Koncert wirtuoza trąbki – artysty światowej klasy, który realizował projekty muzyczne m.in. z Krzysztofem Komedą, Michałem Urbaniakiem, Cecilem Taylorem, Davem Hollandem czy Stu Martinem, to niesamowite przeżycie. A jeśli ten sam muzyk występuje z towarzyszeniem znakomitej orkiestry „Aukso” pod batutą Marka Mosia? Publiczność SOK-u, która miała okazję wysłuchać tego połączenia, już wie, że taka dawka energii wymaga owacji na stojąco.
Niedzielny program w Suwalskim Ośrodku Kultury zdominował ten jeden występ. Kompozycje na trąbkę i orkiestrę, stanowiące bardzo udane połączenie odmiennych stylów, były chyba najbardziej przejmującym doznaniem artystycznym Festiwalu Artystycznego Otwarcia. Jak przed koncertem zaznaczył Tomasz Stańko – projekt muzyczny z orkiestrą „Aukso” nie jest nowy. Nie oznacza to jednak, że nie było w nim subtelnych emocji. Wręcz przeciwnie – strumienie dźwięków wzmocnione zmianami klimatu artystycznego, żywą rytmiką i piękną harmonią nie mogły nikogo pozostawić obojętnym.
Przed koncertem znakomitego trębacza suwalska publiczność wysłuchała Suwalskiej Orkiestry Kameralnej „Camerata dell’Arte”. Muzycy wykonali kompozycje Antonio Vivaldiego, Miłosza Bembinowa, Michała Spisaka i Wojciecha Kilara.
Fot. Niebywałe Suwałki oraz Wojciech Otłowski – www.wojciech-otlowski.pl
Wrażeniami z koncertu dzieli się Zbigniew Madej:
Cały byłem w SOK-u
Byłem na niedzielnym koncercie Tomasza Stańki i orkiestry Aukso w suwalskim, nowiutkim SOK-u. Nie byłem za to na uroczystym otwarciu w piątek, gdzie miał miejsce incydent nieprzewidziany w scenariuszu. Na scenę wdarł się ksiądz, który nakazał publiczności powstać i odmówić „zdrowaśkę“. Bałem się, że to może nowa suwalska tradycja i tak będzie przed każdą imprezą, ale niedzielny koncert odbył się szczęśliwie i był bardzo udany – mimo braku modlitwy.
Budynek SOK-u (wyjątkowo wdzięczna nazwa) podoba mi się i z zewnątrz, i od środka, szczególnie od środka, jest ciepły, przyjazny dla ludzi. Nie podoba mi się jakość wykończenia. Wygląda to tak, jakby panowie budowlańcy nie znali takich przyrządów jak poziomica, łata murarska czy sznurek do wyznaczania linii prostej. Niedokładnie położone panele ścienne, podłogi, płyty na suficie szczególnie rzucają się w oczy, każda przycięta i położona nierówno. Prawa pionowa krawędź sceny na górze wyraźnie przesunięta o dobrych parę centymetrów względem lewej, a całe obramowanie sceny tworzy linię falistą zamiast prostej. Nie działające krany w toalecie i zepsute żarówki nieprzyjemnie migające w sali głównej to raczej drobiazgi.
Niby-drobiazg to też brak tablic z planem budynku i rozkładem miejsc na widowni. Częściowo zastępują je zabazgrane flamastrem płachty papieru. W efekcie takiego stanu rzeczy, w pospiechu i desperacji szukając toalety, przez pomyłkę wpadłem do damskiej.
Gdy dotarłem do swojego fotela (rząd 7, miejsce 17), okazało się, że jest już zajęty – sprzedano dwa bilety na jedno miejsce. To świetny sposób na poprawienie rentowności zwykle deficytowej działalności kulturalnej. Powiadomione panie z obsługi nie powiedziały słowa „przepraszam“, ale zaproponowały przyniesienie krzesła. Zapowiedziały natomiast, że dostanę rekompensatę w postaci jakiegoś karnetu wstępu. Czekam z niecierpliwością, znaleźć mnie łatwo, bo podpisuję się imieniem i nazwiskiem.
