To słowa Marii Sartovej, reżyser białostockiej „Cyganerii”, która w ostatni piątek, 24 marca na scenę Opery i Filharmonii Podlaskiej przywołała ducha paryskiej bohemy, zaklętego w znakomitej inscenizacji, pełnej emocji i klimatu Paryża, ale z lat 30. XX wieku.

Autor: Iwona Danilewicz

„Cyganerię” Giacomo Puccini zawsze wiązał ze swoimi losami. W „Scenach z życia cyganerii” Henri Murgera kompozytor odnalazł swoją historię. Nic dziwnego – już w pierwszych scenach opery pojawiają się jej główni bohaterowie – ubodzy artyści, którzy meandrując, próbują okpić właściciela kamienicy, by nie zapłacić czynszu. Sam Puccini w walizce „przemycał” polana do palenia w piecu. Ostatnie pieniądze, przesyłane przez krewnego, wydawał na wino i bilety do La Scali. Brzmi znajomo?

Prapremiera opery odbyła się w Turynie w 1896 roku. „Cyganeria” wywołała zachwyt publiczności, zaś krytycy nie zostawili na niej suchej nitki. To zabawne w kontekście upływu czasu, gdy myśli się o tym, że opera przetrwała tak długo, a nazwisk krytyków nie zapamiętał nikt – może poza znawcami tematu.

Czym ujęła odbiorców „Cyganeria”? Swoją ponadczasowością – ta opera to „klasyk”. Bez względu na czas akcji (w oryginale – wiek XIX, w białostockiej wersji – lata 30. XX wieku), przywołuje romantyczny klimat Paryża. To historia opowiadająca o miłości, namiętności, radości, fascynacji życiem, wreszcie zazdrości, a także końcu naiwności młodzieńczej i złudzeń, które zostają przerwane śmiercią słodkiej Mimi.

„Cyganeria”, chętnie wystawiana na krajowych i światowych scenach, wciąż porusza. Ze słowami Marii Sartovej – „Bohemą można być wyłącznie w Paryżu” – zgodziłby się z pewnością Puccini, z żywymi emocjami przyjmuje je także publiczność, której nieobce są skrajności takie jak entuzjazm i dramat, zamknięte w całość dzięki muzyce.

Upłynęło 121 lat od premiery w Turynie – „Cyganerię” w Białymstoku wyreżyserowała Maria Sartova, ostatnia uczennica wielkiej Ady Sari, proponując odbiorcom Dzielnicę Łacińską w Paryżu już w XX wieku, już nie Belle époque, ale czasy wielkiego kryzysu i mroźnych zim, lecz z pewnością nie kryzysu uczuć. Burzliwe relacje między Rodolfo i Mimi (w przedstawieniu operowym w dniu 24 marca w te role wcielili się Andrzej Lampert i Iwona Sobotka) oraz Musettą i Marcello (Ewa Vesin oraz Szymon Komasa) nadal fascynują i wzruszają. Miłosne duety prowadzą zachwycający dialog muzyczny – arie wybrzmiewają z niezwykłą siłą emocji artystów. Do tego gwar dawnego Paryża podkreślają sceny zbiorowe z udziałem członków Chóru OiFP oraz Chóru Dziecięcego.

Scenografia autorstwa Mariusza Napierały to zarówno zimna mansarda na poddaszu Dzielnicy Łacińskiej, jak i gwarna kawiarnia Momus – dzięki mechanice sceny zmiana następuje bardzo sprawnie i widowiskowo. Mariusz Napierała, tworząc kamienice paryskie, inspirował się m.in. pracownią La Ruche – Ulem, powstałym w 1902 roku, w którym tworzyli Chagall i Modigliani.

Zimą, w wieczór wigilijny poznajemy poetę Rodolfa, malarza Marcella, muzyka Schaunarda i filo­zofa Colline’a, poznajemy też Musettę i Mimi. Zanim nadejdzie wiosna, charakter opowieści zmieni się diametralnie. Humor i niekłamana radość przerodzą się w smutek i tęsknotę.

Piątkową premierę w OiFP w Białymstoku zakończyły owacje na stojąco. To tak jak u Pucciniego.

Więcej na temat CYGANERII w OiFP.

Fot. Niebywałe Suwałki – Marcin Tylenda

Dodaj komentarz