Jestem, ponieważ jesteśmy – wywiad z Markiem Kościółkiem, reżyserem i twórcą Teatru “Krzyk”

5
202
Na zdj. Marek Kościółek.
Na zdj. Marek Kościółek.
Na zdj. Marek Kościółek.

Rozmowa z Markiem Kościółkiem, twórcą teatru alternatywnego “Krzyk” z Maszewa, którego spektakl pt. “Osad” zostanie zaprezentowany w Suwalskim Ośrodku Kultury w poniedziałek – 14 kwietnia o godz. 12.00 i 18.00.

Więcej o spektaklu: Teatr Niebywały powraca. W kwietniu “Osad” Teatru Krzyk.

Bilety: 30 zł w kasie SOK i na www.bilety.soksuwalki.eu

Krystyna Kozioł: Twoja droga do teatru nie była oczywista. Opowiesz mi o kolejach swojego losu od szkoły średniej do aktualnego momentu życia?

Marek Kościółek: Z wykształcenia jestem technikiem mechanikiem siłowni okrętowych i mechanizmów pomocniczych oraz rybakiem morskim. Ukończyłem sześcioletnią szkołę średnią – trzyletnią zawodówkę plus technikum. W szkole najważniejsze były dla mnie zajęcia pozalekcyjne – wioślarstwo i piłka nożna. Dosyć szybko zrozumiałem, że nie zrobię kariery wilka morskiego. Lubię przestrzenie i kocham morze, ale to nie dla mnie. Zresztą, bardzo niewielu ludzi z mojej szkoły pływa dzisiaj po morzach i oceanach. Są za to wśród nich księża, celnicy, geolodzy, przedstawiciele handlowi…

Po technikum złożyłem dokumenty na Uniwersytet Jagielloński, kierunek: zarządzanie kulturą. Z powodów osobistych i finansowych nie podszedłem tam nawet do egzaminu. Wróciłem w rodzinne strony i ukończyłem politologię oraz pedagogikę na Uniwersytecie Szczecińskim. Następny w kolejności był Wydział Wiedzy o Teatrze w warszawskiej Akademii Teatralnej, rozwiązany w momencie, w którym go skończyłem.

KK: Rozumiem, że go rozwiązali, bo obawiali się w przyszłości większej liczby takich upartych i bezkompromisowych studentów, jak Kościółek…

MK: A wiesz, że to całkiem prawdopodobne… (śmiech)

KK: Co było dalej? Zacząłeś gdzieś w końcu pracować, czy obrałeś kurs na wiecznego studenta?

MK: Człowiek uczy się przez całe życie, jak wiemy. Ale tak, jeszcze na studiach rozpocząłem pracę dziennikarza w Radiu Szczecin i w kilku lokalnych goleniowskich gazetach, z których jedną założyłem sam. Te lata to dla mnie potężna lekcja życiowa. Przez kogoś zostałem oszukany, przez kogoś wplątany w jakąś nieczystą grę. Zbierałem się po tym doświadczeniu dobrych parę lat.

Na zdj. Marek Kościółek w trakcie prowadzenia warsztatów.
Na zdj. Marek Kościółek w trakcie prowadzenia warsztatów.

KK: Czy w spektaklu „Osad”, który zobaczymy w Suwałkach, pobrzmiewają echa tamtej historii?

MK: Oczywiście. Tworzę przecież teatr autorski, czyli teatr filtrowany przeze mnie samego i przez doświadczenia ludzi, z którymi pracuję.

KK: Na początku pracy nad każdym spektaklem dzielicie się swoimi doświadczeniami?

MK: Jesteśmy teatralną rodziną, więc sporo wiemy o sobie nawzajem. Nie zawsze potrzebne jest szczegółowe relacjonowanie naszych sytuacji.

KK: Wróćmy do chronologii: w którym momencie rozpoczął się twój kontakt z teatrem?

MK: Przyszedłem zrobić wywiad do gazety z Danielem Jacewiczem, twórcą i reżyserem Teatru Brama przy Goleniowskim Domu Kultury. W czasie tej rozmowy na tyle mocno między nami zaiskrzyło, że przyjaźń trwa do dzisiaj. Zaczęliśmy wspólnie pracować, reżyserować przedstawienia. Szybko staliśmy się dla siebie partnerami, dużo rozmawialiśmy o tym, jaki ma być ten nasz teatr. Był tylko jeden szczegół: mieliśmy obaj trochę ponad 20 lat i minimalne pojęcie o teatrze. Lecieliśmy na energii, spontanie, na intuicji, która nas prowadziła. Dość szybko odczuliśmy jednak potrzebę posiadania przewodnika po tym scenicznym świecie. Rolę tę znakomicie spełniał przez całe lata, w zasadzie aż do swojej śmierci, Zygmunt Duczyński, twórca i założyciel Teatru Kana ze Szczecina. Mnóstwo mu zawdzięczamy.

