Suwałki Blues Festival 2015 – podsumowanie

SBF_2015
Ulica Kościuszki. Koncerty główne - SBB (fot. Wojciech Otłowski)

Po raz kolejny na trzy – cztery dni gród nad Czarna Hańczą stał się letnią stolicą bluesa. Oczywiście za sprawą Suwałki Blues Festival. W samych Suwałkach impreza nieco się opatrzyła, nie brakuje jej oponentów. Osobiście żywię jednak nadzieję, że festiwal nie zginie, choć nawet jego fani nie kryją obaw co do przyszłość bluesowiska.

Autor: Wojciech Otłowski

Od razu zaznaczę, że moje opinie na temat ósmej edycji Suwałki Blues Festival będą jak najbardziej subiektywne. Cóż, nie potrafię inaczej. Z kolei pozwolę sobie na o wiele swobodniejszy styl, niźli w moich tekstach do białostockiej „Gazety Wyborczej”.

Jestem jakoś tam powiązany z Suwałki Blues Festival od początku, czyli od roku 2008. Już wtedy impreza robiła niesamowite wrażenie; choć przecież nie było jeszcze śniadań bluesowych, czwartkowego koncertu inauguracyjnego, czy wreszcie – konkursu. Dziś trudno w to uwierzyć, ale wprowadzenie w 2009 roku śniadań jawiło się jako… jedna, wielka porażka. Pamiętam, jak w „Rozmarino” graniu Norwegów przypatrywała się publiczność złożona z… trzech fotografów (w tym niżej podpisany). Jednakże już od 2011 roku czasami ciężko się było czasami wbić pod scenę – zwłaszcza w rzeczonym „Rozmarino”. No dobrze, kończmy te wtręty historyczne. Tym bardziej, że doszedłbym w końcu do wkurzająych kulis wręczenia Złotej Płyty – Nocnej Zmianie Bluesa (do dziś ciśnienie mi to podnosi!!!).

Nowym zdarzeniem w tej edycji było to, że Suwałki dołączyły do miast posiadających Aleje Gwiazd. Na naszym deptaku, czyli na ulicy Chłodnej w czwartkowe popołudnie (9 lipca) uroczyście odsłonięto siedem tablic upamiętniających wykonawców poprzednich edycji SBF. Na każdej widnieje pięć nazwisk/nazw zespołów. Już mnie korci, ażeby zapytać: kto się znajdzie na tablicy przywołującej tegoroczną edycję? A, zapomniałbym dodać, iż uroczystość podsumowano salwą z armaty gładkolufowej. Cóż to miało jednak oznaczać? Nie będę pisał, że sam Bóg to wie – bom agnostyk.

Następnie na Placu Konopnickiej zaczął się Happening Bluesowy. Przyznaję, iż odpuściłem sobie zupełnie lokalne formacje i nastawiłem się na Francuzów z „Little Devils & The Shurffle Blue Flames”. Niestety, w międzyczasie krótka, acz obfita ulewa skutecznie „spacyfikowała” scenę. Tak więc francuskiego zespołu się de facto nie doczekałem. Strasznie długo się instalował, a trzeba było drałować do Suwalskiego Ośrodka Kultury.

A tam w Sali Dużej odbywała się nie lada impreza – czterdziestolecie kultowej, trójkowej audycji „Bielszy Odcień Bluesa”. Na początek typowa „oficjałka”. Okazało się, że na sali jest nowa pani marszałek Sejmu. Trzeba jej jednak przyznać, że zachowywała się w miarę dyskretnie. Z kolei nasz włodarz wręczył redaktorowi radiowej Trójki  statuetkę symbolizującą nadanie miana Mecenasa Kultury Suwałk. I trudno się z tą decyzją nie zgodzić. Mało kto na to zasłużył bardziej niż Pan Jan. Z kolei proszę wybaczyć, ale na temat panegiryku, nie będę się wypowiadał… Choć ktoś inny, napisałby o spuszczeniu kurtyny miłosierdzia.

