Wydawnictwo Paśny Buriat założone i prowadzone przez Piotra Brysacza otworzyło na rynku wydawniczym interesującą serię książek pod hasłem Proza ze ściany wschodniej. To ciekawa inicjatywa, zachęcająca zarówno autorów, jak też czytelników do sięgania obok reportażu po nowe, a może raczej następne gatunki literackie. Tym razem mamy do wyboru kilka pozycji wyróżniających się stylistyką opisu.
Moją uwagę w tej serii zwróciła książka Zofii Piłasiewicz zatytułowana Ślad tygrysicy. O samej autorce nie można powiedzieć „zbyt mało”. Z wykształcenia psycholog, z zamiłowania podróżnik, z lekkości pióra pisarz, w głowie poeta. Krócej się nie da. Każda z wymienionych aktywności świadomie czy niekiedy mimowolnie, bierze udział w określaniu kierunku twórczej aktywności. Rezultaty jej prac widać w rosnącej liczbie tytułów, którymi dzieli się ze społecznością swoich czytelników. Wcale nie ukrywam wielkiej sympatii do twórczości pani Zosi, gdyż pośród rozmaitych tekstów o charakterze „etno”, z którymi mam do czynienia, rozróżniając te dobre i tylko poprawne, proza Zofii Piłasiewicz celuje w wysokie noty mojej subiektywnej oceny.
Czymże zatem jest ów Ślad tygrysicy? Ano jest to bardzo zgrabnie napisana i zredagowana opowieść o wielkiej wyprawie na wschód, której początki sięgają zamierzchłej przeszłości końca XIX wieku. Wówczas rozpoczyna się najstarsza część narracji. Następne części przebiegają przez wiek XX, na drugiej dekadzie XXI wieku kończąc. Klamrę między którą rozpięta jest całą podróż stanowi osoba Weroniki, nauczycielki z małego miasteczka gdzieś na wchodzie Polski. Jej wrażliwość i rozbudowane – tak to widzę – życie wewnętrzne skłania ku zdefiniowaniu swoich stanów psychicznych, wyartykułowaniu zagłuszanych monotonią pracy potrzeb, wreszcie zawalczenia o swoisty „reset” i podjęcia decyzji o podróży.
Zaplanowana przez Weronikę – bo tak ma na imię współczesna bohaterka książki – podróż ma kierunek wschodni. Gdybyśmy – jak myślę o czytelnikach Zofii Piłasiewicz – zostali zapytani o ten kierunek, od razu moglibyśmy uznać go za coś tak bardzo oczywistego w destynacjach proponowanych przez tę autorkę. Tym razem wiedzie nas do odległego Władywostoku. Odległego z pozycji linii na mapie, ale bardzo bliskiego – tak to widzę zarówno autorce, jak i wszystkim bohaterom książki. Ów Władywostok mieni się jako magiczna kraina, która widziana jest szerzej aniżeli tylko cel podróży. Bardziej jako przestrzeń uogólniona, skupia wszystkie wątki poruszane na kartach recenzowanej pozycji.
Fizycznej podróży Weroniki towarzyszy podróż wewnętrzna. Wyprawa w poszukiwaniu jej wewnętrznego spokoju i ukojenia wzmacniana jest przypadkowymi – jak się na początku wydaje spotkaniami z osobami, w rodzinach których od pokoleń pobrzmiewa nuta nostalgii za utraconym rajem, za utraconym poczuciem przynależności, a które to spotkania niejako lustrzanie wskazują na niewypowiedzianą tęsknotę Weroniki. Ach. Rozgadałem się nieco.

Równolegle do podróży Weroniki autorka snuje opowieść innych bohaterów. W tym przypadku odnosi przenosi czytelnika do scenerii i rzeczywistości dziewiętnastowiecznej Syberii. Relacjonując wątki życia Ksawerego – polskiego inżyniera, specjalisty od dróg żelaznych i mostów, który spełniał swoje marzenia o uczestnictwie w wielkim projekcie budowy Wielkiej Drogi Syberyjskiej, nazwanej później bardzo skrótowo koleją transsyberyjską. Kolejne lata życia Ksawerego dzielone były między czas pracy – miesiące letnie, i czas oczekiwania – zima, podczas której bohater oddawał się z pasją wędrówkom po tajdze syberyjskiej i polowaniu. Równoległym dziewiętnastowiecznym wątkiem jest historia Anny – córki Piotra i Marii, wychowywanej bez matki, za to w poszanowaniu sztuki, historii tradycji.
