Wszystko na sprzedaż – Takatuka bez cenzury

Rys. www.freedigiatalphotos.net

Zaczyna się niewinnie. Tu i tam klikamy kwadracik, wyrażam zgodę na przetwarzanie danych osobowych i tak dalej. Stajemy się rekordem w bazie danych. W potencjalnym słoiku z cukierkami, który za odpowiednią kwotę otwierany jest dla przeróżnych instytucji.

Autor: Artur Sawicki, takatuka.blog.pl

Bywają wiadomości imienne: pani Irenko, panie Sławku, automat wytypował, komputer namaścił do wygranej. Wystarczy tylko klęknąć, pochylić się, odesłać wiadomość, spotkać kominiarza albo hycla. To nam przyniesie radość, szczęście, miłość, a przede wszystkim – satysfakcję. Będziemy mogli chwalić po wszystkich odpustach, nawet wśród znienawidzonej rodziny. Staniemy w szeregu, przykleimy sobie uśmiech oraz głupkowaty wyraz twarzy i zaczniemy sprzedawać.

Źle brzmi truizm, że wszystko jest na sprzedaż. Przecież pan nie jesteś dziecko i wiesz to od dawna. Wiem i wątpię, że rzeczy na sprzedaż stanowią zbiór zamknięty. Grupa poszerza się o coraz to nowsze elementy, które stanowią o naszym życiu jako paśmie kupionych czy sprzedanych części. Na rzeczy nie podlegające wycenie pozostaje coraz mniej miejsca. Ukręcamy bicz nieustannego marketingu, który chłoszcze bez opamiętania. Od darmowych ciasteczek dostajemy zgagi. Pływające reklamy na stronach internetowych uparcie przypominają nam o tym, co przed chwilą oglądaliśmy w sklepie czy na Allegro. Maile imienne, telefony od pani Aldony z końca świata, która chce nam opchnąć brylantowe majtasy, albo syrop naładowany kosmiczną energią. Po jaką cholerę? Za parę talarów firmy kupują nasz spokój, a raczej uzurpują sobie prawo do permanentnego zawracania nam dupy przy użyciu wszelkich dostępnych kanałów.

Kiedy już jesteśmy zrelaksowani, bo zapomnieliśmy o kolejnej ofercie megagarów, czy kalendarza katastrof świata, wrzucamy nasze słodkie foteczki. A bo nowa fruzyra, a bo nowa bluzka, bo dziecko tak ładnie siedzi na nocniku, bo nowy samochod, bo meteoryt zabił kozę w ogródku. Kilkanaście razy sprzedawana impreza w dyskotece, metka na ubraniu, czapka nawalonego koleżki – mistrza drugiego planu. Firmy produkujące przeróżne rzeczy pewnie zmniejszyły nakłady na reklamę, bo reklama robi się sama. Bo gwiazduś sfotografował się w trendowych trampkach, czy tiszercie o wartości połowy średniej krajowej pensji. A przecież chcemy wyglądać jak milion dolarów. Po kilka razy sprzedajemy wakacje, twarze, marki i uczucia. Historia literatury i kultury wskazuje tych, którzy sprzedawali duszę diabłu. Zawierali pakt z kwintesencją zła, bez względu na jego fizys. Rogaty, stukający kopytami i cuchnący siarką, czy elegancki mężczyzna w garniturze z nieopisanym wzrokiem zawsze chętnie przyjmowali cyrograf podpisany upuszczoną z kontrahenta krwią. Dziś diabeł zamieszkał w nas samych. Opuścił pustawe i niemodnie urządzone piekło, gdzie kotły wygasły, a i nawet krzyżowcy zaczęli się modlić. Przeniósł się do sieci, tam są wszyscy.

Fenomen! Nieistniejąca osobowość internetowa może nieistniejącą monetą zapłacić za istniejący produkt.  