W końcu przejdźmy do muzyki z SOK.

Wielki zaszczyt przypadł grupie „Wovoka”. Bluesooline narzekał (a na co on nie narzekał 😉 ) na nagłośnienie i sporo miał racji. Niektórym się jednakże „Wovoka” podobała – pewnie za trans, mięsiste brzmienie. Mnie z kolei do gustu przypadł moment, kiedy „Wovoka” grała klimatycznie z partią klawiszy imitujących Hammonda.

Oczekiwanie na koncert Voo Voo (Trójka zaplanowała transmisję dopiero na 22:05) wypełnił jeszcze jeden podmiot wykonawczy  –  Paddy Milner. Pianista występował już w ramach suwalskiego bluesowiska w grupie Jacka Bruce’a, Jak wiadomo sam lider zaniemógł tuż przed festiwalem i odwołał przyjazd w 2013 r. Po roku umarł.

W końcu przyszła pora na Voo Voo. Też mają co w tym roku świętować – trzydziestolecie działalności. Zespół Wojciecha Waglewskiego grał nieco ponad godzinę, zdecydowana większość koncertu poszła zatem w eter. Czyli każdy zainteresowany mógł się sam przekonać, jakie dźwięki płynęły ze sceny. Voo Voo zaprezentowało materiał z ostatniego swego krążka – „Dobry wieczór”. Wartość dodaną stanowił występ w tle – i muzycznym, i scenicznym – Suwałki Gospel Choir. Podobnie jak w tekście dla białostockiej „Wyborczej”, tak i tu podkreślę fakt, że uwagę zwracał głos założycielki chóru – Anki Szafranowskiej. Dla niej, jak i dla innych członków Suwałki Gospel Choir, śpiewanie u boku Voo Voo było wielkim wydarzeniem. Jestem wielkim fanem Voo Voo, ale nie oznacza to bynajmniej braku obiektywizmu z mej strony. Był to niewątpliwie udany i niezwykle ciekawy występ, ale jakoś na kolana mnie nie rzucił.

Następnie zaprezentowało się – podobno po raz pierwszy – trio: Wojciech Waglewski  – Bartek Łęczycki – Jan Gałach. A czwartkowe świętowanie jubileuszu BOB zakończył występ wszystkich artystów śpiewających i grających tego wieczoru, a także Roba Andersona i Bogdana Topolskiego. Oczywiście, jak to zwykle, Bogdan chował się w cieniu, więc żadnej dokumentacji fotograficznej się raczej nie doczeka.

Niestety, jako fotograf nie byłem zadowolony z koncertu w SOK – zwłaszcza Voo Voo. Jakoś nie potrafiłem sobie poradzić ze specyficznym oświetleniem, choć przecież generalnie w Sali Dużej SOK-u zdjęcia robi się bardzo sprawnie. Wcześniej tylko z Anią Rusowicz miałem podobne problemy.

Pierwszy dzień festiwalu zwieńczyły pierwsze koncerty klubowe. Ale z racji moich zobowiązań medialnych, nie miałem sposobności wybrania się na nie.

Następne dwa dni festiwalu wyglądają w sumie podobnie.

Zaczyna się od śniadań bluesowych live. W tym roku obejmują już osiem lokali. Co ciekawe jednak, ja i znajomi z przyzwyczajenia (a może lenistwa) kursowaliśmy pomiędzy „Rozmarino”, Barem Polskim oraz „Na Starówce”. Tylko liznąłem śniadania (czytaj: obskoczyłem trzy lokale), więc byłoby nieprofesjonalne, gdybym oceniał je, rozpisywał się na ich temat.

