Zaczęło się od gruszy. Abisynki. Paweł Średziński dedykuje tę książkę o drzewach konkretnej gruszy, która wrosła w jego tożsamość bardzo głęboko, dotykając przeszłości z niemal automatycznym przywołaniem wspomnień z dzieciństwa. To dużo mówi o tym, czym jest ta książka. I o tym, jak należy ją czytać. Niespiesznie, najlepiej na zewnątrz, w cieniu ulubionego drzewa.
Jest coś szczególnego w literaturze, którą sygnuje „Paśny Buriat” – za każdym razem, przy każdej lekturze wywołuje we mnie zadziwienie i radość jednocześnie. Każda książka wyrasta z konkretnego miejsca, konkretnych doświadczeń – ta akurat nie z idei miejsca, nie z jego turystycznej wersji, ale z jego zapachu, ze sposobu, w jaki pada tu światło o świcie, z nazw wsi, które brzmią jak dawno zapomniane słowa w języku, który już niemal przestał istnieć. Średziński pisze o Podlasiu tak, jak pisze się listy do kogoś bliskiego.
Drzewa są tu pretekstem do czegoś znacznie poważniejszego, każda z opowieści niesie inną wartość – skłania do zadania pytania o to, co pamiętamy i co pozwalamy sobie zapomnieć. O tym, jak krajobraz przechowuje historię wtedy, gdy ludzie już jej nie chcą pamiętać i nie potrafią dźwigać. O tym, że aleja starych lip przy nieistniejącym dworze jest dokumentem równie wiarygodnym jak każde archiwum. I o wiele trwalszym.
Paweł Średziński w swojej opowieści wychodzi od spotkań i rozmów. Od rozmowy z Tomkiem, „kustoszem białowieskich olbrzymów”, który mówi o świerkach przekraczających pięćdziesiąt metrów jak o osobach, które zna z imienia i których losy śledzi uważnie, bo powoli ich ubywa. Zostały może dwie sztuki. Dwa drzewa tej wysokości, a może raczej – tego wzrostu? Gdzieś w rezerwacie ścisłym, gdzie las jeszcze może być sobą.
A potem ze swoją historią wchodzi Grażyna. Przewodniczka po Puszczy Białowieskiej, która oswaja turystów z widokiem martwego drewna. Oswaja – to jej słowo, bo rzeczywiście trzeba się oswoić z tym, że w prawdziwym lesie coś gnije, leży, próchnieje i w tym próchnieniu mały świat kipi życiem; że to, co wygląda jak bałagan, jest porządkiem bardziej złożonym niż każdy, który człowiek potrafi zaprojektować. Grażyna mówi też o ciszy w czasie spotkań z grupami odwiedzających Puszczę – wspomina, że owszem, słowa są ważne i że je lubi, ale niekiedy ludzki język nie jest w stanie opisać tego, co może poczuć serce. I że cisza jest właśnie po to, żeby to połączenie znaleźć. Zatrzymało mnie to zdanie – mam takie same doświadczenia.
Autor ma pewien nieoczywisty dar – potrafi pisać o ludziach i o drzewach jednocześnie, nie rozdzielając tych dwóch rzeczywistości. Wybrał też takich bohaterów, by ich losy mogły przeplatać się w tych dwóch światach – we wspólnym byciu w naturze.
Marta z Janowa, radna, biegaczka po puszczańskich ścieżkach, kobieta, która wie, że las to sanatorium i spa w jednym, chce, żeby dęby na lokalnej ścieżce nosiły imiona ważnych ludzi. Jeden z nich ma zostać połączony z Józefem Marcinkiewiczem, wybitnym matematykiem z okresu międzywojennego, urodzonym w Janowie, ofiarą zbrodni katyńskiej, zamordowanym w wieku trzydziestu lat. Jest w tym geście coś, co mnie poruszyło bardziej niż się spodziewałam. Drzewa jako nośniki pamięci o ludziach. Nie pomniki z brązu, niekoniecznie udane, nie tablice na ścianie budynku, ale żywy organizm, który będzie rósł jeszcze przez stulecia, kiedy już wszyscy, którzy dziś pamiętają czyjeś imię, dawno przeminą.
