Dziś zakończyła się emisja serialu „Osiecka”. W poprzednim, dwunastym odcinku główna bohaterka w przeddzień stanu wojennego przyjeżdża do Suwałk. Media społecznościowe zareagowały momentalnie. Zresztą reakcje tam pojawiały się od początków emisji, czyli okresu świąteczno-noworocznego. Jednocześnie istnieją i tacy miłośnicy twórczości poetki, którzy serial omijają szerokim łukiem, argumentując to niejako bojkotowaniem wiadomej telewizji.

Autor: Wojciech Otłowski

Fakt, że to właśnie TVP wzięła na tapet postać Agnieszki Osieckiej, jawi się jako swoisty paradoks. Przecież sam prezes Kurski nie kryje, że na antenach podległych sobie stacji woli propagować jednak piosenki o jakby innej – że tak delikatnie to ujmę – warstwie literackiej. Być może zaważyła tu jednak postać Maryli Rodowicz, którą szef TVP także hołubi. Jak wiadomo, wielu postrzega twórczość Osieckiej li tylko przez pryzmat repertuaru rzeczonej piosenkarki. I nie jest to zbyt fortunne. Z drugiej strony Rodowicz z lat 70. i 80. ubiegłego wieku stanowi(ła) żywy dowód, że piosenkarka może być wielką artystką. I powiem dobitnie: rozśmieszały mnie osoby, które pozwalały sobie na porównania Pani Maryli z Urszulą Sipińską. Gdzie Rzym, a gdzie Krym!? Muszę być jednak sprawiedliwy i podkreślić rolę śpiewanego przez obie panie repertuaru. Jednej przypadł wspaniały song „Wariatka tańczy”, drugiej – koszmarek „Zapomniałam”. Ale czy Sipińska udźwignęłaby ciężar gatunkowy „Wielkiej wody” i wspomnianej „Wariatki”? Śmiem wątpić! Zresztą zdarzyło się przynajmniej raz, że obie piosenkarki zaśpiewały tę samą piosenkę z tekstem Osieckiej. Proszę wyszukać w sieci „(Komu) Weselne dzieci” i samemu wyrobić sobie zdanie, która wersja jest ciekawsza.

Siłą rzeczy serial stanowi swego rodzaju wycieczkę w czasy PRL-u. System socjalizmu realnego wyziera zatem z ekranu w mniej lub bardziej wyraźny sposób. Nie mogło rzecz jasna zabraknąć instytucji cenzury. W „Osieckiej” ma ona twarz Przemysława Bluszcza – wiadomo, że aktor z taką fizjonomią jest stworzony do grania czarnych postaci. Gdy jesteśmy przy wyglądzie, to trzeba przyznać, iż twórcom filmu udało się znaleźć ciekawych (czytaj: podobnych) odtwórców ról postaci historycznych, choćby takich jak Zbyszek Cybulski czy Krystyna Sienkiewicz. Z kolei Jędrzej Hycnar wydaje się, mówiąc kolokwialnie, jakby coś za mały na Hłaskę. Tym niemniej udanie wciela się w pisarza. Spotkałem się z opiniami, iż literat jest nadreprezentowany w serialu, że w tym czasie tak naprawdę Osiecka była rozdarta pomiędzy dwóch innych mężczyzn. Zachwiane proporcje wydają się nieuniknione w tego typu produkcjach, jednakże totalna nieobecność drugiego męża musi dziwić. Fakt, iż prowadzenie się peerelowskiej bohemy wymykało się ówczesnym normom obyczajowym jest oczywisty. Były to czasy paradoksów (jakby obecnie było inaczej?!) – za Gomułki władza była w tych kwestiach świętsza od papieża, co jednocześnie nie przeszkadzało jej w walce z kościołem katolickim…

Serial zaznaczył fenomen kabaretów STS czy Bim-Bom. Ale z drugiej strony, jakże mu daleko do wspaniałego obrazu Janusza Morgensterna – i to sprzed sześćdziesięciu lat (!) – „Do widzenia, do jutra…”. Zaś ukazanie środowiska z Maisons-Laffitte można skomentować jeno wzruszeniem ramion.

Twórcy serialu znaleźli sposób, ażeby pokazać nieco realiów epoki za sprawą ówczesnej telewizji, a to poprzez postać matki poetki. Przypisano jej zatem rolę ubranej w podomkę zgorzkniałej kobiety, wpatrzonej w odbiornik telewizyjny. Czy taka była do końca? Nie brakuje opinii, że jednak stanowiła wielkie wsparcie, choćby w sprawach urzędowych, bo córka nie miała za bardzo do tego głowy.