Jakoś nie miałem szczęścia do koncertów towarzyszących, zatem od razu przejdę do Konkursu Zespołów Bluesowych. Odbywał się na scenie ulokowanej na Placu Konopnickiej. Każdego dnia prezentowały się cztery zespoły. Jury uznało, że najlepszym konkursowiczem okazała się warszawska grupa „Blues Junkers”. I to ona otrzymała czek na 10.000 złotych oraz przepustkę na przyszłoroczny European Blues Chalenge. Czy ma tak jakieś szanse? Nie mnie oceniać. „Blues Junkers” to typowy przykład mutacji dochodzących na polskiej scenie bluesowej. Wokalistkę pamiętam z Szulerów, którzy występowali na Suwałki Blues Festival 2013 (http://www.blues.suwalki.pl/ sbf-2013/sbf-2013-koncerty- towarzyszace-piatek).

No i przejdźmy to tego, co tygrysy (a na pewno niżej podpisany) lubią najbardziej. Czyli koncerty główne.

Zaszczyt zainaugurowania grania na scenach głównych przypadł Krissy Matthews Band. Mało kto pamięta, że pół Norweg, pół Brytyjczyk występował już w Suwałkach. Nie, nie na festiwalu, a po prostu w klubie. Było to w maju 2011 roku. Publiczność była nieliczna i bodajże jej połowę stanowili fotografowie. Tym razem popisy Krissy’ego obserwowało o wiele, wiele liczniejsze audytorium. Muzyk pokazał nietuzinkowe umiejętności, a wspierała go polska sekcja rytmiczna: Łukasz Gorczyca  – Tomasz Dominik. Para grała w Suwałkach pewnie z kilkanaście razy (w tym, o ile się nie mylę, na każdej edycji SBF). To jeszcze nic! Pan Łukasz wśród organizatorek festiwalu poznał swą przyszłą żonę.

Po amerykańskiej Delcie Moon spodziewano się rzadko spotykanego współbrzmienia dwóch gitar slide. I tak było w istocie. Nikt chyba nie oczekiwał jednak tego, że takie niepozorne granie może przynieść słuchaczom aż tak wiele frajdy. Mieliśmy tu do czynienia z jednym z najjaśniejszych punktów piątkowego wieczoru.

Danny Bryant to zaś typowy przykład muzycznego samca alfa. Sekcja rytmiczna wspierała szefa, który ku uciesze publiczności popisywał się solówkami. Są tacy, którzy bardzo gustują w takim graniu, ale mnie to, przyznaję, nieco rozczarowało. Za dużo w tym wszystkim formy, za mało treści. Tak się mi przypomniało, że Frank Zappa wydał co najmniej dwa albumy zawierające swoje solówki koncertowe. Może i tą drogą powinien pójść Bryant, bo warsztat posiada niewątpliwie nietuzinkowy.

W piątek największe wrażenie zrobił na mnie występ The Clem Clempson Band & Chris Farlowe. Nie byłbym sobą, gdybym nie pozwolił sobie w tym miejscu na pewną dygresję. Wiosną pewien specjalista od zdejmowania „niepoprawnych wystaw” deprecjonował fakt zaproszenie panów z Colosseum. W historii SBF faktycznie bywało, że sprowadzanie „dziadków” dawało mierne rezultaty. Tak było choćby z Blues Band. Jak zobaczyłem Farlowe’a na konferencji prasowej, zacząłem mieć obawy, że i tym razem będzie podobnie. Ale nic z tych rzeczy! Na scenie muzyk, który skończy w tym roku 75 lat, robi wspaniałe wrażenie. Błyszczy wciąż nieskazitelnym głosem; bliższym wokalistyce jazzowej, niźli bluesowej. A że Clempson ze swym zespołem wspaniale akompaniował, czego więcej można było chcieć? Tylko słuchać! Z przyjemnością obserwowałem fanów Colosseum, a przyjechało ich do grodu nad Czarną Hańczą niemało. Co prawda byli przemoknięci, ale jakże szczęśliwi. Nie mogło zatem nie obyć się bez sięgnięcia przez  Clempsona i  Farlowe’a po repertuar Colosseum. Blues z nutką jazz-rockową wybornie smakował. A kto nie był, niech pluje sobie na brodę.

