Boże Ciało”, polski kandydat do Oscara, to inspirowana prawdziwymi zdarzeniami historia chłopaka, który po wyjściu z zakładu poprawczego postanawia udawać księdza. Film trafi do kina 11 października. Jednym z miejsc, w których będzie można produkcję obejrzeć już w dniu premiery, jest Cinema Lumiere w Suwałkach.

W rolę księdza wciela się Bartosz Bielenia („Na granicy”). Pozostałą część obsady dopełniają utalentowani aktorzy młodego pokolenia – Eliza Rycembel („Obietnica”, „Carte Blanche”) i Tomasz Ziętek („Cicha Noc”, „Konwój”), zdobywcy prestiżowych wyróżnień dla najlepszych aktorów festiwalu w Gdyni – Aleksandra Konieczna („Ostatnia Rodzina”) i Łukasz Simlat („Amok”) oraz Leszek Lichota – główna gwiazda jednego z najpopularniejszych krajowych seriali – „Wataha”. Autorem nagrodzonego w konkursie Script Pro scenariusza do „Bożego Ciała” jest Mateusz Pacewicz. Za zdjęcia odpowiada ceniony operator filmowy – Piotr Sobociński Jr. („Wołyń”, „Bogowie”, „Drogówka”). Fascynującą muzykę do filmu skomponował wybitny duet kompozytorów, Evgueni i Sacha Galperine, autorzy muzyki do takich filmów jak „Niemiłość” Andrieja Zwiagincewa, „Przeszłość” Asghara Farhadiego czy ostatnio „Dzięki Bogu” Françoisa Ozona. „Boże Ciało” to niezwykle oryginalny projekt w polskim i europejskim kinie – odważna produkcja ocierająca się o tematy tabu, dotykająca kwestii społecznych podziałów oraz skomplikowanej duchowości młodych ludzi. Film znalazł się w Konkursie Głównym 44. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, gdzie wśród 18 innych produkcji powalczy o najważniejsze polskie nagrody filmowe – „Złote Lwy”.

Boże Ciało” to historia 20-letniego Daniela, który w trakcie pobytu w poprawczaku przechodzi duchową przemianę i skrycie marzy, żeby zostać księdzem. Po kilku latach odsiadki chłopak zostaje warunkowo zwolniony, a następnie skierowany do pracy w zakładzie stolarskim. Zamiast się tam udać, Daniel kieruje się do miejscowego kościoła, gdzie zaprzyjaźnia się z proboszczem. Kiedy, pod nieobecność duchownego, niespodziewanie nadarza się okazja, chłopak wykorzystuje ją i udając księdza zaczyna pełnić posługę kapłańską w miasteczku. Od początku jego metody ewangelizacji budzą kontrowersje wśród mieszkańców, szczególnie w oczach surowej kościelnej Lidii. Z czasem jednak nauki i charyzma fałszywego księdza zaczynają poruszać ludzi pogrążonych w tragedii, która wstrząsnęła lokalną społecznością kilka miesięcy wcześniej. Tymczasem w miasteczku pojawia się dawny kolega Daniela z poprawczaka, a córka kościelnej, Marta, coraz mocniej zaczyna kwestionować duchowość młodego księdza. Wszystko to sprawia, że chłopakowi grunt zaczyna palić się pod nogami. Rozdarty pomiędzy sacrum i profanum bohater znajduje w swoim życiu nowy, ważny cel. Postanawia go zrealizować, nawet jeśli jego tajemnica miałaby wyjść na jaw…

Wywiad z reżyserem filmu, Janem Komasą:

Jak to się stało, że zdecydowałeś się zrealizować „Boże Ciało”? Kiedy trafiłeś na reportaż Mateusza Pacewicza, na podstawie którego powstał scenariusz?

Reportaż Mateusza trafił do producenta i scenarzysty Krzysztofa Raka, który wpadł na pomysł, by powstał z niego scenariusz. Krzysiek zadzwonił więc do Mateusza i namówił go, żeby go napisał, a on się zaopiekuje całym projektem. Mateusz nie był jeszcze wtedy scenarzystą. Kiedy powstała pierwsza wersja tekstu, Krzysiek wysłał go do mnie z pytaniem, czy chciałbym ten film zrealizować. Oczywiście chętnie go przeczytałem, naniosłem jakieś swoje poprawki, które wydawały mi się istotne i znaczące. Ponieważ było ich sporo, założyłem, że producent ze scenarzystą mogą ich „nie poczuć” i postanowić iść własną drogą. Wtedy „Boże Ciało” miałoby innego reżysera. Tymczasem obaj wzięli je absolutnie na poważnie, zmienili tekst zgodnie z tym, co zaproponowałem i przesłali mi go znowu. Ta wersja była już bardzo bliska tego, co chciałem zobaczyć na ekranie. Podjąłem decyzję o wejściu w ten projekt, zaczęliśmy wspólnie pracować nad tekstem, szlifować go, spotykać się. Krzysztof poznał w międzyczasie Leszka Bodzaka, który wraz z Anetą Hickinbotham dostał właśnie nagrodę na festiwalu w Gdyni i stawali się gwiazdami młodego pokolenia producentów filmowych. Aneta i Leszek znaleźli się z nami na pokładzie, a ja chyba po raz pierwszy miałem wrażenie, że wszystko idzie zgodnie z planem. Miałem bardzo dużo szczęścia.