KK: Czy Brama, tak jak teraz Krzyk, była w tamtym czasie teatrem autorskim, opartym na historiach tworzonych przez zespół?

MK: I tu cię zadziwię. Nie. Pierwszym tekstem, za który się wzięliśmy była „Zabawa” Mrożka – fakt, że bardzo eksperymentalna w formie. Wielokrotnie nagradzana, grana praktycznie do dzisiaj, czyli 14 lat od premiery. Oczywiście, w zmieniającym się składzie. Po „Zabawie” korzystaliśmy w kolejnych spektaklach z tekstów także już istniejących: Manna, Dostojewskiego, Brechta, Schaeffera… więc jednak klasyka.

KK: I to ta z najwyższej półki! Czy mam przez to rozumieć, że niespokojny duch Kościółka postanowił osiąść w rodzinnym mieście: Goleniowie i oddać się studiom nad literaturą klasyczną?

MK: No, niezupełnie. Duch tchnie, kędy chce – mój zawiódł mnie do Akademii Praktyk Teatralnych w Gardzienicach.

KK: Dlaczego wybrałeś miejsce o tak wyrazistej i specyficznej metodzie teatralnej?

MK: Bo jestem wiecznym poszukiwaczem o niezbywalnej chęci poznawania świata. Bo lubię doświadczać wszystkiego, co dla mnie nowe i lubię podpatrywać. Pojechałem na egzaminy i o dziwo mnie przyjęli, choć nie ukrywałem, że średnio jestem zainteresowany samym gardzienickim teatrem.

KK: Ile czasu trwała nauka w Akademii?

MK: Dwa lata. To była wtedy, w latach 2006-2008, naprawdę niezła szkoła.

KK: Czym różnił się warsztat, proces roboty teatralnej i jej efekty Teatru Gardzienice w porównaniu z goleniowskim Teatrem Brama?

MK: Brama to była moja macierz. Z Danielem i aktorami nie mieliśmy się za bardzo czego od siebie czego uczyć. Przekazywaliśmy sobie po prostu takiego pozytywnego pierdolca. W Gardzienicach uczyłem się konkretnej metody. Cały czas podświadomie wykorzystuję zagrania Staniewskiego, ale każdy z nas, w ogóle każdy człowiek ma inną, sobie tylko właściwą energię, z którą idzie przez życie. W efekcie wszystko, czego się uczymy i z czego czerpiemy inspirację, tworzy naszą własną metodę. O ile potrafimy to ze sobą powiązać i uczynić z tego nową jakość .

KK: Jaki jest twój stosunek do autorytetów?

MK: Pełen pokory. Każdy człowiek, który poszukuje, bez autorytetów byłby jak na pustyni. Autorytety są jak źródło, ujęcie czystej wody. Autorytety to ludzie, którzy przekazują ci coś dla nich najważniejszego i zaświadczają o tym całym swoim życiem. Są bytem samym w sobie i bezwzględną wartością. Ich przekaz idzie z pokolenia na pokolenie.

KK: Nazwiska…?

MK: Wspomniany już Zygmunt Duczyński z Teatru Kana, Mariusz Gołaj z Gardzienic, cała ekipa Teatru Ósmego Dnia…

KK: Włodek Staniewski – szef teatru i Akademii w Gardzienicach – słynie ze swojego autorytarnego sposobu bycia. Jak reagowały na siebie dwie tak silne osobowości – jego i twoja?

MK: No różnie między nami bywało. Ale na koniec zaproponował mi pracę w swoim teatrze.

KK: I co?! Skorzystałeś?

MK: Nie. Grzecznie wytłumaczyłem, że zależy mi na rozwijaniu mojego autorskiego projektu teatralnego.

KK: …czyli Teatru Krzyk, który od 2002 roku działał jako teatr Ośrodka Kultury i Sportu w Maszewie, a obecnie funkcjonuje na zasadzie Stowarzyszenia, tak?

MK: Owszem.

KK: Nigdy nie obawiałeś się, że zwyczajnie nie będziesz miał z czego żyć, decydując się na założenie własnego teatru?

MK: Do tej pory mamy takie obawy: ja i moi aktorzy. Ciągle aktualne pozostaje pytanie o przetrwanie. Póki co, sytuacja nie jest idealna, a nawet nieczęsto bywa optymalna.

KK: Ta konkluzja czyni cię nieco bardziej skłonnym do kompromisów?

MK: Uściślijmy: kompromis dla dobra ogółu ma sens. Jest czasami wart kompromisu. Ale jeżeli usiłuje mi się wciskać coś, co jest niezgodne z moją wrażliwością albo systemem wartości – wtedy stanowczo mówię: NIE. NIE WCHODZĘ W TO.

KK: Ta słynna w środowiskach nie tylko teatralnych bezkompromisowość Marka Kościółka ewoluuje jakoś, w miarę upływającego czasu?

