Groszowe sprawy – Takatuka bez cenzury

Groszowe sprawy – Takatuka bez cenzury Niebywałe Suwałki

Przedpołudnie ustawione było od rana. Terminarz przewidywał całkiem sporą ilość rzeczy do wykonania. Tuż popołudniu nadchodził czas, kiedy należało wybrać się w podróż. Było ciepło, północne jeszcze, jakby poranne powietrze ogrzane przez długo wyczekiwane słońce, przyjemnie wypełniało wnętrze samochodu. Ludzie zdejmowali poliestrowe marynarki, zamykali oczy przed promieniami słońca. Osiedle pachniało koszoną trawą i arbuzem. Czerwiec… Pośpiech nie jest dobrym kompanem do przedpołudniowych akcji, no ale cóż… Jednym z punktów porannych aktywności, okazała się wizyta w popularnym osiedlowym banku.

Autor: Artur Sawicki

Przedziwne ustawienie zabezpieczeń w drzwiach wejściowych spowodowało, że dłoń powędrowała pod czapkę i podrapała wilgotne czoło. Chorzy na klaustrofobię niestety nie mogliby z tego wejścia skorzystać. Tu zdaje się, odnotowałem przejaw dyskryminacji – ze względu na klaustrofobię. Otóż, petent wchodzi o przezroczystej kapsuły. W momencie, kiedy zamkną się za nim drzwi, naciska odpowiedni guzik, który otwiera właściwe drzwi do placówki. Wymagany jest dość wysoki poziom cierpliwości, bo pospieszne przyciskanie guzika, kiedy drzwi pierwsze są otwarte – niczym nie skutkuje, a nawet całą operację może nieznacznie opóźnić. Dostałem się do środka, naturalną koleją rzeczy ustawiłem w kolejce. Mimo aktualności owej sytuacji, tu można spotkać zupełnie przyzwoitą kolejkę. Pomieszczenie wypełniały promienie słońca, było bardzo ciepło. Klimatyzator nie miał zamiary wzbudzić przywiązanej doń fioletowej tasiemki. Oszczędzamy. Zrezygnowany ogonek marudnie szurał w kierunku okienka, z którego pracujący korpus życzył wszystkim udanego dnia, zapraszał ponownie.

Czymże ludzie zasłużyli sobie na sterczenie w kolejkach? Skrupulatne omawianie zagadnień związanych z opłatą rachunków trwało kilkanaście minut. Mój przyjaciel pośpiech wyszedł z kolejki po 2 minutach. Stoję… Analiza tabeli opłat i prowizji bankowych, wysokości zobowiązań, zarobków, koniunktury nomenklatury i makulatury trwało wieczność. Rozpromieniona starsza postać odeszła od okienka, ściskając w dłoni czerwone druczki. Kiedyś z dumą ściskali pewnie czerwone legitymacje, dziś ze smutkiem tylko czerwone druczki.

Kolejka się ożywia, no przecież następna osoba dosięga wstęgi mety, kładzie łokcie na chłodnym marmurowym kontuarze, mimo iż wysokość tegoż jest odpowiednia, wypina się tyłkiem do reszty. W takiej pozycji, na w pół leżąc, podaje kolejne druczki do opłat, zadaje pytanie, pewnie zwyczajowo, jak co miesiąc: Ile kosztuje opłata… Tyle a sryle… gadający korpus wciąż jest niezwykle pomocny. W głowie z zapadniętymi oczami chciałem zobaczyć szaleństwo. Chciałem, żeby jak w filmach panienka z okienka rozwaliła komuś łeb, albo chociaż powiedziała: gdzie mnie tu kładziesz się łajzo. Bezruch jest dodatkowo wspomagany nieustającą myślą o nadchodzącej wypłacie, stałej, regularnej, wiadomo jakiej. Niestety, w duchu troski o abonament i prawa autorskie, nie gra nawet radio. Ktoś pochrząkuje, ktoś gruźliczo kaszle. Średnia wieku sporo powyżej mojej… I czemuż się dziwić, wszyscy w moim wieku są, a raczej powinni być w robocie. Mnie udało się obejść w środku czerwca święto 3 Maja. Stercząc, przestępując z nogi na nogę, leniwie otarłem czoło, które zdążyło pokryć się drobinkami rosy oczekiwania.