Na poły dramatyczne i romantyczne wątki opowiedzianych przez autorkę historii, splatają się w pełną impresyjnych barw paletę, która w ręku sprawnego gawędziarza – tak po trosze widzę rolę autorki – maluje niekiedy nierzeczywiste obrazy pełne uczuć i emocji, które narastając dążą do silnego przełamania i doznania autentycznego katharsis.
Nieplanowaną towarzyszką wyprawy Weroniki jest Wiera, kobieta poznana w samolocie, której przodkowie mieli związek z Polską, a która poszukuje uwolnienia od choroby neurologicznej. Niewidzialna nić, która pozwoliła na nawiązanie w końcu siostrzanych relacji ubrana słowami Zofii Piłasiewicz, rozszerza pole emocji i współodczuwania. Weronika i Wiera odnajdują w sobie pokłady wspólnych wartości, które niejako scala niewielki artefakt – figurka tygrysa, znajdująca się w domu Wiery, a będąca bliźniaczo podobną do tej, która ozdabia dom Weroniki.
Kolejne wydarzenia, tym razem o zabarwieniu dramatycznym (atak tygrysa na poturbowanie męża Wiery) otwierają w narracji autorki kolejną przestrzeń podróży. Uleczenie narastających lęków powstałych w wyniku silnego stresu możliwe jest jedynie przez podróż wgłąb tajgi w poszukiwaniu śladów tygrysicy, odprawienia szamańskich rytuałów oraz przecięcia nici lęku, przez stawienie czoła wyobrażonemu zagrożeniu. Piesza wędrówka między punktami noclegowymi zacieśnia więzi między kobietami, by po przełamaniu momentu kulminacyjnego – spotkania oko w oko z królem tamtych ziem, tygrysem –powrócić do ułożonego życia we Władywostoku (Wiera) i do Polski (Weronika).
Z punktu widzenia czysto stylistycznego w książce Zofii Piłasiewicz mamy do czynienia z realizacją konkretnego schematu obrzędowego opisanego przez Arnolda van Gennepa, noszącego miano obrzęd przejścia. Jego odczytanie nie jest trudne, przez co jeszcze większą radość sprawia lektura recenzowanej książki. Realizacja tej konwencji literackiej umieszcza tę pozycję wśród literatury bezpiecznej, która niesie ukojenie i napełnia czytelnika spokojem. Etnograficzne oko dostrzeże w lekturze tej książki jeszcze inną warstwę narracyjną. Są to liczne odniesienia do specyfiki kulturowej ludów syberyjskich, w tym sposobów polowania i połowu ryb, szamanizmu jako nadal ważnego elementu kulturowego u ludzi tajgi. Równocześnie jest to literacki hołd złożony wielkiemu przyrodnikowi, podróżnikowi i polskiemu pionierowi dalekich – nadoceanicznych stron Rosji – Michałowi Jankowskiemu (1842-1912).
Na koniec, nie sposób podczas lektury książki Zofii Piłasiewicz nie dostrzec wątków biograficznych i licznych odniesień do własnych doświadczeń podróżniczych. Wprawdzie autorka w ostatnim zdaniu deklaruje, że przeczytana książka jest fikcją literacką i jedynie wytworem jej wyobraźni, to trudno oprzeć się wrażeniu, że deklarowany brak łączności między losami Weroniki przedstawionymi na kartach recenzowanej pozycji i doświadczeniami autorki jest iluzoryczny. Być może wygenerowanie takiego przekonania u czytelnika stanowi pułapkę, świadomie zastawioną przez autorkę, mającą pozostawić niedosyt po lekturze tej pozycji. Jeżeli tak rzeczywiście jest, to wpadłem w nią z pełną mocą. Książkę przeczytałem uważnie. Notatek o charakterze przyrodniczym i etnograficznym poczyniłem wiele. Odważnie dałem się ponieść wyobraźni. Można powiedzieć, że przeżyłem tę podróż
Śladem tygrysicy wspólnie z bohaterami książki, wykraczając poza ramy czasu. Wszystkim Państwu – sięgającym po tę pozycję również tego życzę!
Zofia Piłasiewicz
Ślad tygrysicy
Wydanie I
Suwałki 2024
Wydawnictwo Paśny Buriat
ISBN: 978-83-971524-1-0
ss. 253











