
Książki Zbigniewa Nienackiego o przygodach Pana Samochodzika nazywane są od lat „zjawiskiem literackim i kulturowym”. Seria o dzielnym detektywie – muzealniku doczekała się ponad stu tomów. Kontynuatorem „dzieła Nienackiego” został w ubiegłym roku Ireneusz Sewastianowicz. Nie dziwi więc, że akcja książek przeniosła się m.in. do Suwałk, Augustowa, Sejn i Dowspudy.
Od śmierci Zbigniewa Nienackiego (wł. Nowickiego) minęło 19 lat, a Pan Samochodzik ma się wciąż świetnie. Co prawda Tomasza N.N. zastąpił w ostatnich tomach Paweł Daniec, jednak przygodowo-sensacyjny charakter powieści pozostał ten sam. Od 2012 roku przygody polskiego Indiany Jones’a opisuje Ireneusz Sewastianowicz (ps. Andrzej Irski), dotychczas zajmujący się zgoła inną twórczością. Autor ma na swoim koncie „Skarb UB”, „Leśną Samotnię”, „Depozyt hrabiego Paca” i część powieści zatytułowanej „Duchy piramidy w Rapie”, która ukaże się jesienią. Oprócz wymienionych książek z serii przygodowej, I. Sewastianowicz opublikował kilkanaście innych pozycji faktograficznych, m.in. „Nie tylko Katyń”, „Aleksander Małachowski: Żyłem szczęśliwie”, „Okolice wampirów”, „Wolność krzyżami się mierzy”. Ta ostatnia książka pojawia się nawet jako element autopromocji w powieści „Skarb UB”.
Zwrot w stronę przygodowych książek nie był w przypadku Sewastianowicza tak nagły, jak mogłoby się wydawać. Autor przyznaje, że pomysł na pierwszą książkę wykiełkował w jego głowie już 10 lat temu. Czekał dekadę na bardziej sprzyjający czas. „Skarb UB” autor pisał przez pół roku, kolejne książki powstały w ciągu czterech i trzech miesięcy. – Bałem się „Skarbu”, choć wcześniej napisałem 12 książek. Mimo to, nie wiedziałem, czy potrafię stworzyć fabułę – przyznaje Ireneusz Sewastianowicz. Obawy autora okazały się nieuzasadnione, ponieważ od tamtej chwili zapał twórczy Sewastianowicza wzrósł jeszcze bardziej. – Noszę w głowie dwie kolejne książki – thriller i kryminał – zapowiada.
Współpraca Sewastianowicza z wydawnictwem „Warmia”, które uzyskało od spadkobierców Nienackiego prawa do kontynuowania serii, zaczęła się zupełnie niespodziewanie. – Napisałem w mailu o pomyśle na książkę, dodałem też kilka zdań o sobie. Potem – zamiast żądanego konspektu – wysłałem do nich wstęp powieści – wspomina autor. Wydawnictwo zgodziło się niemal natychmiast na realizację planów literackich.
Seria o „Panu Samochodziku” ma od lat swoich wiernych fanów. A jak wiadomo, ci są najbardziej krytyczni. Potrafią jednak nie tylko ocenić, ale i docenić. Jestem bardzo zadowolony! Wiecie dobrze, że jak coś mi się nie podoba, to nie szczędzę krytyki, ale jak coś mi przypadnie do gustu, to też daję upust swoim emocjom!!! Brawo! To wg mnie najbardziej „samochodzikowa” z trzech Twoich książek! Przygoda, łono natury, lato, wehikuł, ciekawa zagadka, „samochodzikowy” klimat… Tego właśnie szukam w kontynuacjach! To jest to, o co mi cały czas chodzi!!! To jedna z opinii na temat ostatniej książki Andrzeja Irskiego pt.: „Depozyt hrabiego Paca”, opublikowana na forum wielbicieli twórczości Nienackiego. Również w kręgu rodzinnym Ireneusz Sewastianowicz słyszy ciepłe słowa. – Książki Nienackiego były jednymi z pierwszych, które przeczytała moja córka – Monika. Gdybym mógł, zadedykowałbym jej swoje powieści, jednak wydawnictwo tego nie praktykuje – mówi autor. Swoich książek Sewastianowicz nie chce oceniać, choć przyznaje, że do „Skarbu UB” ma największy sentyment, mimo tego, że „jest trochę chaotyczny:.
