Czas pogardy, czas próby – Takatuka bez cenzury

Fot. www.freedigitalphotos.net

Świat zdominowała nam literatura piękna. Nie jest to bynajmniej oniryczne wyznanie obudzonego w czytelni studenta polonistyki, ani nawet rozmarzonego w lekturze, nocnego stróża. Stoję oto po przeciwnej stronie barykady ponowoczesnego świata komórkowo-internetowych miłości, ślubów na wizji czy przerywanego seksu przez premium smsy.

Autor: Artur Sawicki – takatuka,blog.pl

Czytelnictwo polskie, które jest na poziomie zbliżonym do sprawności fizycznej polnego kamienia, gdzieś jednak funkcjonuje. Miłość do literatury rozwija się w nas. Podobnie jak przeświadczenie o tym, że jesteśmy narodem wybranym, że Chrystus był Polakiem, a drugą wojnę światową wywołał Franek Dolas.

Zalegające na półkach nieużywane tomy „Krzyżaków” czy „Wesela” wytwarzają niewidzialną patriotyczną woń. Ta, przedostaje się przez skórę do naszych organizmów i oto, co mamy. Kładąc się spać, chłoniemy arcydzieła historii literatury polskiej w odcinkach. Teoria, jak żywo podobna do tych dziś najpopularniejszych!

Rzadko bywamy na weselach. Może z racji aktualnie panującej mody na ich nieorganizowanie, a może ze zwykłego braku czasu lub zaproszeń. Osoba nam bliska postanowiła wejść w związek małżeński, a nas na ceremonię i wspólne fetowanie zaprosić. W jednej chwili stanąłem u progu sytuacji, którą znałem jedynie pod postacią zmarnowanego wieczoru. Wyjścia w galowym odzieniu, z bukietem kwiatów i kompletem ręczników z podłączeniem do siły. Zgroza. Niedospani, zestresowani wraz ze wszystkimi weselnikami, stawiają się przed krzesłem z etykietką. Tu będę spożywał, toasty wznosił, tu znajdziecie mnie nad ranem ze śladami kaczego żeru w uszach. Potem klasycznie rosołowy glut, sześć szybkich luf, szaszłyk, cztery wolne tańce, trzy wężyki i basta. O dwudziestej pierwsza trójka w rozpiętych kamizelkach stygnie przy oknach. Bezimienni wujkowie zza wielu mórz, dj zawodzi hitami z lat siedemdziesiątych. Ciocia Lusia z fioletem na głowie i nadwyżkami różu upchanymi tu i ówdzie pląsa z sympatycznym, choć mocno już nietrzeźwym szwagrem. Wtedy palę nieustannie, choć wcale nie mam na to ochoty. Znajdzie się zawsze dwie czy więcej par spragnionych morderczego smogu płuc. Byle do północy, potem jeszcze lista konkursów pod wspólnym hasłem, kto bardziej upokorzy parę młodą. W spokoju, chłepcząc flaki, zaczynamy myśleć o powrocie posła, a może osła. Przyjęcie po tej stronie Missisipi rozpoczyna się i kończy równie dynamicznie jak filmowe przygody Indiana Jonesa.

Runął mur mojego stereotypu chamskiej potańcówy z pawilonami przemycanej wódy i bigosu odgrzewanego w wannach. I nie było to ani garden party, ani szwedzki stół, ani spot w lofcie. Okazuje się, że można tradycję pogodzić z dobrym smakiem, subtelnością i przede wszystkim dobrą muzyką. Organizacja wcale nie wymaga zatrudniania sztabu specjalistów. Nie obyło się jednak bez kilku potknięć, szczególnie dla mnie. O ile z nieskrywaną determinacją próbowałem przypomnieć sobie jakikolwiek krok na parkiecie. Chciałem zorganizować mojej parze wieczór ze wspomnieniami, zamiast relacji sprzed wejścia czy palarni. Do głowy przychodziły mi tylko tańce dreptane, figury uwieszonych na szyjach, albo z czołem przybitym do ramienia partnerki. Prędko okazało się, że do Patricka Swayze jeszcze daleko, choć próby wyraźnie doceniono. Wewnętrzna walka dotycząca zachowania się przy stole i poza nim nie trwała zbyt długo, poddałem się. Nie był to ani zbyt długi toast, ani polanie sałatki warzywnej, wódą. Na salę wjechało pieczone w całości zwierzę. Staropolskim obyczajem takie przyjęcie zawsze było zaskwarzane. Pamięć prędko przywołała scenę z komedii, kiedy to bohater brakujący łeb zastępuje enerdowską protezą w postaci guźca. Moralne wahania związane z pożarciem zwierzęcego pobratymca, ino z drugiej strony koryta, były chyba najgorsze. Komitet kolejkowy ustalił, że zwierzę zostanie dużo bardziej docenione w obecnym stanie, niż prowadząc klasycznie pojmowany żywot. Argumentacja słabiutka jak wątła brzózka, ale innej nie było.

Zwierzęcość nakazała mi pożreć inne soczyście wypieczone stworzenie. Chyba z wiekiem lepiej tolerujemy przyjęcia z odgrywanym nad ranem „Białym misiem”. Druga sprawa, że na weselach coraz mniej chochołów tańcuje. To był dobrze spędzony czas. Dostałem dowód, ba, wziąłem w nim udział, narodowego uświadomienia. Przewartościowania traconego dotychczas czasu i definicji, która wbrew panującym trendom w moim słowniku zaszła pleśnią. Wypędzenia chochołów raz na zawsze, spalenia starej słomy, tej w głowie i poza nią.

Dobrze czasem spróbować obejrzeć film, na który nie miało się ochoty, zrobić coś na przekór sobie. Raz w roku kij strzela, raz na dekadę człowiek na dobre wesele się wybiera.

Dodaj komentarz