MK: Bezkompromisowość jest nierozerwalnie związana z koniecznością zderzania się. A im człowiek jest starszy, tym mniej na to gotowy, tym bardziej ucieka, chowa się we własnej skórze. Albo stworzysz sobie pancerz, albo się wykolejasz. Za wielu skurwysynów chce się dorwać do twojej wrażliwości. Coraz więcej jest wokół tego szujstwa i chujstwa.

KK: Nie za wesoła alternatywa: wykolejenie albo pancerz. Ukrycie się pod pancerzem jest dla mnie równoznaczne ze smutną rozgoryczoną samotnością.

MK: Ej, nie musi tak być. Inni ludzie; ci, którym ufasz, mogą być dla ciebie takim pancerzem. W grupie siła! Na warsztatach przekazujemy, jak ważna jest zespołowość, bycie razem, robienie czegoś wspólnie.

KK: W twoim zespole nie istnieją pojęcia konkurencji i rywalizacji?

MK: Pojawiają się, ale wyłącznie POPRZEZ zabawę i DLA zabawy. Siłą tej pracy jest odśrodkowe bycie razem.

KK: Co było impulsem do założenia przez ciebie własnego Teatru Krzyk? I dlaczego stało się to właśnie w niewielkim Maszewie? Jak tam trafiłeś?

MK: To jest tak, jak z człowiekiem, który potrzebuje własnego dziecka. Przyszedł taki moment, że zapragnąłem coś z siebie zrodzić, zamiast do końca życia włączać się w struktury już istniejące. Dokładnie tak to poczułem.

Dlaczego Maszewo? Znowu los albo przypadek. Prowadziłem tam warsztaty dziennikarskie dla dzieciaków, porozmawiałem sobie z ówczesną dyrektorką Ośrodka Kultury i Sportu, zrodził się pomysł teatru, zaczęliśmy.

KK: Kto był w pierwszej ekipie Krzyku?

MK: Uczniowie liceum i technikum żywienia, 10 osób w wieku 16-17 lat. Dwie osoby z tamtej ekipy są z nami do dzisiaj.

KK: Kim są dla ciebie ludzie, z którymi pracujesz w Teatrze Krzyk?

MK: Jednymi z najbliższych mi ludzi w życiu. Są twórczy, ciekawi świata, mocni, zdeterminowani. Są wolni: nie zatrzymuję ich dla siebie, swobodnie się rozwijają, są liderami w innych grupach – sam ich do tego nakłaniam. Relacje między nami są przyjacielskie. Często kłócimy się o różne rzeczy, miewamy chwile zwątpienia. Ale w sprawach dotyczących teatru to ja mam decydujący głos, nie ma tu wątpliwości.

KK: Jakie są bolączki ciągle młodego, zdolnego, bezkompromisowego reżysera, który wybrał pracę na prowincji?

MK: Niewielu ludzi mnie tam rozumie. Ale z drugiej strony, mogę się ogrzać w cieple pojedynczych świec – przez kontakt z tymi, z którymi jest mi po drodze. I w sposób wyjątkowy docenić to ciepło. Jasne, że ludzie wątpią, rezygnują, wyjeżdżają do większych przestrzeni. Mnie też myśli o pierdolnięciu wszystkiego i wyjeździe dopadają prawie codziennie. Ale zawsze wtedy wracam do mojej mantry: siła w grupie.

Kiedy pracuje się na prowincji, ważna jest także możliwość częstych podróży, przewietrzenia głowy, uczenia się nowych rzeczy z dala od miejsca, w którym na co dzień jesteś.

KK: Skąd wzięła się nazwa waszego zespołu?

MK: Bezpośrednio – od pierwszego pokazu teatralnego, jaki wspólnie zrobiliśmy. Ale, i to bardziej istotne – ta nazwa wyraża manifest naszego teatru.

KK: Napisałeś jakiś manifest?

MK: Nie musiałem. On siedzi we mnie. Wynika z tego, jakim jestem człowiekiem i jaką przyjmuję postawę w życiu, w pracy.

KK: Gdybyś miał podać słowa – klucze, charakteryzujące tę postawę i Teatr Krzyk, to jakie by one były?

MK: Zespołowość – bezkompromisowość – poszukiwanie – wzajemność – występowanie w imieniu zjawisk, zdarzeń i ludzi, którzy nie mogą sami zamanifestować swojej sytuacji.

KK: Wiesz, co w którymś z narzeczy afrykańskich oznacza słowo: UBUNDU?

MK: Pojęcia nie mam.

KK: „Jestem, ponieważ jesteśmy”.

MK: Tak. To o naszym teatrze.

 

5 KOMENTARZE

  1. "W czasie tej rozmowy na tyle mocno między nami zaiskrzyło, że przyjaźń trwa do dzisiaj".

    Czy takie wyznanie można potraktować jako homo erotyczne?

Dodaj komentarz