Reszty nie trzeba – Takatuka bez cenzury

Exposé przejściowo osłabia złotego
Fot. www.freedigitalphotos.net

Istnieją stałe elementy, które skutecznie zatruwają życie przeciętnemu Kowalskiemu. Zima jest za długa, dług publiczny zbyt wysoki, politycy daleko, a teściowa niebezpiecznie blisko. Co roku, w święta, puszczają te same filmy, samochód pali za dużo, brzuch i wąsy rosną same. Wszystko jest nie tak.

Autor: Artur Sawicki, takatuka.blog.pl

Nic tak jednak nie wyprowadza nas z równowagi, kiedy wchodzimy do sklepu z osobistą potrzebą nabycia bułki i mleka, jak odpowiedź sprzedawcy: …ale ja nie mam wydać. Do tego wzrok kota ze Shreka, owcy czy innego niewinnego stworzenia. Co to znaczy nie mam wydać? Kapitalizm świadomie wstrzymuje siłę nabywczą! Pomijając wyraźną chęć zasilenia narodowego budżetu VAT-em z paragonu, o ile sklepikarz nie kantuje skarbu państwa, hamujemy własne pragnienia! Zatrzymany potok skojarzeń, w których otwieramy kefir, kiedy jesteśmy skacowani, odkręcamy naelektryzowaną folię od fajek, jeśliśmy palacze, albo zatapiamy zębiska w lukrowanym pączku. A co by było, gdybyśmy byli cukrzykami, a kupiec, który nie chciał albo nie miał wydać, nie sprzedał nam towaru? Nieświadomie pomógł nam w omdleniu, albo, co gorsze dla niego, spadku samopoczucia z proporcjonalnie wzrastającym poziomem agresji.

Takie proste zdanie może wywołać całą lawinę nieszczęść. Skacowani spotkamy w drzwiach miłość naszego życia i zamiast dzień dobry, czy cześć obdarzymy sympatię wyziewem wysoce nietowarzyskim. Szanse matrymonialne, a w optymistycznej przyszłości poprawa demografii kraju, maleją niemal do zera.

Zaglądamy w oczy po drugiej stronie kontuaru. Nie mam wydać, albo nie chcę wydać, bo jesteś za słabym klientem. To twoja wina, że przyłazisz do mnie do sklepu z nominałem, który lepiej posłuży jako rura do koksu na modnej imprezie, a nie zapłata za śniadanie. Na pewno brakuje ci kasy na parkometr i chcesz po prostu mnie wykorzystać, a ja potem nie będę miał z czego wydawać tym prawdziwym zakupowiczom. Nie mam wydać, bo mój szef – cymbał zabiera mi cały utarg włącznie z monetami o większych nominałach, a ja jako pracownica nie mogę wciąż z własnej kieszeni dbać o stan kasy.

Kłopot znów, na tyle dokuczliwy, że sporo pasażerów komunikacji miejskiej dostaje mandat, kiedy w pośpiechu nie są w stanie kupić biletu, bo nie mam wydać. Potem pieniądze przeznaczone na bilet stają się tylko częścią mandatu. Frustracja rośnie, bo rano nie kupiliśmy kawy w bufecie albo M&M’s-ów. Przecież nie chcemy nikogo okraść, wręcz przeciwnie, przekazać pieniądze na szczytny cel.

Przewartościowanie potrzeb, zmiana celu potencjalnych zakupów mogą mieć tylko jedno ujście. Pomięty, nieco już przepocony banknot pięćdziesięciozłotowy, który nie stał się inwestycją w kawę, bułkę czy tabletki przeciwbólowe, staje się nominałem za który kupujemy książkę. Cena okładkowa 49,99! Znakomicie. Z dumną podajemy papierek przy kasie. I co słyszymy: Mogę być winna grosza?

Dodaj komentarz