Tak… szczęście dokonanej opłaty ogarnęło kolejnego mieszkańca, klienta. Odchodził z okienka, patrząc reszcie w oczy: Stójcie, stójcie psubraty… Czerwona kurtka, modna inaczej, spodnie czarne, fryzura jak Sumatori a może sanatorium. Znów wpłata, wypłata, zwykła herbata. Opłacam, przepłacam. I tu nowinka. Samurajka sięga za kontuar, znaczy się – stały Klient / znawca lokalnych obyczajów, wyciąga szufladę do monet, a z torby sakiewkę XXI wieku (foliowa torebka, śniadaniówka, wypełniona bilonem). Robin Hood… kurwa mać…

I zaczyna się liczenie, powolne, skrupulatne umieszczanie monetek w rzędach przeznaczonych na odpowiednie nominały. Kolejka stoi, koleżanka z obsługi rachunków namiętnie drukuje na igłowej drukarce nieskończone formularze, przystawia już chyba sześćdziesiątą pieczątkę. Łypie co jakiś czas na ogonek, sprawdza stan osobowy. Wszyscy stoją… Wszystko jest w porządku. Liczenie przeplecione jest komentarzem japońskiego Robin Hooda: O, i już kończę… Korpusik przeliczył rachunki, podał długą, czterocyfrową kwotę, powiększoną o kilkadziesiąt groszy. Chwyciła za papierki, położyła przed sobą szufladę. Liczy, patrzy, klika na hałaśliwym kalkulatorze z taśmą. Podnosi wzrok: Zgadza się co do grosika. Sumatori Hood z nieskrywaną dumą odpowiedziała: Też policzyłam. Niesamowite, co tak naprawdę siedzi w ludzkich głowach, przychodzisz do banku, masz dwie kieszenie papierów, worek moniaków i ani grosza okładu…

Mija 20 minut. Śmierdzący kiepem koleżka nerwowo przebiera nogami. Podchodzi, jego kolej. Korpus klasycznie, mechanicznie: dzień dobry, w czym mogę pomóc… razowy chleb poproszę… to chciałem usłyszeć, ale nie… z dżinsowej, śmierdzącej katany dobył kilka czerwoniaków. Rachuneczki. Klasyczne pytanie: ile opłata? Pani, chcąc chyba połechtać ego palacza – może być bez prowizji. Ale to trzeba by opłacać przez ten… no… internet! Oho – powiało cywilizacją. Mój umysł natychmiast sprężył się. Lubię takie rozmowy. Nie ze względu na wyższy poziom wiedzy informatycznej, ale ze względu na studium przypadku. Falowe mody na włosy na cukier, złote zęby, wreszcie dekatyzowany dżins i laptop z internetem. Korpus przekazuje tajniki bankowości elektronicznej. W końcu pyta: ma pan internet w domu? Palacz jakby z pretensją: No pewnie, że mam. Komputer mam, to i internet jest. Zatem ciąg informacji o bankowości grzmi dalej. Palacz już jest jakby cichszy. No cóż… podrapał się po nosie, chrząknął. – To ile będzie tych opłat – korpusik już w swoim żywiole – bżżż bżżż – setne procenty. Noooo – wyciągnął palacz… groszowe sprawy, lepiej przyjść do banku.

Cyberwojna nie dotknie palacza, ani samurajki, ani nawet mnie, koleżki w czapce, co po palaczu demonstracyjnie przepuścił niepełnosprawną w kolejce, ku wielkiemu zdziwieniu kolejkowiczów. Co kraj, to obyczaj… Oby tylko kapsuła się nie zacięła, ale może ma dobrego antywirusa.

Więcej wpisów: http://takatuka.blog.pl/

Rys. www.freedigitalphotos.net

Dodaj komentarz