Gdy w połowie sierpnia na festiwalu literackim Patrząc na Wschód organizowanym w Budzie Ruskiej otrzymałem od Piotra Malczewskiego jego najnowszą książkę pt.: Znad Czarnej Hańczy. Opowieści o staroobrzędowcach, ruskich baniach, starowierskich wsiach, drewnianych domach i bobrach – Historie życiem pisane (Suwałki 2025) wiedziałem, że ciekawość rozbudzona samym tytułem nie pozwoli mi na spokojny sen, zanim nie dotrę do ostatniej strony książki. W ślad za tym przyszła chęć zrecenzowania tego tomu. W moim przekonaniu słuszna, gdyż większość dotychczasowych moich dociekań naukowych wiąże się z problematyką tożsamości kulturowej staroobrzędowców zamieszkujących na Suwalszczyźnie. Stąd czym prędzej zabrałem się do skrupulatnego czytania i czynienia notatek.
Pierwsza refleksja, jaka pojawiła się w wyniku kontaktu z tą pozycją to szata graficzna zastosowana na okładce, nawiązująca do serii przewodników kulturowych wydawanych przez Piotra Brysacza i wydawnictwo Paśny Buriat. Podobna dynamika, nasycenie kolorem, aura. Wewnątrz znajdują się liczne ilustracje, odpowiadające opisywanej treści dobranych tematycznie i źródłowo. Harmonia tekstu i obrazu stanowi miły oku atut redaktorski. Już pierwsza fotografia wewnątrz zdradza nastawienie autora do podejmowanej tematyki.
Przedstawiona na niej pracownia pełna dokumentów, książek, artefaktów, pamiątek z podróży tych dalekich i całkiem bliskich, spowita dymem żarzącego się kadzidła. Mistyczna. Autor dedykuje tę fotografię, choć mam wrażenie, że i całą książkę swojemu sąsiadowi, mentorowi i przyjacielowi śp. Andrzejowi Strumille. To bardzo miły gest, a wielokrotne w dalszej części książki wspomnienia spotkań i rozmów obu panów – Piotra i Andrzeja, dodają do prowadzonej narracji szczyptę osobistych emocji i wspólnotę podróżniczej pasji.
Książka została podzielona na rozdziały, ujęte klamrą wstępu – Zamiast wstępu i Podziękowaniami. Zastosowany przez autora ciekawy zabieg literacki zdradza, że przygotowana publikacja jest podsumowaniem kolejnego etapu pracy kulturoznawczej i artystycznej Piotra Malczewskiego, ale też wyrazem niepokoju i twórczej wrażliwości.
Pierwszy rozdział zatytułowany został jednym słowem Staroobrzędowcy. Jest to charakterystyka opisowa mniejszościowej grupy religijnej, której początki sięgają Imperium Rosyjskiego połowy siedemnastego wieku. Wówczas to Patriarcha Moskwy Nikon przy akceptacji ówczesnego Cara zdecydował się na przeprowadzenie wielkich reform w Cerkwi, mając na celu przede wszystkim ujednolicenie treści religijnych na obszarze całej Rosji. Nie miejsce tu by opisywać racje obu stron ogromnego sporu religijnego, jednakże ci, którzy nie zgodzili się przyjąć – w ich rozumieniu fałszywych i obarczonych błędem reform, stanęli na stanowisku ochrony starych form obrzędowych i zostali nazwani staroobrzędowcami.
Historię ruchu staroobrzędowego autor odczytuje w mikroskali kilkunastu wsi założonych przez osadników starowierskich na Suwalszczyźnie. Przybliża czytelnikowi specyfikę osadniczą, dostępność i atrakcyjność terenową. Próbuje rekonstruować kolejne nazwy wsi według klucza etymologicznego, a całość refleksji ubarwia faktycznymi odniesieniami do przestrzeni i przyrody. Smaczku literackiego dodają liczne cytaty z pism dziewiętnastowiecznych etnografów, jak również współczesnych badaczy historii i kultury staroobrzędowej.