„Samochodzikowe” książki Ireneusza Sewastianowicza będą dostępne na stoisku Biblioteki Publicznej, w trakcie Dni Suwałk – http://soksuwalki.eu/jarmark-kamedulski-dni-suwalk/
Ireneusz Sewastianowicz (Andrzej Irski) urodził się 23 sierpnia 1957 r. w Lipsku nad Biebrzą. Absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Pracował m.in. w „Krajobrazach”, „Kulturze”, „Plusie” i w „Gazecie Wspólczesnej”. Laureat konkursów na reportaż i prestiżowych nagród dziennikarskich im. J. Bruna oraz im. M. Wańkowicza. Autor lub współautor 14 książek, m.in. „Nie tylko Katyń”, „Aleksander Małachowski: Żyłem szczęśliwie”, „Okolice wampirów”, „Wolność krzyżami się mierzy”. Zainteresowania: literatura, historia, polityka. Hobby: zbieranie grzybów, granie w darta.
Strona internetowa Oficyny Wydawniczej WARMIA
Skarb UB
Paweł Daniec zamierza spędzić lipcowy urlop na Suwalszczyźnie. Wybiera się ze znajomym na spływ kajakowy Czarną Hańczą. Tuż przed wyjazdem odbiera telefon od tajemniczego rozmówcy, który przedstawia się jako Jasnowidz. Dowiaduje się od niego o tajemniczym skarbie UB. Tak naprawdę, był to skarb gestapo, pochodzący z kosztowności, jakie skonfiskowano uczestnikom antyhitlerowskiego spisku w lecie 1944 roku. Walizka z klejnotami po wojnie została przejęta przez polską bezpiekę i trafiła do Suwałk, gdzie przyjechali po nią wysłannicy MBP. Wpadli w zasadzkę zorganizowaną pod Augustowem przez partyzancki patrol pod dowództwem podchorążego „Ponara”. Trzy dni później „leśnych” dosięgła obława na uroczysku Kozi Rynek. Miejsca akcji: Warszawa, Suwałki, Augustów, Giby, Lipsk nad Biebrzą, Zelwa.
Leśna samotnia
Dziwak z Puszczy Augustowskiej, nazywany Gubernatorem i znany ze „Skarbu UB”, popełnia samobójstwo. W pożegnalnym liście prosi Pawła Dańca, żeby przez miesiąc zaopiekował się jego psem i kotem. Paweł zamieszkuje w leśnej samotni i staje się współuczestnikiem tajemniczych zdarzeń. Czy napis na biurku „AuFeWB” zaprowadzi go do skarbu? Miejsca akcji: Warszawa, Suwałki, Sejny, Giby, Berżniki, Zelwa.
Depozyt hrabiego Paca
Z pozoru jest to tylko wakacyjny spływ tratwą po Biebrzy, w którym oprócz Pawła Dańca uczestniczą nastoletni bliźniacy Jacek i Maciek oraz pies Jim. W rzeczywistości chodzi również o depozyt, jaki powierzył do ukrycia hrabia Ludwik Michał Pac, gdy po upadku Powstania Listopadowego został zmuszony do emigracji. Na biebrzańskim szlaku Paweł ma groźnych przeciwników. Co zawierał depozyt i kto pierwszy go odnajdzie? Miejsca akcji: Warszawa, Węgorzewo, Dowspuda, Raczki, Giby, Lipsk nad Biebrzą, Sztabin.
Poniżej fragment „Depozytu hrabiego Paca”
Pełgające płomienie świec osadzonych w srebrnych kandelabrach nie były w stanie rozproszyć mroku panującego w ogromnym salonie. Widmowate cienie tańczyły po ścianach, skwierczał kapiący wosk, bo nikt nie troszczył się o przycinanie knotów. Tak samo, jak nikt nie zadbał o napalenie w piecach, nie podrzucił drewna do kominka.
Służba rozpierzchła się z samego rana, gdy ktoś przyniósł wieść o zbliżaniu się konnego oddziału Moskali. Może to była przedwczesna panika, bo mijały kolejne godziny i za oknem nie rozlegał się tętent kopyt, nikt nie dobijał się do pałacowych bram. Panował niczym niezmącony spokój, ale mężczyzna siedzący przy długim stole wiedział, że jest to cisza przed burzą.
Miał trochę ponad pięćdziesiąt lat. Charakterystyczny orli nos wyglądał tak samo jak na portretach, które wyszły spod pędzla znakomitych malarzy i teraz zdobiły pałacową galerię. W ogóle twarz, chociaż poznaczona pionowymi bruzdami, zmieniła się niewiele, ciągle bujna była też fryzura, jednak ciemne włosy coraz wyraźniej przyprószał szron siwizny.