Temat ciągłości kulturowej i religijnej, budowania wspólnej pamięci to w tej książce jeden z ważniejszych wątków. Ciągnie go doktor Aneta Kułak, badaczka zabytków z województwa podlaskiego, która na kartach książki wspomina, że drzewa towarzyszyły nie tylko kościołom i cerkwiom, ale i meczetom. W wiejskim pejzażu wzgórze obsadzone drzewami oznaczało miejsce sacrum. Miododajne lipy i wiotkie brzozy wokół kościołów miały nieść energię opiekuńczą, jak wierzono. Dęby kojarzone były z długowiecznością. Umiejętność odczytywania historii z krajobrazu jak czytanie tekstu – potraficie tak?
Kułak mówi też coś, co można zauważyć coraz częściej w życiu publicznym: po drzewach się nie płacze. Uznaje się je za zagrożenie, za coś, co zaśmieca teren liśćmi i zasłania widok. Nieuchronna, codzienna, biurokratyczna i ideologiczna wojna z drzewami, która toczy się w tle naszego życia tak konsekwentnie, że przestajemy ją zauważać to chyba najczęściej pojawiający się wątek w autorów i autorek „Paśnego Buriata”. Ten element wspólny, spostrzeżenia i doświadczenia coraz większej grupy ludzi powinny niepokoić. Bacznie obserwujmy, co dzieje się wokół nas i co mówią ludzie, którzy drzew nie cenią.
Starosta sokólski w 2024 roku ogłosił wielką wycinkę wzdłuż dróg i nazwał drzewa chwastami. Argument: stanowią zagrożenie dla kierowców. Paweł Średziński komentuje to krótko i celnie: to nie drzewa łamią przepisy ruchu drogowego. Zmęczenie powtarzalnością takich schematów też jest w tej książce bardzo obecne i odczuwalne.
Są w tej książce też drzewa zwykłe i niezwykłe jednocześnie, choćby brzoza, tak polska, że aż mdleje od nadmiaru patriotyzmu, ale tu opisana ze świeżością; osika, niedoceniana, traktowana jak chwast, a będąca domem dla motyli i drzewem-szumem ciągłym, charakterystycznym, wynikającym z kształtu liścia i długiego ogonka, na którym drży w każdy wietrzny dzień. Sosna nie taka zwyczajna. Świerk nie taki pospolity. Dąb, z którego dawniej robiono mąkę i kawę żołędziową, której, jak zaznacza autor, warto spróbować także dziś. Poleca z mlekiem. I grab, który im starszy, tym bardziej wymyka się ludzkiej kontroli. Fantazyjny, nieprzewidywalny, zaskakujący. Taki jak las, gdy zostawić go w spokoju.
Czytając tę książkę, pomyślałam o Suwalszczyźnie inaczej niż zwykle. Ile jest drzew, który łączę z konkretnymi miejscami… A Wy, przywołując wspomnienia, miejsca ze swojej pamięci – myślicie o ludziach, zdarzeniach konkretnych, architekturze czy przyrodzie? Paweł Średziński zachęca na końcu, żeby wyjść i znaleźć swoje drzewo. Zbudować własny, prywatny przewodnik. Zatrzymać się przy czymś, co się kiedyś mijało albo mija się na co dzień.
Gruszka Abisynka czeka na kogoś, kto wróci i sprawdzi, czy jeszcze tam jest. Może to będziesz Ty?
Liczba stron: 284
Rok wydania: 2026, wydanie I
ISBN: 978-83-976904-2-4
Ilustrowana: TAK (kolorowe i czarno-białe fotografie)









