zaskakujące. Przy okazji następnego koncertu znów nowość – trio, w którym wszyscy potrafią grać, to już coś, ale śpiewać? Po kolejnych kawałkach ludzi tylko przybywało, coraz więcej pomruków w przerwach: co to za kapela? perkusista śpiewa? Panie, panowie przed wami – FORMA. To były – i coraz częściej są – dobre koncerty, na których kupuje się płyty grających akurat zespołów, poznaje nowe, rekomendowane. Spotykamy się z ludźmi, nie tylko po to, by wypić kilka piwek, ale po to, żeby posłuchać, dać motywację artystom do tworzenia i klubom do organizacji, że warto. Dobrze się śpi, kiedy w uszach dzwoni jeszcze ostatni riff.

Z przerażeniem przyglądam się mainstreamowym zespołom, twórcom, o zgrozo – artystom, których wrażliwość muzyczna zdaje się kończy przy rozróżnianiu białych i czarnych klawiszy na syntezatorze. Niestety, ale ogólnopolskie festiwale niewiele mają wspólnego z poziomem muzycznym, który w kraju jest z pewnością bardzo wysoki. Nieustannie liczą się ilości sprzedanych płyt, ściągniętych dzwonków na komórki, czy niewiadomego pochodzenia – hity lata. Nieustannie liczy się kasa, którą managementy muzyczne inwestują, żeby potem czekać na zyski. Szkoda tylko, że osoby spoza Polski postrzegają nas przez pryzmat przeglądów festiwalowych. I nie jest ważne, czy idziemy na koncert rockowy, jazzowy z elementami electro-boogie, albo popis DJ-a, jeśli robi to z sercem, to nie musi mieć za sobą sześciu ciężarówek sprzętu. Dajmy się zaskoczyć, albo zabrać z kimś na nowy koncert. Ahoj, przygodo!

Dodaj komentarz