Rozdział drugi to interesująca i na poły magiczna podróż zarówno w przestrzeni, jak i czasie. Jest to opowieść o rodzinie Łykowów, a zwłaszcza o życiu dziewczynki, później kobiety, wreszcie seniorki Agafii. Autor w klarowny sposób przypomina, skądinąd znaną już historię rodziny, która w wyniku zawirowań historii zdecydowała się na zamieszkanie w tajdze i której życie, a wraz z nim przeniesiona w niezdobyte dotąd ludzką stopą przestrzeni religijność, niejako zamknęły w sobie – niczym w kapsule czasu – wiek dziewiętnasty i wstęp do dwudziestego stulecia. Opowieść o Agafii Łykowej mimo iż nie wprost, łączy się z historią i kulturą staroobrzędowców zamieszkałych na Suwalszczyźnie. Ów związek widoczny jest nie tyle na poziomie kultury materialnej, choć i tu można znaleźć wspólne elementy, ile na poziomie duchowości i niezachwianej wiary w słuszność chronionej wiary.
We wspomnieniach geologów siedlisko Łykowów jawi się mizernie: Niski dom z dachem obłożonym żerdziami, w środku jedna ciemna izba, z piecem zrobionym z kamienia i gliny, z przypieckiem. […] W środku pomieszczenia mały stół wykonany tylko siekierą. W narożniku wschodnim leżały księgi z klamerkami, na półeczce zaś stały ikony, tak czarne od sadzy, że nie widać było co przedstawiają. […] Ogień krzesili krzesiwem, krzemieniem i z pomocą wysuszonej huby. Przy słowie „Nikon” pluli i żegnali się dwoma palcami. Często się żegnali i modlili. Podobnie i dziś na Suwalszczyźnie wśród staroobrzędowców bez trudu odnaleźć można osoby przeżywające swoją wiarę z wielką gorliwością, bez względu na budynek molenny, do którego przychodzą pokłonić się ikonom i modlić.
Kontynuacją wątku domu i własnego miejsca na ziemi jest rozdział zatytułowany Buda Ruska, czyli opowieść o domu. Buda Ruska w oczach Piotra to jego wieś, jego dom, jego chata. Kolejne strony opowieści można zawrzeć w jednym – modnym ostatnio słowie – Autopromocja. Tak. Piotr opisuje swój dom, swoją zagrodę, swoją łaźnię parową. Robi to jednak w bardzo subtelny sposób. Nienachalnie, za to bardzo treściwie. Wszystko to, co możemy odczytać w literaturze fachowej na temat kultury staroobrzędowej, architektury drewnianej, czy ogólnej etnografii regionu, u Piotra jest opisem tego, co go otacza. Dom zbudowano na czterech dużych kamieniach (plus jeszcze dwa mniejsze pomiędzy nimi). Ściany z żywicznych sosnowych bali szerokich na 40 centymetrów, łączonych na „rybi (jaskółczy) ogon”. Ma 7 na 11 kroków. Jest to chata chłopska z gankiem asymetrycznym. Ganek zwie się też werandą. Dach kryty wiórem osikowym, do wymiany, niestety. […] Sercem domu jest kuchnia i piec kaflowy – pieczka z rosyjskiego, zwana też u nas maszyną. Ma dwa przypiecki, górny i dolny, i piec chlebowy na wysokości płyty z fajerkami. Całości dopełniają wspomnienia o pierzastych współlokatorach, którzy w swoim czasie tworzyli klimat siedliska, a także odniesienia do dalekich światów, których świadectwem są wystawy w zaadaptowanym na ten cel budynku gospodarczym, pełniącym niegdyś funkcję chlewa a dziś przydomowym Muzeum Mongolii.
Najbardziej technicznym w moim przekonaniu jest rozdział traktujący o łaźniach parowych. Autor bardzo ciepło wypowiada się o swojej czarnej bajni, snując przy tym refleksję technologiczną i kulturową. Zanim postała ta książka wielokrotnie rozmawialiśmy z Piotrem na tematy łaziebne. Ruskaja bajnia z różnych powodów była i nadal jest jednym z wielu punktów wspólnych podczas naszych spotkań. Pierwszoplanowo pewnie dlatego, że ma dla nas dużo ciepła. Po drugie, że rokrocznie odwiedzając Budę Ruską podczas festiwalu literackiego Patrząc na Wschód staram się ubarwić opowieść o staroobrzędowcach następnymi, moim zdaniem atrakcyjnymi wątkami, dotyczącymi właśnie wykorzystania łaźni parowej w społeczności staroobrzędowców. Tym razem Piotr postanowił usystematyzować wiedzę na tematy balneologiczne, uzupełniając swoją opowieść o elementy praktyczne, na przykład pisząc, że drewnem konstrukcyjnym było sosnowe, ale ławki robiono z olchy czy topoli, a nie z sosny, bo jak się mocno napali banie (nagrzeje), to żywica z ławek sosnowych przyklejałaby się do tyłka. Czy też elementy sensualne, rozwodząc się na temat rodzaju, zapachu i sposobu zachowania dymu pojawiającego się ze spalania różnego drewna w różnym czasie roku. Osobną sprawą są scharakteryzowane w tym miejscu zasady korzystania i całą kultura społeczna łączona z kąpielą w bajni.