W którym kierunku szły twoje poprawki w scenariuszu, czemu myślałeś, że mogły się nie spodobać producentowi i scenarzyście?

Przede wszystkim chciałem się jeszcze bardziej zdystansować i oderwać od historii opisanej w reportażu Mateusza. Dołożyłem cały wątek o mrocznej przeszłości głównego bohatera i tego, że przeszłość do niego w końcu wraca. Wydaje mi się, że dodało to sporo dramatyzmu, takiego „pazura” całej akcji. Daniel ma swoje demony, musiałem go wzmocnić i pokazać różne konflikty, które go bardzo męczą. Zyskaliśmy mroku, gatunku, choćby jego minimalną szczyptę, żeby „Boże Ciało” nie było czystym dramatem czy obyczajem, ale miało zabarwienie thrillera psychologicznego.

Masz wrażenie, że razem z „Bożym Ciałem” dojrzałeś? Że jesteś mniej kontrowersyjny formalnie, ale bardziej – tematycznie i narracyjnie?

Ciężko powiedzieć, czy dojrzałem, ale na pewno trudno byłoby wprost stwierdzić, że się z biegiem czasu nie nabiera czegoś: świadomości, doświadczenia, dojrzałości. Jeśli chodzi o styl z „Miasta 44” czy „Sali samobójców” to jest on dokładnie tym, co uwielbiam najbardziej. Bardzo mocno go czuję. Na takim kinie wyrosłem. To ono definiuje to, gdzie się urodziłem jako filmowiec. Zrodziło mnie kino trudne, ale o silnym popkulturowym odchyle. Zrobiłem kiedyś etiudę, która dostała się nawet na festiwal do Cannes i zdobyła tam nagrodę – „Fajnie, że jesteś”. Ten styl powtórzyliśmy w „Bożym Ciele”. To jest po prostu styl, który pasuje do tego rodzaju opowiadania, do tych bohaterów i sytuacji. Waga tematu, trudności z tym związane, wymagają określonych środków. Dlatego trzeba było skorzystać z innego worka, z innej grupy pomysłów. To zupełnie inna półka niż do tej pory. A więc sposób realizacji „Bożego Ciała” to konsekwencja kilku w sumie czynników – istotności tematu, która winduje ten film w zupełnie inne rejony niż sądziłem, że kiedykolwiek dotrę. Na pewno nie spodziewałem się, że zajmę się duchowością. Mój klucz reżyserski do niego polegał na tym, że chciałem za wszelką cenę odkryć tajemnicę Daniela, jakakolwiek by ona nie była. Co ciekawe, chociaż „Boże Ciało” różni się stylistycznie od moich pozostałych filmów, nie symbolizuje jakiejś dużej, znaczącej zmiany. Mój kolejny film – „Sala samobójców. Hejter” znowu będzie powrotem do tego, co było od strony stylistycznej i formalnej. Wróci kicz, a nie ukrywam, że strasznie mnie do niego ciągnie (śmiech). Jeśli chodzi natomiast o język kina w ogóle, to często jest tak, że jak ktoś wykracza poza przyjęte normy czy schematy, jest gorzej odbierany, uznaje się go za „trudnego”. Trochę jak z impresjonistami, kubistami czy abstrakcjonistami, którym się swego czasu zarzucało, że nie potrafią malować. Mam nadzieję, że dziś mi się już nie zarzuca, że nie umiem malować (śmiech), ale raczej, że robię rzeczy nowatorskie, niepokorne.

Każdy twój film to niezwykłe doświadczenie, ale też fantastycznie dobrany casting. Młodzi aktorzy pojawiający się u ciebie w pierwszych ważnych rolach zamieniają się w prawdziwe gwiazdy, jak na przykład Zofia Wichłacz. W „Bożym Ciele” pojawiają się fenomenalni Bartosz Bielenia, Eliza Rycembel i Tomasz Ziętek. Jak tworzysz dynamikę na planie, że wydobywasz z aktorów to co najlepsze?

