Już za kilka dni w Suwałkach wystąpi Kortez

Jeżeli jeszcze nie mieliście okazji go poznać, to nie lękajcie się. Co prawda swoim wyglądem może przypomina drugoligowego hiphopowca, a nawet osiedlowego rozrabiakę, ale to tylko pozory. Kortez to wyjątkowy wokalista i pianista, który jak nikt operuje emocjami. Nieprzegadany, skromny i prawdziwy od trzech lat wzrusza i leczy. Jak mówią – ewenement.

Kortez wystąpi w Suwalskim Ośrodku Kultury we wtorek, 29 maja o godz. 20.00.

Bardzo się cieszę, że mamy w końcu okazję porozmawiać. Nie jest łatwo umówić się z Tobą na wywiad.

Bez przesady, nie mieszkam na Marsie (śmiech). Faktycznie nie przepadam za wywiadami, co nie oznacza, że nie lubię rozmawiać. Większość dziennikarzy zadaje mi wcześniej przygotowane pytania i chyba chce mieć to jak najszybciej z głowy (śmiech). Lubię gadać z ludźmi po koncertach. Zdarza się, że po oficjalnym podpisywaniu zostaje grupka fajnych osób i rozmawiamy bez napięcia o życiu.

A co u Ciebie?

Stara bieda. Jak zapewne wiesz, moje małżeństwo rozsypało się jeszcze zanim zostałem Kortezem. Mam sześcioletniego synka, z którym spędzam każdą wyznaczoną przez sąd chwilę. Pozostały czas spędzam w busie i hotelach.

No tak… Twoja ostatnia płyta „Mój Dom” o tym opowiada. Gdy ją usłyszałam zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Wcześniej nie zetknęłam się z albumem, na którym tak klarownie zawarta jest cała historia związku i jego rozpadu. Jak powstała ta płyta?

Zacząłem od przygotowania szkiców piosenek. Kiedy były gotowe melodie pojawiły się pierwsze słowa i zwroty. Przeważnie wyrzucam z siebie różne myśli, które chaotycznie spisuje i pokazuje Agacie. Agata to zajebista laska z Jazzboya, która na samym początku roztoczyła nade mną swoistą opiekę. Kiedy przyjechałem do Warszawy by nagrywać piosenki Józek dał mi jej numer i powiedział, że ona mi we wszystkim pomoże i że trafiam w najlepsze ręce. Od tamtej pory pracujemy razem, to znaczy ja coś bazgrolę, a ona zamienia to na Fryderyki (śmiech).

Podoba mi się, że w odróżnieniu od większości młodych artystów śpiewasz po polsku.

Jestem stąd i Ci, dla których śpiewam też są stąd, więc po co miałbym się wygłupiać i śpiewać do nich po angielsku? Tu się urodziłem i nigdzie się nie wybieram. Oczywiście łatwiej zaśpiewać jakąś pseudopoezję w języku lengłidż niż odkryć się, wywalić flaki na stół i przyjąć krytykę. Na początku też chciałem chować się za angielskimi słowami, ale na szczęście spotkałem Agatę (śmiech).

Często śpiewasz o miłości lub jej braku, a Twoim elektoratem są kobiety. Może jest to związane z tym żeńskim pierwiastkiem zawartym w tekstach?

Słyszałem parę razy, że mój głos daje kobietom poczucie bezpieczeństwa, ale faktycznie, może bardziej chodzi o to, że za większością tych tekstów stoi kobieta.

Wyglądasz jak gość, którego niekoniecznie chciałabym spotkać w ciemnej uliczce. Tymczasem sądząc po tym co śpiewasz jesteś bardzo wrażliwy. Ukończyłeś też muzykologię w Rzeszowie.

Początkowo myślałem o matematyce, ale jak okazało się, że matma na maturze jest nieobowiązkowa to odpuściłem sobie. Poszedłem na studia do Rzeszowa, bo tam było najbliżej. Wcześniej chodziłem do szkoły muzycznej w Krośnie. Sześć lat grałem na puzonie, trzy na fortepianie. Dopiero później zacząłem grać na gitarze.

Założę się, że i tak częściej jesteś pytany o te wszystkie historie związane z pracą w lesie, czy na budowie niż o wykształcenie muzyczne.

Oczywiście. Że niby „taki wrażliwy, a na budowie pracował”. Umówmy się, każdy gdzieś kiedyś pracował (śmiech). A ja nigdy nie miałem ambicji, żeby piąć się po szczeblach kariery w korpo i zostać kierownikiem działu sprzedaży. Byłem przedszkolanką i uczyłem dzieciaki rytmiki, ale z tego nie dało się wyżyć, a właśnie urodziło mi się dziecko, więc musiałem poszukać lepiej płatnego zajęcia. Więcej można było zarobić przy wyrębie lasu, więc tam się załapałem i pracowałem fizycznie. Potem pracowałem na budowie. Zresztą pracując na budowie pierwszy raz usłyszałem w radiu swoją piosenkę. To było w marcu 2015 roku. Malowaliśmy ściany z jakimiś dwoma typkami, których nie znałem. W kącie stało małe pochlapane farbą radyjko z którego w pewnym momencie poleciało „Zostań”. Myślałem, że mam jakieś omamy, zdrętwiałem i serce zaczęło mi strasznie walić. Wybąkałem coś do tych kolesi, że to moja piosenka, a oni tylko spojrzeli po sobie i jeden mruknął: „taaaa…”

Nieźle! Byłeś też ochroniarzem w Biedronce.