Pogrążony w myślach, sięgnął po puchar napełniony czerwonym winem i wypił kilka łyków. Uświadomił sobie, że wkrótce minie rok, odkąd podchorążowie pod wodzą Piotra Wysockiego ruszyli na Belweder i dali sygnał do ogólnonarodowego powstania. Nie był zwolennikiem tej rewolty wywołanej przez żądnych czynu młodych ludzi, czerpiąc ze swego życiowego doświadczenia przewidywał, że zakończy się ona klęską. Kadłubowe Królestwo Kongresowe nie mogło bowiem przeciwstawić się carskiemu imperium, na którym nawet Napoleon połamał sobie zęby.
Nie podzielał więc entuzjazmu na warszawskich ulicach, który zapanował po sławnej listopadowej nocy, ale wiedział, gdzie jest jego miejsce. On, dawny szwoleżer i uczestnik tylu wojennych kampanii, aż za dobrze rozumiał, na czym polega obowiązek wobec ojczyzny. Dlatego bez oporów zgodził się na wejście do Rady Administracyjnej, a później do Rządu Tymczasowego.
Nie zgodził się tylko na przyjęcie funkcji naczelnego wodza, którą zaproponowano mu dwa miesiące później.
– Nie i po trzykroć razy nie! – zdecydowanie odpowiedział wtedy. – Gdyby sercem o ojczyznę wojować można, ach, wtenczas pierwszy bym po buławę sięgał, bo w uczuciach dla niej, mniemam, iż nikt mnie nie przewyższy. Ale do wojny, a szczególnie w naszem położeniu, nie serca tylko trzeba, ale głowy i głowy dobrze militarnej. Tej, wyznaję szczerze, nie posiadam, a oprócz tego jestem słaby, cierpię na reumatyzm w głowie.
Czy była to tylko wymówka, wygodny pretekst, żeby nie brać na siebie winy za nieuchronnie nadciągającą klęskę? I tak, i nie. Przez dwa miesiące doświadczył małostkowości wielu ludzi odpowiedzialnych za losy powstania, widział walkę koterii i pozbawioną skrupułów pogoń za stanowiskami i innymi zaszczytami. Uważał się za żołnierza, więc mierziły go te politykierskie gry.
Nie skłamał jednak, narzekając na kłopoty ze zdrowiem. Od lat cierpiał na podagrę, a ostatnio ataki zdarzały się częściej i stawały się coraz bardziej dokuczliwe. Także ów „reumatyzm” w głowie nie był czczym wymysłem, chociaż kolejni medycy nie potrafili zdiagnozować choroby.
Odmówił wtedy i nie żałował później swojej decyzji, ale nie zawahał się ani przez moment, gdy potrzebny był dowódca rezerwowego korpusu armii polskiej. Stanął na jego czele, bił się pod Iganiami i Ostrołęką. Dwukrotnie trafiły go rosyjskie kule, a rany jeszcze nie zabliźniły się do końca.
Oderwał się od wspomnień i kolejny raz sięgnął po list, który zaledwie pół godziny temu doręczył mu posłaniec. Wziął do ręki pergaminowy arkusz, przybliżył go do oczu i czytał:
Szanowny Jenerale, Czcigodny Hrabio! Mój Sąsiedzie, Przyyacielu i Bracie…
List przywiózł mu Rzędzian, dawny napoleoński wiarus, który tutaj spokojnie dożywał swoich dni i zasłużenie cieszył się opinią najbardziej zaufanego wśród zaufanych.
– Ignacy! Jesteś tam? – głos hrabiego donośnie zabrzmiał w opustoszałych komnatach.
– Jestem! – do salonu dziarsko wmaszerował siwowłosy starzec. Ubrany był w wypłowiały kawaleryjski mundur bez szarż i odznak, o posadzkę postukiwał drewnianą protezą, która poniżej kolana zastępowała mu prawą nogę. Pamiątka z odwrotu Wielkiej Armii spod Moskwy.
– Dobrze się spisałeś – pochwalił go hrabia. – Usiądź i napij się wina, bo zimniej tutaj niż w psiarni.
Rzędzian zajął miejsce przy stole i ochoczo sięgnął po puchar z rubinowym trunkiem.
– Opowiadaj, co u naszego przyjaciela – zachęcił gospodarz pałacu. – Z listu za dużo się nie dowiedziałem. Widać, że pisany w pośpiechu.
