Najnowsza książka, wydana pod patronatem portalu „Niebywałe Suwałki”, autorstwa pochodzącego z Suwałk Roberta M. Rynkowskiego – „Szczęśliwy zegar z Freiburga” – miała swoją premierę 24 marca. Jej autor opowiada nam o tej i poprzednich publikacjach, procesie twórczym oraz o planach pisarskich.

Pod naszym patronatem: „Szczęśliwy zegar z Freiburga” – przedpremierowa recenzja powieści suwalczanina, Roberta M. Rynkowskiego

Z Robertem M. Rynkowskim rozmawiała Katarzyna Otłowska.

K.O.: „Szczęśliwy zegar z Freiburga” to czwarta Pana książka i chyba nowy etap. Tak żartobliwie można ująć pewną kwestię, która niewątpliwie nasunie się wiernym czytelnikom: brak podtytułu! Do tej pory tytuły wpisywały się w pewien wzór. Czy może Pan zdradzić powód tej zmiany?

R. R.: Zgadza się, to czwarta moja książka z nastolatkami z podsuwalskiej wsi w roli głównej. I faktycznie podtytuł znika, zmienia się forma tytułu. Bo mimo podobieństw to inna powieść niż poprzednie: przygodowo-detektywistyczna, a nie przygodowa, w której głównym tematem jest poszukiwanie skarbów. Wyeksponowani zostają też bohaterowie, którzy w poprzednich książkach byli postaciami drugoplanowymi. Miało powstać coś na wzór „Gwiezdnych wojen – historii”, a powstało coś, do czego być może poprzednie trzy powieści będą spóźnionym prequelem.

W sieci znaleźć można Pana wypowiedź, prognozującą, iż czwarta część przygód młodych bohaterów będzie prawdopodobnie ostatnią. To słowa z 2019 roku. Co się w tej materii się zmieniło?

Tamta wypowiedź odnosiła się do kontynuacji serii w poprzedniej formie, z głównymi bohaterami znanymi z poprzednich trzech książek. Miałem nawet pewien pomysł na kończącą tamten cykl czwartą powieść. Niewykluczone, że kiedyś do niego powrócę, choć pamięć czytelników bywa krótka i być może za dwa czy trzy lata nie będą oni zainteresowani kolejnymi przygodami Karoliny i Anety. Na razie koncentruję się na nowej powieści, a wiele wskazuje, że „Szczęśliwy zegar z Freiburga” doczeka się kontynuacji.

Wspominał Pan w jednym z wywiadów, że pierwszy etap pracy to stworzenie szkiców rozdziałów, ale zdarza się, że w trakcie pisania pewne pomysły skłaniają do większych zmian w dotychczas stworzonej historii. A czy zdarzyło się, że jakiś pomysł okazał się mniej trafny i z tego powodu potrzebna była – mniejsza lub większa – korekta treści?

Tak było w przypadku „Szczęśliwego zegara z Freiburga”. Jak wspomniałem, to miał być tylko dodatek do trzech wcześniejszych powieści. Pierwotnie planowałem zupełnie inną historię, miałem na nią całkiem inny pomysł. I zgodnie z tym pomysłem ją napisałem. Była o połowę krótsza niż obecnie. I nie bardzo do czegokolwiek się nadawała. Musiałem odłożyć ją na mniej więcej rok, a po tym czasie wpadłem na pomysł, jak można by ją rozbudować. Wymagało to sporo korekt i przeróbek w tym, co już było napisane, ale efekt okazał się zadowalający. Mam nadzieję, że dla czytelników również.

Młodzieżowi bohaterowie Pana powieści zostali przestawieni barwnie i realistycznie – ich sposób mówienia, myślenia, zachowanie są przekonujące. Czy tworząc te postacie opierał się Pan na obserwacjach znajomych osób?

Cieszę się, że właśnie tak odbiera Pani bohaterów moich książek. Mam nadzieję, że podobnie widzą ich inni czytelnicy. To dla autora duży komplement. Jednym z większych zarzutów jest ten, że bohaterowie są płascy i schematyczni. Czy to, że są tacy, jacy są, wynika z obserwacji konkretnych znajomych osób? W pewnym stopniu na pewno tak. Bywa jednak, że również całkiem nieznajomych. Kiedyś podczas krótkiej podróży tramwajem zobaczyłem człowieka, który idealnie nadawał się na budzącego postrach zbira. Pewnie nie wie, że znalazł się na kartach jednej z moich książek. Zresztą nie on jeden.

Czy w Pana otoczeniu są bliskie osoby, które stanowią – choćby w pewnej mierze – pierwowzory literackich bohaterów?

Wydaje mi się, że pisząc pierwsze powieści w większym stopniu niż obecnie swoich bohaterów wzorowałem na konkretnych znajomych osobach. Czasem nie trzeba wiele wysiłku, żeby je wskazać w moich książkach. Teraz też tak się zdarza, ale są w nich również postaci wykreowane bez żadnych odniesień do konkretnych osób. Być może mają one pojedyncze cechy jakichś konkretnych ludzi, ale nie jest to pełne odwzorowanie żadnego człowieka.