Przed głównym koncertem prezentowała się SOK nr 2, czyli Suwalska Orkiestra Kameralna. Pan prowadzący koncert z wielkim czerwonym notatnikiem, kontrastującym z jasnym odzieniem, przedstawił całą orkiestrę z imienia i nazwiska, widocznie rozkoszując się swoim jedwabistym głosem. Zapomniał tylko powiedzieć, co to za zespół jest na scenie i co będzie grał. Myślałem, że na „Aukso” padł pomór i przyjechał skład rezerwowy.
Wyjaśniło się wszystko, gdy wyszedł dyrygent i orkiestra zaczęła grać. Wiedziałem, że to nie może być „Aukso”. Nikt się rażąco nie mylił, ale wykonanie kilku utworów było raczej bezbarwne, bez dynamiki. Na plus można zaliczyć muzykom, że nie przeszkadzał im bardzo dyrygent, sztywny jakby połknął kij i próbujący machać niezgrabnie rękami w rytm muzyki. Może przyczyną był podest wyglądający jak półka z supermarketu (na dokładkę z daleka widać było brak śruby trzymającej barierkę ochronną, czyli takie zabezpieczenie dyrygenta przed upadkiem).
Chyba szkoda pieniędzy na utrzymanie niby-suwalskiej orkiestry z Białegostoku, która grając dorywczo i w przypadkowym składzie od lat nie robi postępów i chyba nie ma szansy na ich zrobienie. Może lepiej przeznaczyć te pieniądze na współpracę z „Aukso”, która od dawna związana jest z Suwalszczyzną, a prezentuje światowy poziom.
Teraz o przyjemniejszych rzeczach, tzn. o występie Tomasza Stańki.
Pan prowadzący nie przedstawił tym razem całej orkiestry, zapomniał też przedstawić muzyków towarzyszących, czyli Marcin Wasilewski Trio. W oficjalnej informacji o koncercie też o nich zapomniano. Ja chciałbym zapomnieć o człowieku prowadzącym imprezę, bo robił to koszmarnie.
Jest dobrym zwyczajem na koncertach z klasą, że pamięta się o niewidocznych artystach, np. o realizatorze dźwięku, bez którego impreza muzyczna nie może się udać. Tu pochwała dla człowieka zza konsolety, bo dźwięk był naprawdę dobry. Powiem więcej – po raz pierwszy od wielu lat byłem w Suwałkach na imprezie nie zepsutej mniej czy bardziej przez złe nagłośnienie.
Po psioczeniu na szczegóły (a jak wiadomo diabeł tkwi w szczegółach), rzecz najważniejsza i pozytywna. Bardzo dobra akustyka sali i system nagłośnienia. Tu ukłon w stronę pani Bożeny Kamińskiej, która w porę zareagowała na niecne plany głównego wykonawcy zmierzające do zrobienia tego tanio (czytaj źle).
Sam koncert wspaniały. Tomasz Stańko – wiadomo – ekstraklasa światowa. Publiczność świetnie odbierała jego występ, a on grał jak z nut. Przepraszam, grał na ogół bez nut, ale cudownie. Muzycy towarzyszący też znakomici – ze wskazaniem na pianistę, który tworzył jedność z fortepianem. Orkiestra miała dobry dzień, można powiedzieć – jak zwykle, choć widać było, że gra Stańki ich też uskrzydla. Marek Moś, w przeciwieństwie do pana Dąbrowskiego, gibki jak człowiek-guma i panujący nad orkiestrą i całością absolutnie. Genialne porozumienie wszystkich muzyków, wzajemne zgranie zaowocowało widowiskiem, jakiego jeszcze chyba w Suwałkach nie było. Owacja na stojąco i bisy zakończyły niezapomniany koncert. Tu brawa dla dyrekcji – to był strzał w dziesiątkę.





















