– W samej rzeczy tak było, bo czas mnie poganiał. Chciałem jak najszybciej wrócić i panu hrabiemu zdać relację.
– Mów więc, co u naszego sąsiada.
– Na zdrowie nie narzeka, interesa też idą dobrze. Tylko na żałość wielką cierpi, że ojczyzna znów w nieszczęściu. Przemyśliwał o wyjeździe, ale pewnie zostanie Liczy, że car dotrzyma amnestii, którą niedawno ogłosił. Dlatego i panu hrabiemu radzi jeszcze raz wszystko przemyśleć, żeby nie podejmować pochopnych decyzji.
Ziąb doskwierał, więc hrabia mocniej opatulił się angielskim płaszczem do konnej jazdy.
– Może car i dotrzyma, ale wpierw trzeba będzie się ukorzyć. Szanuję jego postanowienie, ale ja tu już nie zostanę. Czasem lepsza tułaczka na obczyźnie niż upokorzenie w domu. A co z moją przesyłką?
– Jeszcze dziś miała być ukryta w bezpiecznym miejscu, a w przyszłości rozdysponowana zgodnie z wolą właściciela. Pan hrabia zna to miejsce?
– Znam i dlatego list już mi niepotrzebny. Ukryj go tak, żeby nie wpadł w niepowołane ręce.
Na dziedzińcu zadudniły końskie kopyta, rozległy się rosyjskie pokrzykiwania, a po chwili usłyszeli łomotanie w pałacowe drzwi. Hrabia podniósł się zza stołu.
– Na mnie już czas. Żegnaj przyjacielu! – objął Rzędziana. W oczach starego wiarusa pokazały się łzy.
Hałasy na podwórzu przybrały na sile. Hrabia wziął świecę i przeszedł do narożnej sali, która służyła mu za garderobę. Otworzył drzwi jednej z szaf. Nie było w niej ubrań. Wąskie, kręte schody prowadziły na dół, do tylko nielicznym znanych podziemi. Tunel, który zaczynał się pod pałacem miał prawie trzysta metrów długości i kończył się w parku, gdzie wybudowano niewielką kapliczkę, maskującą wyjście z lochu.
Na dworze było mokro i wilgotno. Hrabia usłyszał ciche parsknięcie konia.
– Cicho, Lucky! To ja! – pogłaskał po chrapach swojego ulubionego deresza. Znajomi czasami śmiali się z jego zamiłowania do angielszczyzny, nie rozumieli, dlaczego nawet wierzchowca trzeba chrzcić cudzoziemskimi imionami. Lucky jednak na swoje imię zasługiwał. Rzeczywiście, był szczęśliwy, co udowodnił aż nadto wynosząc na swym grzbiecie rannego właściciela z bitewnego pobojowiska pod Ostrołęką…
Stał w milczeniu i po raz ostatni patrzył na oświetlony księżycowym blaskiem pałac. To było dzieło jego życia, którego sława dawno przekroczyła granice Rzeczypospolitej. Przypomniał sobie zdarzenie sprzed dwóch lat. Jako jedyny z senatorów nie wziął wtedy udziału w odbywającej się w Warszawie koronacji cara Mikołaja I na króla polskiego. Uważał taki akt za upokarzający i wolał pozostać w swoich włościach.
Nieobecność została zauważona. I właściwie zinterpretowana. O dziwo, imperator nie poczuł się obrażony, chociaż słynął z wysokiego mniemania o sobie. Przeciwnie – synowi Aleksandrowi, przyszłemu następcy tronu, a wtedy zaledwie jedenastolatkowi polecił, aby ten w powrotnej drodze do Moskwy odwiedził posiadłość hrabiego, o której opowiadano prawdziwe legendy.
Tak się stało. Orszak wielmoży niespodziewanie pojawił się na pałacowym dziedzińcu. Carewicza i towarzyszącą mu świtę podejmowano najwymyślniejszymi trunkami i potrawami. Honory domu pełnił marszałek dworu. Gospodarz nie pokazał się nawet przez chwilę. Podobno miał kolejny atak podagry.
Ostatni raz hrabia Ludwik Michał Pac popatrzył na pałac w Dowspudzie. Pomimo wieku zręcznie wskoczył na grzbiet Lucky’ego i pogalopował uśpioną polną drogą. Zaledwie dziesięć kilometrów dalej, w Cimochach zaczynały się Prusy. Umówiony przewodnik czekał tuż za granicznym słupem…