W przygodowych powieściach znajdziemy nie tylko emocjonujące perypetie. Nie brak w nich i cennego przesłania, i sposobności do pogłębienia – czy też zdobycia wiedzy z rozmaitych dziedzin. Czy są to Pana pasje, czy też chcąc tak wzbogacić swoje książki, przed przystąpieniem do pracy poszukuje pan inspirujących pomysłów?

Różnie to bywa. Z wykształcenia jestem teologiem, na teologii trochę się znam, więc bywa, że ciekawa czy nieznana wiedza z tej dziedziny wzbogaca moje książki. Nie staram się na siłę szukać czegoś, co mnie zainspiruje. Bywa, że dowiem się o czymś interesującym i noszę to w głowie, wiem, że mogę to w jakiś sposób wykorzystać w książce, ale na pomysł, jak to zrobić, wpadam po długim czasie. Tak jest na przykład z pewną ciekawostką z dziedziny informatyki, o której usłyszałem ładnych parę lat temu. Dopiero kilka miesięcy temu przyszedł mi do głowy pomysł, co można z nią zrobić. Mam nadzieję, że za jakiś czas czytelnicy będą mogli poznać tego efekty.

Właśnie ukazała się nowa część przygód nastolatków z Suwalszczyzny, ma Pan na swoim koncie i publikacje dla dorosłych czytelników. Jaka grupa wiekowa będzie adresatem następnej pozycji Pana autorstwa?

Wydaje się, że tym razem będą to dorośli czytelnicy, tacy w wieku 18+. Proszę jednak się nie obawiać, nie zamierzam iść drogą pewnej popularnej polskiej autorki. Okaże się, co z tego wyjdzie. Obecna sytuacja w Polsce i na świecie weryfikuje różne nasze plany.

Czym jest dla Pana pisanie: relaksem, misją – czy może czymś jeszcze innym?

Relaksem chyba najmniej. Pisanie to długie godziny spędzone przed monitorem. Owszem, jest satysfakcja, gdy napisze się parę tysięcy znaków, a na dodatek wydaje się, że to, co się napisało, ma sens. Gorzej, gdy tego sensu trudniej się dopatrzyć. Misją może jest w jakimś stopniu. Jest nią, jeśli jako misję traktować zbieranie kawałków historii, wydarzeń, historii ludzi, których już nie ma i niedługo zostaną w ludzkiej pamięci. To też w moich książkach robię. Ale to przede wszystkim sposób, żeby podzielić się z innymi moją opowieścią o świecie, w którym żyjemy.

Pracuje Pan zawodowo, jednocześnie publikując książki. W jaki sposób organizuje Pan pracę? Jak wygląda w Pana przypadku proces twórczy?

Kiedyś słyszałem anegdotę o bodaj Władysławie Tatarkiewiczu, autorze słynnej „Historii filozofii”, że po przyjściu do domu nigdy nie czekał bezczynnie, aż ziemniaki się ugotują – co wskazuje, że sam ich nie gotował – ale siadał przy biurku, żeby napisać choć jeden akapit. Dlatego podobno akapity w jego dziełach są bardzo krótkie. Muszę kiedyś sprawdzić, czy to rzeczywiście anegdota o nim, a nie o kimś innym. Ale w podobny sposób ja sam organizuję sobie pracę. Staram się wykorzystać na pisanie każdą wolną od innych zajęć chwilę. I nie czekam bezczynnie, aż obiad się ugotuje.

Jakie ma pan pisarskie marzenia?

To pytanie, na które chyba nie potrafię odpowiedzieć. Muszę poprosić o zwolnienie z odpowiedzi na nie.

Naszym czytelnikom polecamy lekturę najnowszej powieści Pana autorstwa: „Szczęśliwy zegar z Freiburga” oraz wcześniej wydane tytuły, ale prócz tej pozycji – co jeszcze poleciłby Pan do przeczytania? Jakie książki zafrapowały Pana, zapadły w pamięć?

Może czytelnicy moich książek się zdziwią, ale będzie to twórczość Wiesława Myśliwskiego. A zwłaszcza jego ostatnia powieść, czyli „Ucho igielne”, którą uważam za najlepszą w dorobku autora, mimo że nie została nagrodzona nagrodą Nike. Nieustannie jestem też wielbicielem twórczości Stanisława Lema. Szkoda, że młodzi ludzie z reguły nie mają do niej serca. O, i widzi Pani, może jednak jest jakieś moje pisarskie marzenie. Chciałbym kiedyś chociaż na odległość paru lat świetlnych zbliżyć się do geniuszu tych, ale i wielu innych, pisarzy.

Dziękuję za rozmowę.

Leave a Reply