„Pewnego razu… w Hollywood”, nowy film Quentina Tarantino, to wycieczka do Los Angeles 1969 roku, gdzie wszystko zaczyna się zmieniać. W „Cinema Lumiere” w Suwałkach film obejrzymy już podczas pokazów premierowych w dniach 14 sierpnia i 15 sierpnia.

Najnowszym, dziewiątym, filmem – „Pewnego razu… w Hollywood” – Quentin Tarantino kontynuuje swą misję, która polega na konsekwentnym zaskakiwaniu i oszałamianiu publiczności. I choć w filmie znajdziemy wszystko, co nierozerwalnie wiąże się z kinem mistrza – zupełnie nową, oryginalną historię, żywe, silne postacie, pokazane brawurową techniką – jego dziewiąty film jest zrazem nowym otwarciem w karierze tego scenarzysty i reżysera. Całość prowadzona jest przez historię postaci, które zobaczymy na ekranie. Widzimy, jak mierzą się z dojrzałością, niespełnionymi oczekiwaniami, czyli wszystkim tym, z czym w pewnym wieku mierzy się każdy człowiek. Ale w Hollywood wszystko to jest jakby spotęgowane, bardziej dramatyczne, a sukces i porażka mieszkają obok siebie. W tym filmie – w sensie przenośnym i dosłownym. Na ekranie zobaczymy dwóch największych filmowych gwiazdorów naszych czasów – po raz pierwszy we wspólnym filmie. Odtworzą na naszych oczach utraconą epokę Hollywood… Kolejne dzieło w dorobku Quentina Tarantino wyświetlono po raz pierwszy podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Cannes. Projekcję zakończyła siedmiominutowa owacja na stojąco.

Osadzając akcję w 1969 roku, Tarantino odtwarza miejsca i czas, które uformowały go jako twórcę filmowego. Czas, w którym wszystko – Los Angeles, Hollywood, system zarządzania gwiazdami ekranowymi, a nawet filmy – znajdowało się w punkcie zwrotnym i nikt nie mógł przewidzieć kierunku, w którym to wszystko będzie dryfować. A wszystko to – wbrew pozorom – nie jest aż tak odlegle od dzisiejszego Hollywood…

W centrum wydarzeń jest Rick Dalton, w którego postać wciela się laureat Oscara Leonardo DiCaprio. W latach pięćdziesiątych i na początku sześćdziesiątych Rick był gwiazdą popularnego serialu „Bounty Law”, ale – choć wszyscy mu to wróżyli – nie udało mu się wznieść na poziom gwiazdy filmowej. Teraz, gdy Hollywood zmienia estetykę na hipisowską, Rick zaczyna czuć, że jego czas właśnie minął. Rozważa więc, czy wciąż jeszcze jest dla niego szansa. – Rick jest produktem ubocznym lat pięćdziesiątych, zaistniał wtedy, stał się gwiazdą, ale jego pociąg odjechał mu sprzed nosa – mówi Leonardo DiCaprio – Pracując nad tą postacią z Quentinem, patrzyliśmy na historię Ricka Daltona jako na przykład ogromnego braku zaufania – jego nieumiejętność bycia wdzięcznym za pozycję, jaką się cieszy, nieumiejętność docenienia tego, co ma. To ktoś, kto właściwie bez przerwy tęskni za czymś więcej.

U jego boku jest Cliff Booth, weteran wojenny, dziś pracujący jako kaskader dublujący Ricka w niebezpiecznych scenach. W jego postać wciela się Brad Pitt. Przez lata ich kariery ewoluowały, by dziś znaleźć się w punkcie zwrotnym. Wiedzą, że mają siebie nawzajem, to właściwie jedyne, czego mogą być pewni. Cliff udowodnił swą lojalność wielokrotnie i vice versa – są dla siebie rodziną. – Nasze postaci zbudowane są na relacji aktor-dubler – mówi Brad Pitt – Rozmawialiśmy na temat Steve’a McQueena i Buda Ekinsa, którzy tworzyli zgrany duet podczas prac nad „Wielką ucieczką”, ale także o relacji Burt Reynolds – Hal Needham. Szczerze mówiąc, to rozmawialiśmy z Burtem na ten temat, co było fascynujące. Kiedyś po prostu to wszystko wyglądało nieco inaczej, te więzi były dużo silniejsze. Cliff i Rick polegają na sobie. Kiedyś też ta praca była dużo bardziej wyczerpująca, dużo bardziej ryzykowna – toteż posiadanie przyjaciela, partnera było wszystkim. Choć i dziś jest to ważne.

Przez drogę, którą przebywają Rick i Cliff, przewija się mnóstwo prawdziwych lub zmyślonych postaci. Wcielają się w nie wielkie gwiazdy Hollywood. Al Pacino gra Marvina Schwarzsa, emerytowanego agenta, zachwalającego zalety włoskich westernów. Kurt Russell to Randy, nadzorca zespołów kaskaderskich na hollywoodzkich planach filmowych. Dakota Fanning wciela się w postać Squeaky, dziewczyny z rodziny Charlesa Mansona. I wreszcie Margot Robbie, która portretuje postać Sharon Tate, naiwnej idealistki, która właśnie wprowadziła się do domu sąsiadującego z domostwem Ricka. Jest żoną Romana Polańskiego, którego sukces „Dziecka Rosemary” wywindował do poziomu najgorętszego reżysera w mieście. Oboje znajdują się na każdej liście luksusowych przyjęć, które Hollywood tak lubi celebrować. Są częścią high life’u. – Rick Dalton mieszka obok Romana i Sharon, ale są niedostępni – mówi Margot Robbie – Wszystko to, czego – jak sądzi Rick – pragnie, wydaje się na wyciągnięcie ręki, a jednak jest niedostępne.

Dla samego Tarantino zestawienie tych trojga było ważne, ponieważ reprezentują trzy poziomy klasowe Hollywood. – W tym mieście oni wszyscy mogą koegzystować obok siebie – mówi Quentin Tarantino – Fascynuje mnie idea eksploracji tamtego czasu, tamtej ery Los Angeles, Hollywood. Ten film jest częścią mojej pamięci. Mieszkałem w Los Angeles County, w Alhambrze, w 1969 roku. Pamiętam, jakie filmy były wtedy w kinach, pamiętam, co leciało w telewizji, pamiętam dzieciaki, które prowadziły programy, zyskując chwilową sławę. Pamiętam radio KHJ, które grało właściwie bez przerwy. Pamiętam, jak ludzie słuchali radia w samochodach – nie przełączało się piosenki, szukając następnej. Miałeś tylko jedną stację i słuchałeś tego, co zaproponowano. Głośno, z zachwytem, nie wyłączając, nie ściszając, kiedy prezentowano reklamy. Część tego wszystkiego ukształtowała mój umysł, przeorała mózg.

W naszym konkursie można wygrać 2 pojedyncze bilety na pokazy tego filmu w Cinema Lumiere (od 16 sierpnia). Wystarczy do 16 sierpnia do godz. 20.00 wysłać do nas mailem: redakcja@niebywalesuwalki.pl odpowiedź na pytanie: Jak nazywają się uniwersa, w których akcje swoich filmów osadza Quentin Tarantino?

Bilety wygrywają: Agata Truchel i Sebastian Zapolski.

Dodaj komentarz