Chet Faker wystąpił podczas Before Tauron Festiwal Nowa Muzyka 2015 (recenzja)

Chet Faker (fot. Lisa Frieling).

W piątek, 7 listopada praskie Soho Factory gościło niezwykłego gościa z Australii. W ramach Before Tauron Festiwal Nowa Muzyka 2015 w Warszawie do Polski przyjechał Chet Faker – niezależny producent muzyki elektronicznej. Oczekiwania były tym większe, że planowany w Katowicach koncert Chet z przyczyn zdrowotnych odwołał.

Autor: Aleksandra Królikowska

Chet, a właściwie Nick Murphy (’88) tworzy kompozycje łączące w sobie szeroko pojętą elektronikę, soul i jazz. Jego utwory są jednocześnie liryczne i taneczne, minimalistyczne i ekspresyjne. Co ciekawe, Nick, który zajął się muzyką w wieku 15 lat, długo nie słuchał elektroniki, a jazzu nie tolerował, dopóki nie zaczął pracować w księgarni, mieszącej się obok sklepu z płytami. Przez następne lata w miejsce niechęci pojawiła się fascynacja.

Chet, jak sam o sobie mówi w wywiadach, ma nieco obsesyjną osobowość. W młodości jego uzależnieniem były gry komputerowe, a potem – i tym pozostała do dziś – muzyka. Jako osiemnastolatek, po rozstaniu z dziewczyną, oddał się nocnemu życiu – często bywał i pracował w klubach. Tam wciągnęło go techno i house, a jego muzyczna wyobraźnia uległa przeobrażeniu. O tym, żeby na poważnie zająć się muzyką, pierwszy raz pomyślał w wieku 21 lat. Gdy jednak publikował w sieci swoje wczesne utwory, nie planował, że będzie grał przed publicznością na żywo.

Świat dowiedział się o istnieniu Australijczyka za sprawą zupełnie niehiphopowego covera „No Diggity” zespołu Blackstreet. Muzyk opowiada, że utwór powstał spontanicznie, kiedy po całonocnej pracy jako DJ w klubie nie mógł się uwolnić od zasłyszanej wcześniej melodii. O trzeciej nad ranem wszedł do studia, włączył „No Diggity” i zaczął eksperymentować, nagrywając wokal na tyle cicho i subtelnie, żeby nie zbudzić sąsiada zza ściany. Aranżacja okazała się strzałem w dziesiątkę, a utwór, po publikacji przez jedną z blogerek, z mocą viralu rozprzestrzenił się w sieci. Popularność utworu zaskoczyła i nieco przytłoczyła Cheta. Ale dała mu też nieoczekiwaną szansę na zaistnienie jako muzyk. Od tamtego czasu dużo koncertował, nagrał EPkę „Thinking in textures” (2012) i debiutancki album „Built on Glass” (2014) – muzyczny zapis jego osobistych doświadczeń i wrażliwości, autentyczny, ale i rodzący się w bólach, bo po roku pracy Chet zdecydował się zacząć wszystko od nowa. Jak sam twierdzi, niczym szalony naukowiec chciał przekroczyć własne granice, stworzyć coś bezkompromisowego i szczerego. Jego zamiarem było też, żeby na płycie zachować charakter miejsca, w którym powstawały utwory – przerobionej na mieszkanie chłodni tuż przy targu mięsnym w północnym Melbourne. Osobisty i niezwykle dojrzały „Built on Glass” został gorąco przyjęty przez publiczność i krytykę, potwierdzając talent młodego twórcy.

Fascynacja Nickiem Murphym dotarła także nad Wisłę. W piątkowy wieczór w Soho Factory, po niemal dwugodzinnym supporcie Sid Ponga (dawniej „Pięknego Chłopca”) napięcie stawało się coraz bardziej wyczuwalne. Publiczność w postindustrialnej przestrzeni – głównie równolatkowie Australijczyka – zaczęła skandować „Chet! Chet!”. I tak już zostało do końca. Od momentu pojawienia się na scenie, niepozorny brodacz czarował. Ale robił to, jak zwykle, na swoich warunkach. Rozpoczął energicznie – między innymi house’owym „1998” (z debiutanckiego albumu). Potem zaprezentował melodyjne „I’m into you” oraz „Terms and conditions” z EPki „Thinking in textures” – z mocno wyeksponowanym, głębokim wokalem. Po kilku pierwszych utworach Murphy, wyraźnie osłabiony, opuścił na parę minut scenę, by powrócić z nową energią. Za komentarz posłużyła mu jedynie zapowiedź kolejnego utworu. Fani odetchnęli z ulgą dopiero, kiedy usłyszeli Utwór, Od Którego Wszystko Się Zaczęło – czyli cover Blackstreet. Potem było już tylko goręcej, a „No Diggity” zaczął płynnie przechodzić w nieco przearanżowaną wersję „Drop the game”, utworu powstałego we współpracy z Flume. Z wielu gardeł wydarło się: „Hush, I said there’s more to life than rush. Not gonna leave this place with us. Drop the game is not enough”. To jedyny utwór, będący owocem współpracy dwóch młodych Australijczyków, który można było usłyszeć na koncercie – a mają na koncie EPkę „Lockjaw” (2013) oraz rewelacyjny „Left Alone”, do którego Chet użyczył swojego wokalu. Rozbujana publiczność z entuzjazmem przyjęła koncertową wersję „To me”, kameralną, z samplami wokalu, świetnym basem i powolnym, wyrazistym bitem. To utwór, w którym Chet świetnie stopniował napięcie i osiągnął efekt lepszy nawet niż w wersji studyjnej.

Na zwieńczenie wieczoru Murphy zachował prawdziwą perłę, czyli ponad 7-minutowy „Cigarettes and Loneliness”, jednocześnie melancholijny i rytmiczny, taneczny i indie-rockowy. Bujali się wszyscy: brodaci do złudzenia przypominający Cheta, nastolatki z rumieńcami na twarzy, hipsterzy i stylowi bezwyznaniowcy. Soho Factory pulsowało dobrą energią do samego końca. Na bis, muzyk pojawił się z ręcznikiem przewieszonym przez ramiona i odegrał długo wyczekiwane przeboje – „Gold”, będący niemal kompozycją doskonałą, oraz liryczny „Talk is cheap” – w chórze z głosami publiczności. Jego wokal, w pofabrycznej przestrzeni brzmiał tak, jak miał brzmieć – soulowo, trochę brudno, nienachalnie i zmysłowo. Chet wykonał ten utwór jakby nie było przed nim tysięcznej publiczności, a on siedział w swoim studio w Melbourne. O trzeciej nad ranem, lekko zmęczony i w transie. Pomimo nie najlepszej formy, dał z siebie wszystko, czarując nie sceniczną osobowością, ale pełną autentycznych emocji muzyką.

Fot. Aleksandra Królikowska

Dodaj komentarz