Ostatnią piątkową gwiazdą był Coco Montoya. Podobno to był jeden z jego najlepszych, o ile nie najlepszy koncert w Polsce. Wszystko było na wysokim poziomie i jeśli chodzi o stronę artystyczną, jak i oprawę świetlną. Co by nie mówić, Montoya dał koncert godny zwieńczania drugiego dnia festiwalu.

W sobotę było mniej frykasów. A na pewno nie da się do nich zaliczyć występu Egidio Juke Ingala & The Jacknives.

Przywołam jeszcze pewien fakt, który dosłownie wprowadził w osłupienie fotografów. Gdy ujrzałem scenę ulokowaną na ulicy Kościuszki, nie mogłem wyjść ze zdumienia – moim oczom ukazał się widok wprost trudnej do zliczenia masy instrumentów i urządzeń. Jako że na scenie stał już sprzęt obszernego podmiotu wykonawczego James “Blood” Ulmer Memphis Blood Blues Band & Ronny Drayton, nasze SBB musiało zadowolić się skrawkiem przestrzeni. Zatem trio nie doczeka się raczej z Suwałk ciekawych kadrów. Pod względem muzycznym nie było mowy o żadnej niespodziance. Jazz-rock wysokiej próby, choć bez bicia przyznaję, że o wiele, wiele bardziej cenię w tym stylu krakowskie Laboratorium. SBB od roku gra w oryginalnym składzie. Muzykowaniu został przywrócony Jerzy Piotrowski, przez dwie dekady przebywający wcześniej w USA. Powrót chyba udany. Na koniec dał nawet solówkę.

Początek występu Ryana McGarvey’a słuchałem i oglądałem (to ostatnie na telebimach – co ciekawe wręcz nie ma przesunięcia pomiędzy dźwiękiem ze sceny a przekazywanym obrazem) w namiocie vipowskim. Po pierwsze chciałem dać się wyszumieć fotografom w „fosie”, po drugie – wolałem poczekać aż się nieco ściemni. Już w namiocie koncert zaczął robić na mnie wrażenie. Wychwyciłem nawet, jak jeden z utworów McGarvey zakończył paroma taktami przywodzącymi przebój zespołu Soudgarden – „Spoonman”. Uznałem zatem, ze dość już tego lenienia się i należy obowiązkowo udać się pod scenę. A tam było co fotografować, było czego słuchać. Nie ukrywam, że koncert McGarvey’a przypadł mi do gustu o wiele, wiele bardziej niźli popisy wymiataczy gitarowych, występujących dzień wcześniej. Blues bluesem, ale wiele zagrywek Ryana wychodziło daleko poza ramy gatunku. Parokrotnie zaprezentował technikę przypominającą styl Toma Morello z „Rage Against The Machine”.

W końcu przyszła pora na James “Blood” Ulmer Memphis Blood Blues Band, który wystąpił z liderem, w pewnych kręgach kultowego, zespołu  Defunkt – Ronnym Draytonem. Było nam zatem dane doświadczyć, na czym polega styl  harmolodic.

Festiwal zakończył się tak naprawdę w niedzielę nad ranem. W temacie nocno-porannych koncertów klubowych o wiele silniejszy jest mój kolega Marcin Wasilewski, do jego relacji i zdjęć odsyłam. Więcej w artykule: Tak brzmiał klubowy blues.

Tak jak na wstępie wspomniałem, obaw o przyszłość Suwałki Blues Festival nie brakuje, a wyznam, że ciężko by mi było bez tej imprezy żyć. Aczkolwiek parę pytań się ciśnie na usta. Dlaczego w tym roku zabrakło – obecnych przecież od pierwszej edycji – Norwegów? Skąd tyle VIP-ów, z których większość bluesa kompletnie nie czuje? Czy Park Konstytucji 3 Maja zawsze musi w czasie bluesowiska tak wieśniacko wyglądać? Pytania pytaniami, ale z niecierpliwością będę oczekiwał newsów o dziewiątej edycji festiwalu.

Fot. Wojciech Otłowski – www.wojciech-otlowski.pl

2 KOMENTARZE

Dodaj komentarz