Sprzedaż to zjawisko tak popularne, że w zasadzie nikogo nie dziwi. Przez sieć wyznaje się miłość i nienawiść. Świętości przestają istnieć. Falowo pojawiają się pierwiastki oparte na idei, honorze, zaufaniu. Społeczeństwo konsumpcyjne wydaje się być dziś określeniem dość lekkim. Propagowane w mediach wzorce opierają się głównie na promocji i skandalu. Jeśli tylko potrafisz zrobić wokół siebie szum, na pewno ktoś cię zauważy. Jeśli dobrze sprzedasz się, zrobisz karierę, gdzieś z kimś, nieważne, będzie z tego hajs!

Im bardziej zaskoczysz, tym lepiej dla ciebie. Kilkuletnie dzieci rapują o rzeczach znanych wyłącznie z telewizji. Naiwna, sztuczna przecież propaganda, że każde marzenie jest osiągalne. The sky is NOT the limit! No jasne, kurka, że nie. Albert Einstein powiedział: Tylko dwie rzeczy są nieskończone: wszechświat i ludzka głupota. Co do tej pierwszej są jednak pewne wątpliwości.

Akademicy lamentują, że produkujemy magistrów, szkoły, że powinniśmy uczyć się już na porodówce. Jakkolwiek uważany mainstream, że szkoła jest tylko dodatkiem. To takie nice to have, najważniejsze są marzenia, cele i kreatywność na maxa. Praca sama w sobie jest modelem, który zaczyna czerstwieć z każdym tygodniem. Odnoszę wrażenie, że nasz świat, zdaniem trendsetterów, czy ludzi „fachowo” zajmujących się komentowaniem rzeczywistości składa się z ciemniaków na etatach, wariatów na uczelniach oraz prawdziwych ludzi – freelancerów.

Jeśli nawet pojawia się zagrożenie, że nie będzie gdzie naładować smartfona, bo odetną prąd, albo nie wystarczy na ‚z potrójnym mlekiem sojowym podwójne macchiato’, to zawsze można zrobić event wśród kapitału społecznego, zbiórkę kasy.

Zatrwożył mnie ów szeroko komentowany artykuł o parze, której nie stać na wesele. Bo wynajem, bo dziecko, bo praca – miała być za miliony – a jest za grosze. Wywalają na wierzch prywatność, żeby pozyskać sponsorów. Komentarze łatwo podporządkujemy do trzech typów społeczeństwa sprzed kilku zdań. Obawiam się, że już niedługo śluby będą udzielane w kombinezonach, jakie noszą rajdowi kierowcy. Nagromadzenie logotypów sponsorów bedzie wyznaczało poziom zainteresowania ślubem. W kościele, o ile ktoś tam jeszcze zaleci, zamiast ołtarza będzie stała nowoczesna limuzyna i stand z ulotkami, zamiast obrazów będą bannery firm obsługujących wesela, pogrzeby, rozwody i gastrologów (zgaga i wrzody – pierwsza konsultacja gratis). Przed mszą jingle w rytmie gospel, środek na szczury i śmierdzące nogi.

Widzę wesele, które doskonale wyreżyserowane o północy ma swój finał w postaci oczepin. Panna młoda w trakcie wesela umyła zęby 200 razy nasza pastą do zębów! Każdy uśmiech musiał być brylantowy. Stomatolog mógł się obrazić. Pan młody podczas oczepin rozbiera się do rosołu, bo ma na plecach reklamę siłowni, prawie jak zawodnik MMA. Cukiernik dostarczy czteropiętrowy tort pod warunkiem, że na filmie żaden z gości nie powie, ze tort był taki sobie, albo że za słodki. Przy każdym talerzyku stojak z wizytówkami, foldery na krzesłach i próbki szamponu. Zasadniczo wszystko powinno pójść gładko. Wszystko powinno zebrać się w najlepszy niezapomniany wieczór ever! Pozostanie wybrać 10 najlepszych zdjęć i wrzucić do sieci. Reszta warunków spełniona. Reszty nie trzeba.

Dodaj komentarz