Najsilniejszy ładunek emocjonalny znalazłem w następnym rozdziale recenzowanej książki zatytułowanym Maćkowa Ruda i Andrzej Strumiłło. We wprowadzeniu do tego rozdziału Piotr ustanowił niejako manifest swojej twórczości: Gdybym wskazać miał jedno życie, jedno ludzkie istnienie, jedną twarz, jedną postać, bez której nie byłoby dla mnie Suwalszczyzny, jedno ludzkie spojrzenie, w którym można się przejrzeć jak w lustrze, byłoby to dla mnie z całą pewnością głębokie i mądre, przeszywające na wylot – spojrzenie Andrzeja Strumiłły… W tym rozdziale autor wydziela poszczególne etapy wzrastania w przyjaźni z mistrzem panem Andrzejem. Począwszy od pierwszego spontanicznego spotkania nad rzeką, poprzez wspólne oglądanie fotografii, albumów z zapisem podróży, po wspólne odkrywanie i przeżywanie pasji do koni. We wspomnieniach autora, Andrzej Strumiłło obok wielkiego szacunku i estymy zyskuje osobowość, charakter, a nawet błogie ciepło, którym dzielił się z odwiedzającymi go w Maćkowej Rudzie. Swoją drogą chyba nigdy nie zapomnę zimowego spotkania w domu mistrza Strumiłło i jego opowieści o śniegu, snutej nad kubkiem herbaty z konfiturą i kawałkiem placka drożdżowego w dłoni.
Spotkanie, podczas którego Piotr najbardziej wspomina pana Andrzeja wydzielone zostało przez autora słowem – Mongolia. Począwszy od drobnych prezentów jak fotografie autorskie, reprodukcje z dawnych pocztówek, a także artykuł Jerzego Wasilewskiego dotyczący przestrzeni jurty mongolskiej opublikowany w piśmie „Etnografia Polska”. Te drobiazgi stanęły u progu opowieści o podróży do Mongolii i na pustynię Gobi.
Nie ma chyba zwierzęcia bardziej kojarzonego z Suwalszczyzną jak bóbr. Ten to właśnie osobnik jest obiektem refleksji Piotra Malczewskiego w rozdziale o tymże tytule, i tenże sam Bóbr europejski stanowi ilustrację wprowadzającą do rozdziału. Czytałem tę część opowieści Znad Czarnej Hańczy chyba najdłużej. Każda historyjka z bobrami w roli głównej zapisana na kartach książki mogłaby stanowić punkt wyjścia do osobnych akademickich etiud filmowych. Niesamowita wrażliwość autora, ciekawość świata zwierzęcego i sposób opowieści, który znamy wszyscy my – znający choć troszkę Piotra – pozwala wyobraźni na pracę na najwyższych obrotach. Temat regulacji populacji bobra, odłowy, odczytania żeremi i bobrzych zwyczajów, wszystko to silnie umieszcza prowadzoną narrację właśnie nad Czarną Hańczą.
Lektura książki Piotra Malczewskiego zachęca do refleksji. Przede wszystkim nad człowiekiem, który wybiera sobie miejsce do życia. Potem nad miejscem, które ugaszcza swojego mieszkańca. Następnie nad historią – tą wielką – zbudowaną niczym kalejdoskop z małych szkiełek; i tą małą – przeżywaną osobiście w konkretnej przestrzeni i czasie. Wreszcie do refleksji nad słowem. Tym wypowiedzianym i tym jedynie przemyślanym. Nad opowieściami Znad Czarnej Hańczy.
Piotr Malczewski
Znad Czarnej Hańczy. Opowieści o staroobrzędowcach, ruskich baniach, starowierskich
wsiach, drewnianych domach i bobrach – Historie życiem pisane
Wydanie I
Suwałki 2025
Wydawnictwo Paśny Buriat
ISBN: 978-83-974967-8-1
ss. 244









