Wielkie koncerny próbują wprowadzić GMO do Polski tylnymi drzwiami. W grę wchodzą gigantyczne pieniądze, więc walka będzie zacięta. Nie bez powodu Henry Kissinger powiedział kiedyś, że kto kontroluje produkcję żywności, ten rządzi światem.
Pomidor z genem ryby, karp i ryż z genami człowieka, wreszcie soja i kukurydza z genami bakterii. To właśnie GMO – żywność modyfikowana genetycznie, o której w Polsce zrobiło się głośno za sprawą ustawy o nasiennictwie. Co prawda zawetował ją prezydent, ale podobno tylko dlatego, że była „bublem legislacyjnym”. Bronisław Komorowski stwierdził w mediach, że nie jest przeciwnikiem GMO. W końcu jak można być przeciwnym czemuś, o czym wiadomo niewiele.
Mutant czy nowa, bezpieczna odmiana
Jest za wcześnie, by mówić o chorobach wywoływanych przez GMO. W tej chwili jesteśmy królikami doświadczalnymi. Co więcej, na świecie nastąpiła komercjalizacja nauki. Kto ma pieniądze, ten decyduje o wynikach badań – uważa Michał Grnyo, działający w ruchu slow-foodowym na Suwalszczyźnie. Ta opinia nie jest odosobniona. Wielu naukowców zaczyna głośno mówić o zagrożeniach związanych z GMO.
Z tematyką żywności genetycznie modyfikowanej łączy się także stosowanie na masową skalę herbicydu Roundup. Niektórzy sugerują, że środek może wywoływać m.in. nieprawidłowości w rozwoju płodów ludzkich. Mimo to, naukowcy poszli o krok dalej. W laboratoriach koncernu Monsanto już w ubiegłym stuleciu narodził się pomysł, by zamiast nowych herbicydów stworzyć roślinę odporną na wszystkie istniejące środki. Tak powstały odmiany Roundup Ready – m.in. soja transgeniczna.
Co mamy wspólnego z GMO?
Ameryka jest daleko, ale problem GMO nie jest wcale tak odległy. Uprawy modyfikowane genetycznie są już w naszym regionie. – W jednej z najbardziej ekologicznych gmin – w Korycinie – jest kilkanaście pól eksperymentalnych z GMO – twierdzi Michał Grnyo. Jak dodaje, podobnie wyglądały początki GMO w Stanach Zjednoczonych.
– W połowie lat 90. Sąd Najwyższy w USA uznał, że nie można patentować czegoś, co wytworzyła natura. Naukowcy poszli więc o krok dalej i w laboratorium stworzyli nowe odmiany roślin – przypomina Michał Grnyo z Convinium Vigrensis. Amerykańskim farmerom, których pola sąsiadowały z plantacjami GMO, w pewnym momencie koncerny zaczęły zarzucać, że ukradli ziarno. A za odmiany GMO za oceanem trzeba słono płacić. W tym układzie nie istnieje koprodukcja żywności, którą propaguje ruch slow-foodowy. Chodzi o to by nawet z rolnika zrobić konsumenta. Jaka będzie historia GMO w Polsce – tego nikt nie może przewidzieć. – Przyrody nie da się zamknąć w klatce – dodaje rozmówca.
Po co schron na Spitsbergenie?
Wiele organizacji występujących przeciwko GMO powtarza, że żywność modyfikowana genetycznie to „spisek naukowców, rządu USA i koncernów”. Gdy pominie się wszystkie teorie spiskowe powstające wokół tej kwestii, można natrafić na interesujące informacje. GMO to przecież temat skomplikowany. Podobnie jak spichlerz „czystych” nasion na Spitsbergenie, który został uruchomiony w 2008 roku. Znajdują się w nim nasiona wszystkich gatunków roślin. Budynek przypomina atomowy schron. Zaraz po otwarciu został nazwany „Arką Noego”.