Czego najbardziej mi brakuje w serialu? Interakcji pomiędzy tekściarką a kompozytorami i wykonawcami. Ktoś powie, że przecież ukazano proces tworzenia takich piosenek jak „Małgośka” czy „Niech żyje bal”. Niestety, za pierwszym razem nie ma to nic wspólnego z prawdziwymi miejscami ani chronologią (piosenka nie powstała bynajmniej w warszawskim domu Osieckiej w 1973 roku pomiędzy festiwalami opolskim a sopockim!), a za drugim – wręcz poraża swą naiwnością! Nie wiem, na ile jest prawdziwa anegdota związana w powstaniem piosenki do filmu „Prawo i pięść”, ale wielka szkoda, że nie zaistniała w serialu. Bo tym samym zabrakło osoby Krzysztofa Komedy.

Myślę, że trafnie w akcję serialu wpisałaby się też szczerzej przedstawiona historia spółki autorskiej Osiecka – Krajewski. Ponoć bardzo długo Maryla Rodowicz dążyła do poznania owej pary, jednakże poetka broniła się rękoma i nogami. Odpychał ją bowiem anturaż Czerwonych Gitar. Lody zostały w końcu przełamane, dzięki temu powstało wiele fantastycznych piosenek, w  tym wspomniana wyżej „Wariatka tańczy”.

Gdy jesteśmy przy panu Sewerynie, to przypomniało się mi, że nieraz serial irytuje pojawianiem się utworów niezgodnie z chronologią. O ile stanowią one tło do przeżyć poetki, to jeszcze można to przełknąć. Jednakże zgrzytam zębami, kiedy widzę jak w drugiej połowie lat 70. Osiecka w studiu nagraniowym przypatruje się Krajewskiemu śpiewającego piosenkę… „Uciekaj moje serce”! Notabene historia związana z powstaniem tego utworu jest skomplikowana. Ale tak się rozpisałem, że nie będę już przynudzał. Wspomnę jeno, że w serialu „Jan Serce” słyszymy li tylko wersję instrumentalną, a piosenka funkcjonowała już wcześniej z tekstem innego autora; i to w wersji… niemieckojęzycznej.

Skończę tym, czym zacząłem, czyli tzw. suwalskim akcentem. We wspomnianym już dwunastym odcinku Osiecka przyjeżdża do grodu nad Czarną Hańczą pociągiem. Oczywiście trudno mieć pretensje do ekipy filmowej, iż nie włączyli naszego dworca w plan filmowy. Tym niemniej człowiek mimowolnie się uśmiecha, gdy widzi daszek nad peronem i trakcję elektryczną.

Nie tylko infrastruktura serialowych Suwałk intryguje, ale także nazwisko kierowniczki domu kultury! Co prawda w tamtych czasach to mężczyźni rządzili suwalską kulturą, tym niemniej fakt, że akurat tak, a nie inaczej, nazywa się pani kierownik zastanawia. Czy to tylko kwestia przypadku?

Facebookowe śledztwo (pozdrowienia dla Krysi i Joanny) wykazało, ze na 99,9 procent wizyta Osieckiej w Suwałkach w grudniu 1981 roku nie miała miejsca. Scenę zastania stanu wojennego w suwalskim hotelu eksploatowano już w „Rozmowach kontrolowanych”. Z czym mamy tu zatem do czynienia? Brakiem oryginalności? Czy raczej zainspirowaniem się tekstem piosenki „Modlitwa 1980”, w której pojawiają się słowa: „a w województwie suwalskim – mgła, mgła, mgła” oraz „a w województwie suwalskim – lawiny, lawiny”. Cóż, należy pamiętać, że byłe województwo suwalskie sięgało ponad sto kilometrów na zachód od swej stolicy. Jego teren obejmował nawet Ryn i leśniczówkę w Praniu. A jak wiadomo, u pani Kiry Gałczyńskiej Osiecka bywała.

Myślę, że to chyba jednak nie przypadek, iż ową „Modlitwę 1980” słyszymy – niestety, nie wiem w czyim wykonaniu – w scenie w hotelowej restauracji. Milknie, gdy do Osieckiej przysiada się cenzor. We wcześniejszych odcinkach ich drogi krzyżowały się w Warszawie i Opolu, a teraz w hotelu „Hańcza” (bo chyba inny nie wchodzi w grę?!). Czyżby taka mała nobilitacja grodu nad Czarną Hańczą?

Serial „Osiecka” ma swoje wady – i to liczne – jednakże wzbudził większe zainteresowanie bohaterką. Panie z Biblioteki Publicznej donoszą, iż książki związane z życiem i twórczości poetki rozchodzą się jak ciepłe bułeczki. A na wspomnianych mediach społecznościowych trwają dyskusje czy w tekście „Wariatka tańczy” powinno być „Otkaczałka” czy jednak „Ot, kaczałka”.

W tym miejscu skończę, acz im więcej piszę, tym bardziej zdaje sobie sprawę z faktu, że wielu, wielu aspektów związanych z serialem nie poruszyłem.

Swoisty suplement do powyższego tekstu znajdą Państwo tu =>

Suplement do dywagacji o aspektach – bynajmniej nie tylko suwalskich – serialu „Osiecka”

1 KOMENTARZ

Leave a Reply