Ciężko mi to ocenić ze swojego miejsca. Lubię na pewno ryzykować i oczywiście myśląc o chłopaku, który pochodzi z dosyć trudnego środowiska, pomyślałem o Bartku – androgenicznym chłopaku, piekielnie zdolnym, ale kojarzonym z eksperymentalnym teatrem. Cały ten pomysł z zaangażowaniem go wydawał mi się wystarczająco sexy (śmiech). Wiedziałem na co go stać, więc od razu zestawiłem go sobie w głowie z postacią głównego bohatera. Bardzo lubię, jak reżyserzy sięgają po casting, który nie jest w pierwszej chwili oczywisty. Świetnie, kiedy udaje się dotrzeć do celu z najmniej spodziewanym wyborem. Ma się wtedy poczucie, że się coś odkrywa, a widz będzie mógł z nami przeżyć coś wyjątkowego. To ten sam rodzaj ekscytacji, którą Bartek czuł odkrywając w sobie Daniela, a Tomek Ziętek – odkrywając w sobie Pinczera. Jeżeli i aktor, i reżyser odczuwają podskórnie możliwości roli, nigdy nie wolno tego ignorować. Można wtedy naprawdę zdziałać więcej. To naprawdę ekscytująca sprawa. Podobnie jak podjęte przez nas ryzyko nie ruszania kamery w czasie zdjęć. W „Bożym Ciele” kamera przez 95% czasu stoi w miejscu. To jest bardzo rzadki chwyt, dość też ryzykowny. Tylko i wyłącznie w pierwszej i ostatniej scenie kamera jest z ręki, tylko cztery czy pięć razy porusza się delikatnie na szynach, ale nie przejeżdża dłużej niż pół metra. Tego typu zabieg wymagał od nas bardzo dokładnego wymierzenia sceny, odległości między aktorami, opracowania i ustawiania kadru.

Boże Ciało” realizowaliście praktycznie na odludziu, w Bieszczadach. Jak tam na Bartka w sutannie reagowali miejscowi?

Zauważyłem, że kiedy rozkręca się szaleństwo zwane filmem, to zacierają się granice między fikcją i rzeczywistością. Często wtedy dochodzi do zabawnych sytuacji. Kilka razy zdarzyło się na przykład, że Bartek nie zdejmował koloratki i ludzie miejscowi rzeczywiście brali go za księdza. Koloratka powoduje, że ludzie momentalnie zmieniają swój stosunek do człowieka. Szczególnie w takim miejscu, z dala od większego miasta. Koloratka wzbudza respekt, ludzie nie zadają pytań. Wszystko można kwestionować, ale nie koloratkę. To prostsze niż się wydaje.

W filmie Bartek kilkakrotnie wygłasza płomienne kazania do wiernych, zacierają się granice między Danielem – chłopakiem z poprawczaka i duchownym, księdzem. Czy były to elementy zaplanowane, czy przeciwnie – improwizowane?

W Bartku to jest wspaniałe, że jest naprawdę światłym człowiekiem. To nie jest chłopak, który po prostu starał się odzwierciedlić postać ruchami, wyglądem, zachowaniem, emocjami, ale ideologią. Był do tego absolutnie gotowy, też w warstwie psychologicznej. Bardzo się przygotowywał do roli. Namiętnie czytał Pismo Święte, katechizm, encykliki papieskie. Bartek jest bardzo inteligentnym i oczytanym człowiekiem, szczególnie zainteresowanym tematami z zakresów światopoglądowych i religii. Dowiedziałem się od niego bardzo wielu rzeczy. Wydawało mi się, że ja się przygotowałem bardzo starannie, ale okazało się, że miałem wspaniałego partnera, który wypełnił całą dawkę Daniela również światopoglądowo. Daniel nie jest filozofem, ale reprezentuje stanowisko i postawę, które można ująć w poważniejsze ramy. Trzeba być po prostu na to gotowym.

W naszym konkursie można wygrać 2 pojedyncze bilety na dowolny pokaz filmu „Boże Ciało” w Cinema Lumiere w Suwałkach. Wystarczy do 6 października do godz. 20.00 wysłać do nas mailem: redakcja@niebywalesuwalki.pl odpowiedź na pytanie: Gdzie, kiedy i w czym zadebiutował Bartosz Bielenia, odtwórca głównej roli w „Bożym Ciele”? Zwycięzców wylosujemy. Bilety wygrywają: Katarzyna Michaluk i Patryk Koper.

Dodaj komentarz