Płyta, lament, abonament! – Takatuka bez cenzury

Fot. www.freedigitalphotos.net

Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią nam o tym, że niedługo najbardziej opłacalnym zawodem będzie: artysta estradowy. Do tego same wartościowe dźwięki otulą nasze uszy, a to pewnie za sprawą mnożenia opłat i podatków na rzecz artystów. Ci natomiast apelują w prasie, że w Polsce z grania nie da się żyć.

Autor: Artur Sawicki, takatuka.blog.pl

Wielomiesięczne trasy koncertowe pozwalają na uzupełnienie powstałych niedoborów, ale to nie wszystko. Do pewnego jeszcze czasu pokutował stereotyp artysty, jako szczupłego, potarganego malarza, ustawionego gdzieś na deptaku, który próbuje sprzedać swoje prace. Uliczni grajkowie na ten przykład, zgrzytają zębami, kiedy połowę dziennego utargu muszą przeznaczyć na komplet strun do wysłużonego wiosła. Ministerstwo Kultury wraz z organizacjami, która przecież dbają o artystów chcą byśmy przy zakupie sprzętu elektronicznego lub IT, który nawet pozornie nada się do odegrania muzyki czy wykonania zdjęcia, ponosili dodatkowe koszty. Będzie się działo lepiej!

Zastanawiam się, czy pomysłodawcy tego rodzaju zmian byli na koncercie zorganizowanym poza Teatrem Wielkim albo Salą Kongresową. Każdy koncert, którego otoczenie nie ugina się pod ciężarem banerów reklamowych, jest okupiony głównie nakładem pracy małych wytwórni i fanów. O ile uzasadniona jest hipoteza, że opłata ma służyć artystom, to dlaczego w tymże samym gronie beneficjentów znajdujemy pyzatą rodzinkę dystrybutorów? Pośrednicy ustawiają się w kolejce po prowizje, wypychając z niej artystów. Ci, oszołomieni sytuacją trafią do zatrudniaka, bo w Polsce z grania utrzymuje się niewielu artystów. Kolorowa prasa wielokrotnie przygotowywała materiały o tym, jak wygląda życie muzyków. Podsumowania powinny zostać zreferowane, bo przecież kopie materiałów prasowych byłyby przestępstwem, pracownikom ministerstwa i organizacji zbiorowego zarządzania, czymkolwiek są. Ilu twórców polskiej sceny muzycznej w spokoju tworzy bez obawy, że nie wystarczy mu do pierwszego?

Jeśli kalendarz koncertowy nie pozwala na podjęcie regularnej pracy, to przychodzi dzień, w którym artysta stoi w rozkroku. I nie jest to artystyczna poza, tylko dylemat: mieć albo być. Wzuć porwane obuwie, plecy oblec nadgryzioną zębem czasu jeansówką i pójść grać? Rodzinie zawsze można przynieść trochę z bufetu. W historii polskiej muzyki wiele zespołów w ten smutny sposób zakończyło swoją działalność. Gdyby firmy, które dbają o przestrzeganie praw i zasobność własnego konta zagwarantowały, że będą na równi dbały o interesy finansowe artysty, o jego rozwój i promocję, mielibyśmy państwowy management! Skoro związki artystów różnej maści proponują wprowadzenie opłat za telewizor, odtwarzacz przenośny, a nawet aparat, może tym samym zagwarantują artystom stałe dochody? Nie będzie już konieczności dorabiania jako techniczny na trasach koncertowych kolegów, żeby móc potem z kumplami zapłacić za studio.

Zróbmy wszystko, by artystom działo się lepiej. Żeby kolejne opowieści nie kończyły się zdaniami, że przestaliśmy grać, bo… trzeba było pracować, bo gitarzysta głodował, bo wokalista nie miał kiedy śpiewać, wesela grał cały rok, bo kredyty. Jeśli jedyna kultura, jaka nam zostanie, będzie wyglądała zza winkla biesiad przy odgrzanych hitach, to może warto zabrać głos. O ile wrażliwość nasza nie kończy się na kolorowej piosence z pulsującym refrenem. Żeby nie było, jak z publiczną telewizją, za którą niedługo już pewnie będziemy płacić abonament kupując kapcie, bo przecież kto zakłada kapcie, ten patrzy w telewizor.

Dodaj komentarz