Cieciem, a nie ochroniarzem. Różne rzeczy tam widziałem. Raz jakaś staruszka kradła ser. Widzę, że bida i głód. Mam ją aresztować i odebrać ten ser? Nie potrafiłem. Ale czasem się nie dało i trzeba było reagować. Kiedyś przyszło czterech wielkich typów, dwóch właśnie wyszło z pierdla i wódę kradną. Widzą mnie, ale kradną. W takim momencie z jednej strony myślisz o dziecku, o tym, że masz pracę, że dzięki temu na to dziecko zarabiasz, a z drugiej ta sytuacja wymaga jakiejś reakcji…

Jak wracasz teraz w rodzinne strony to jesteś tam pewnie gwiazdą.

Raczej nie. Jestem cwaniaczkiem, któremu się udało. „Moja córka też śpiewa, ale jej nie chcą. To dlaczego ciebie chcieli?!”. Narzekanie, przygnębienie, wiecznie źle. Kupisz sobie lepsze buty i już jest źle. Są też fajni, serdeczni ludzie, którzy życzą mi jak najlepiej, ale są w mniejszości.

Mimo ogromnej popularności jaką cieszysz się obecnie w Polsce jesteś postrzegany jako artysta, który odcina się od całej otoczki, która towarzyszy sławnym osobom. Stronisz od wszelkich imprez i miejsc, które kojarzą się z gwiazdorstwem i życiem celebrytów. Co jest tego powodem?

Nie zależy mi na tym jakoś szczególnie. Zdarzyło mi się kilka razy odbierać różne nagrody i być przez moment na takim, czy innym bankiecie, ale ja się w czymś takim nie odnajduję… Wolę pisać, komponować i tworzyć, bo to wydaje mi się ważniejsze, a cała reszta to dodatek, mimo, że często jest on nieunikniony. Kiedyś nie marzyłem, że uda mi się nagrać płytę. Byłem całkowicie zdezorientowany gdy zostałem rzucony na głęboką wodę i z małej miejscowości przyjechałem do Warszawy. Nie znałem tam nikogo i mogłem polegać tylko na kilku osobach, którym zaufałem. To była dobra decyzja.

Po nawiązaniu współpracy z Jazzboy’em twoja kariera potoczyła się bardzo szybko, a ty po wydaniu debiutanckiego albumu stałeś się niesamowicie popularnym artystą. Zresztą obie płyty pokryły się platyną.

Mówiąc szczerze, nie przypisuję sobie żadnego sukcesu. To, że te płyty powstały, było efektem współpracy wielu osób. Ja napisałem piosenki, ale masę pracy włożyli w nią także Olek i Agata. Przy pierwszej płycie pomagało nam także kilku innych tekściarzy. Ja miałem wtedy potrzebę wyrzucenia z siebie emocji, a nawet bólu i na tym się głównie skupiałem. Pracowaliśmy nad nią prawie dwa lata. Druga płyta wcale nie była łatwiejsza, choć zakładaliśmy, że zrobimy ją raz-dwa. Napisałem na nią kilkadziesiąt numerów, którym od początku nadałem właściwy charakter. Trzeba było je tylko porządnie nagrać, napisać teksty i zaśpiewać. I tu się zablokowaliśmy. Józek poprosił o pomoc tę samą grupę tekściarzy, którzy pracowali przy Bumerangu. Wszyscy napisali po kilka tekstów, ale nie pasowały. Zrobiło się mocno niezręcznie… Ostatecznie Agata wzięła to na siebie i z pomocą Maxa Kucharskiego i Mateusza Dopieralskiego zamknęliśmy płytę po 16 miesiącach pracy.

Efekt jest wyjątkowy! Raz jeszcze gratuluję pomysłu na „Mój Dom” i dziękuję Ci za rozmowę.

W naszym konkursie czytelnicy portalu „Niebywałe Suwałki” mogą wygrać 3 podwójne zaproszenia na koncert Korteza w SOK-u. Wystarczy, że do 27 maja do godz. 20.00 wyślą do nas mailem (redakcja@niebywalesuwalki.pl) odpowiedź na pytanie: Muzyki jakich zespołów słuchał ze swoim ojcem Kortez? Zwycięzców wylosujemy (ich nazwiska opublikujemy na naszej stronie). Zaproszenia wygrali: Kasia Ostrowska; Grzegorz Ulikowski; Anna Iwaszko.

Dodaj komentarz